No Limits wraca po 10 latach z nową płytą. Łyszkiewicz: Trójmiasto ma szansę zostać siedzibą Polskiego Centrum Jazzu

Maciej Łyszkiewicz założyciel i lider grupy No Limits opowiada o nowej płycie, a także O ambitnym planie utworzenia w gdańsku ośrodka dokumentującego i badającego dzieje polskiego jazzu.
No Limits wraca po 10 latach z nową płytą. Łyszkiewicz: Trójmiasto ma szansę zostać siedzibą Polskiego Centrum Jazzu
Zespół No Limits Anno Domini 2026 w prawie kompletnym składzie: Sławomir Czarnata, Maciej Łyszkiewicz, Maciej Bogusławski, Grzegorz Żmijewski i Adam Skrzypkowski. Siedzą Sławomir „Rodriguez” Porębski, Anna Męczyńska i obok nich Robert Dobrucki

Autor: Iwona Wojdowska

Ile czasu upłynęło od wydania ostatniej płyty zespołu No Limits?

O ile się nie mylę, 10 lat. To była płyta „Gdy nią oddychasz”.

Co działo się z zespołem w międzyczasie?

Zespół istnieje cały czas, w tym sensie, że znamy się, przyjaźnimy, w – można powiedzieć – jesteśmy jedną wielką rodziną od prawie 40 lat. Paradoksalnie wpłynął na to… brak sukcesu finansowego. Nigdy nie było wielkich pieniędzy więc nie mieliśmy się o co kłócić (śmiech). Jeśli zaś chodzi o aktywność muzyczną, bo rozumiem, że o to pytasz, to ja oczywiście cały czas działam w różnych zespołach. W ubiegłym roku zadebiutowałem też jako solista albumem „Baltic Sound”. Piszę piosenki, piszę muzykę – także dla innych wykonawców, do animacji, krótkich metraży, recitali aktorskich. Natomiast jeśli chodzi pozostałych członków zespołu, to faktycznie, część pracuje poza branżą, albo „na pograniczu”, jak perkusista Maciek Bogusławski, który jest realizatorem dźwięku w Radiu Gdańsk. Ale co jakiś czas skrzykujemy się i nagrywamy coś wspólnie. Właśnie tak, jak teraz.

Ilu członków liczy obecnie No Limits?

Tylko dziewięciu, co można uznać za niż demograficzny stosunku do tego, co było w latach 90., kiedy w zespole było 14-15 osób. Warto zaznaczyć, że siedmioro muzyków z obecnego składu brało także udział w nagraniu naszej pierwszej płyty w 1991. Doszli: trębacz Adam Skrzypkowski i saksofonistka Patrycja Tempska. Oboje wnoszą pierwiastek młodości i nowej energii. Jak w drużynie piłkarskiej – zawsze trzeba mieć kilku młodych zawodników, którzy będą mieli trochę inne, może bardziej aktualne spojrzenie.

Rozumiem, że materiał jest już gotowy.

Powiedziałbym tak: muzycznie jest. To znaczy mamy przygotowane piosenki. Teraz będziemy jeszcze robili intensywne próby, a później nagrywali tych sześć, siedem utworów, które wybierzemy, bo na razie jest ich trochę więcej. Płytę wydajemy z Agencją Muzyczną Polskiego Radia.

Ty jesteś autorem całej muzyki?

Tak. Piszę dużo piosenek, natomiast problemem jest później wybór. Jak wspomniałem pracuję z kilkoma artystami, ale nigdy nie piszę z myślą o konkretnej sytuacji, osobie. Dopiero później pojawia się pytanie: komu byłoby najbliżej do tej muzyki? Szczególnie, że te piosenki bywają różnorodne stylistyczne: bossa nova, latino, pop, funk, swing…

 A po czym poznajesz które piosenki są dla No Limits?

Przede wszystkim po tym, że jest tam przestrzeń na nie tylko na wokal, ale na jakieś kontrapunkty dęciaków. Bo naszym znakiem firmowym jest bez wątpienia sekcja dęta, grająca najczęściej unisono. Druga sprawa to teksty, pisane na ogół przez zaprzyjaźnionych autorów. Jeśli są pisane z punktu widzenia mężczyzny odpadają, bo my mamy wokalistkę, Anię Męczyńską. Zresztą Ania sama napisała parę tekstów na potrzeby tej płyty. Jeden z nich to „Neonem być”, o tym, że my w tym świecie trochę tak „migamy”: pojawiamy się, znikamy. A już szczególnie muzycy, którzy żyją nocą, a na miasto wychodzą właśnie o tej porze, kiedy zaczynają świecić neony. Zrobiliśmy do tego dość zaskakujący teledysk. Był on w całości pomysłem Ani i cenionego fotografika Michała Radwańskiego Odchodzimy w nim od takiego sztampowego pokazywania zespołu, który albo gra, albo śpiewa, albo gdzieś tam się snuje. Ten film, to będzie impresja związana z tekstem.

Wasz największy przebój „On the River”, jak sam tytuł wskazuje, był anglojęzyczny.

Nie wiem dlaczego tak w sumie wyszło – nie sądzę, żeby to była przekora – że w latach 90., kiedy wszyscy śpiewali po polsku, my śpiewaliśmy po angielsku. A teraz, kiedy coraz więcej ludzi w Polsce śpiewa po angielsku, my śpiewamy po polsku. 

Kiedy będzie można posłuchać, jak teraz śpiewacie i gracie?

Wracamy z dwoma lub trzema singlami i wreszcie z dużą płytą, jeszcze w tym roku. A 12 czerwca w gdyńskim „Uchu” planujemy koncert. Wystąpią trzy zespoły. Oprócz nas – po raz pierwszy od bardzo, bardzo wielu lat zagra legendarna grupa Marylin Monroe, w prawie oryginalnym składzie: z Borysem Hanczewskim, z Michałem Kozakiem, Grzesiem Małkowskim i Karolem Krzymińskim. Pojawi się jeszcze młoda, utalentowana trójmiejska formacja, której nazwy nie będę zdradzał. Mogę tylko powiedzieć, że grają w niej trzy osoby: dwie dziewczyny i perkusista. Bardzo bym sobie życzył, żeby powstała tak przestrzeń, gdzie będą mogli się spotykać muzycy, którzy tworzyli trójmiejską scenę w czasach jej największej świetności – w latach 80. i 90. – z kolejną generacją, w której, nawiasem mówiąc, pojawiają się też dzieci muzyków mojego pokolenia.

To nie jedyna inicjatywa, która ci chodzi po głowie. Kiedy się umawialiśmy wspomniałeś o planach powołania w Gdańsku Polskiego Centrum Jazzu. Co to takiego?

Miejsce, które będzie z jednej strony ośrodkiem badawczym, ale jednocześnie będzie zajmowało się cyfryzacją i archiwizacją pamiątek i materiałów związanych z polskim jazzem. Pomysł będzie realizowany przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe, które jako pierwsze uwierzyło w ideę i potrzebę stworzenia Polskiego Centrum Jazzu. PSJ, które działa od 1959 roku i w tym czasie prowadziło działalność impresaryjną, było przez długi czas wydawcą magazynu „Jazz Forum”, a także organizowało festiwal jazzowy Jazz Jamboree i prowadziło wydawnictwo płytowe PolJazz. Ma więc bogate archiwum własnych pamiątek. Jednocześnie jest to instytucja, ciesząca się olbrzymim autorytetem, do której zwraca się wiele osób pragnących przekazać swoje archiwa: pasjonatów jazzu, fotografików, muzykologów czy wreszcie artystów, jak np. Urszula Dudziak. Wspominała o tym niedawno, że chciałaby mieć takie godne zaufania miejsce, do którego mogłaby przekazać wszystkie swoje zbiory i mieć pewność, że te rzeczy nie przepadną. Michał Urbaniak, były mąż Uli, dosłownie na kilka tygodni przed śmiercią, też wyraził wolę, by pamiątki po nim trafiły do nas. To są gigantyczne, a przy tym niezwykle cenne zbiory. Urbaniakowie, którzy w latach 70. przyjechali do Nowego Jorku, kupili sobie wtedy kamerę i nagrywali materiały wideo ze wszystkich prac nad płytami, ale też z różnych rozmów, sytuacji prywatnych. A przyjaźnili się z całą czołówką ówczesnego amerykańskiego jazzu.

Pomysł rzecz jasna godny by mu przyklasnąć, ale trudno nie zadać pytania: dlaczego w Gdańsku?

Gdańsk jest bardzo ważnym miejscem w historii polskiego jazu. Nie tylko ze względu na to, że to tu – a konkretnie w Sopocie – 70 lat temu miał miejsce pierwszy w Polsce festiwal jazzowy. Stąd wywodzi się bardzo wielu wybitnych muzyków. Mamy wreszcie Akademię Muzyczną, gdzie jest prężnie działający wydział jazzu ze Sławkiem Jaskułke, Irkiem Wojtczakiem, Leszkiem Kułakowskim i wieloma innymi wybitnymi muzykami.

Zgoda, ale miast, które mogłyby pretendować do miana stolicy polskiego jazzu jest jeszcze kilka. Warszawa – oczywiście, Kraków, Katowice, które były pierwszym miastem w Polsce, gdzie można było studiować jazz, czy Wrocław z tradycjami Jazzu nas Odrą.

To, że chcemy by centrum miało tutaj swoją główną siedzibę, bo musi taka być, nie oznacza, że nie chcemy współpracować z innymi ośrodkami. Jeśli te zbiory zostaną zdigitalizowne i będą dostępne online, korzystać z nich będą mogli na równi wszyscy zainteresowani w całym kraju. Bardzo liczę na to, że środowisko jazzowe, począwszy od dziennikarzy muzycznych, muzykologów, przez fanów jazzu, a na jazzmanach kończąc, będzie chciało się zjednoczyć wokół samej idei centrum. Na przekór opiniom mówiącym, że w Polsce ludzie się zawsze ze sobą spierają, kłócą, właśnie my, ludzie związani z kulturą, tym bardziej powinniśmy dać wyraźny sygnał i pokazać, że zależy nam na dobru wspólnym. A polski jazz jest też przecież jedną z naszych najlepszych wizytówek na świecie.

A masz pomysł jak przekonać kogoś, żeby wyłożył pieniądze na to przedsięwzięcie? Pamiętam wieloletnie wysiłki Wojciecha Korzeniewskiego i Marcina Jacobsona żeby w Trójmieście powstało muzeum polskiego rock’n’rolla – i nic z tego nie wyszło.

To prawda, ale powiem tak: po pierwsze najpierw są marzenia, później jest jakaś koncepcja, plan i na końcu – realizacja. I do każdego każdego etapu są potrzebni troszkę inni ludzie. Na pewno nie zabraknie nam konsekwencji w działaniu.

Na jakim etapie teraz jesteście?

Rozmowy są bardzo zaawansowane. Ze wspomnianą już bardzo przychylną Akademią Muzyczną, z władzami miasta, a w zasadzie całego Trójmiasta, z ludźmi ze świata biznesu, kultury, polityki. Chęć współpracy przy tym projekcie wyraziły też uczelnie z Poznania, Warszawy i Krakowa. Nie łudźmy się, to przedsięwzięcie na lata, a zarazem wielkie zadanie. Dlatego liczymy na współpracę z Akademiami Muzycznymi z całej Polski. Jazz to nasze wspólne, narodowe dobro.

Z uporem wracam do trywialnego pytania: czy ktoś już zadeklarował finansowe wsparcie?

Będziemy niebawem podpisywać listy intencyjne. Zaczniemy od określenia warunków współpracy dotyczącej cyfryzacji i podziału zadań. Będziemy się też sukcesywnie ubiegać o różnego rodzaju programy, granty, zarówno na poziomie ogólnopolskim, jak i lokalnym: wojewódzkim, miejskim. W każdym razie napotkaliśmy na bardzo przychylny i życzliwy feedback. Trójmiasto zawsze było na wskroś otwarte. I to chyba ta energia powodowała, że rzeczy, które w wielu miejscach były nie do przeprowadzenia, u nas się udawały. Myślę, że podobnie będzie w przypadku Polskiego Centrum Jazzu.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

ReklamaPomorze i podróże