Reklama
ReklamaActiva - Kamienice Pruszczańskie

Głównym celem Trumpa jest osłabienie Chin. I temu głównie służy atak na Iran

Trump nie chce zmieniać na siłę władzy w krajach mu nieprzyjaznych, a jedynie zastępować dotychczasowych przywódców bardziej ugodowymi politykami z tej samej ekipy. Na razie w Iranie to się nie udaje – mówi prof. Piotr Mickiewicz, politolog z Uniwersytetu Gdańskiego.
Głównym celem Trumpa jest osłabienie Chin. I temu głównie służy atak na Iran
Prezydent Donald J. Trump i urzędnicy administracji monitorują operacje wojskowe Stanów Zjednoczonych w Iranie: Operacja Epic Fury

Autor: FB President Donald J. Trump | The White House

Pierwsze pytanie, które się nasuwa to: dlaczego właśnie teraz i dlaczego właśnie Iran? Oczywiście Donald Trump mówił coś o bezpośrednim zagrożeniu, jakie Iran stanowił dla USA, ale nie brzmiało to szczególnie wiarygodnie.

Moja subiektywna opinia na ten temat jest następująca: Donald Trump realizuje w ten sposób politykę uzyskania wpływu na procesy rozwoju gospodarczego i kontroli budowy potęgi Chin. Administracja amerykańska traktuje Chiny jako głównego rywala politycznego. Aby ograniczyć budowę mocarstwowej pozycji Chin, która stanowi zagrożenie dla Stanów Zjednoczonych, Trump próbuje przejąć kontrolę nad chińską wymianą towarową, czyli eksportem, poprzez sankcje i cła oraz przejąć kontrolę nad dostawami surowców energetycznych do Chin. A trójka głównych dostarczycieli ropy do Chin to jest Rosja, Wenezuela i właśnie Iran, uzupełniana jeszcze przez Nigerię. Tu ma pan prostą listę państw, które – z amerykańskiego punktu widzenia – należy zwasalizować.

Gdyby to było aż takie proste, powinniśmy się teraz spodziewać amerykańskiego ataku na Rosję. 

No nie, dla Rosji Amerykanie przewidują pozycję partnera, jako że jest ona zbyt silna na wasalizację. W zasadzie cała amerykańska polityka wobec Rosji polega na tym, by nie dopuścić do jej zbytniego uzależnienia od Chin.

Ale konsekwencją ataku na Iran będzie wzrost rosyjskiego eksportu ropy czy surowców do Chin, skoro Chiny nie mogą ich kupować gdzie indziej.

Na tym właśnie polega ta rozgrywka, że Trump chce złożyć Rosji taką ofertę, by była ona skłonna ograniczyć kooperację z Chinami, nie tyle może w eksporcie, ile w funkcjonowaniu całego systemu ich wzajemnej wymiany towarowej. To gra geopolityczna o wysoką stawkę. Stany Zjednoczone stawiają Rosjan przed wyborem: albo będziecie wasalem Chin albo będziecie kooperować z nami.

W tym momencie trudno nie zapytać co takiego atrakcyjnego Trump ma do zaoferowania Rosji?

Przeciwdziałanie procesowi przejmowania kontroli przez Chiny nad jej zasobami surowcowymi od Dalekiego Wschodu po Syberię Zachodnią.

Czy to znaczy, że o żadnych ustępstwach w kwestiach rosyjskich działań i wpływów w Europie tutaj nie ma mowy? To w ogóle jest poza tym porządkiem negocjacji?

Tak. Ukraina jest przedmiotem, a nie podmiotem tej rozgrywki. Gdyby nie determinacja państw europejskich, to Trump już by dawno zakończył wojnę w Ukrainie, oddając Rosji te dwa zasadnicze elementy, na których jej zależy. A więc Donbas, jako najważniejsze zaplecze produkcyjne, jeżeli chodzi o przemysł hutniczy i wydobycie węgla, zapewniające dostawy do środkowej części Rosji oraz elektrownię zaporoską, która jest remedium na problemy energetyczne Federacji Rosyjskiej, ograniczające zdolności rozwojowe jej gospodarki.

A czy ta konkretna interwencja może jakoś wpłynąć na sytuację w Ukrainie czy też wokół Ukrainy?

Nie, bo proszę zwrócić uwagę, że Rosja milczy i nic nie robi, chociaż doskonale sobie zdaje sprawę, że Iran to jest jej trzeci, pod względem wagi, sojusznik, odbiorca znacznej części eksportu uzbrojenia, czyli drugiego – co do znaczenia – sektora rosyjskiej gospodarki. A mimo to Rosja milczy.

Tymczasem amerykańsko-izraelska ofensywa znacznie ograniczyła rosyjskie możliwości handlowe i militarne.

Dokładnie. Władimir Putin wie o co gra i wykorzystuje sytuację na tyle, na ile może, balansując między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. A dzisiaj słabszą pozycję negocjacyjną ma w relacji z Chinami niż ze Stanami.

Prof. Piotr Mickiewicz jest kierownikiem Zakładu Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa oraz Przewodniczącym Rady Dyscypliny Nauk o Polityce i Administracji Uniwersytetu Gdańskiego (fot. mat. prasowe)

Ponawiam więc pytanie: w taki razie co istotnego – z polskiego punktu widzenia – Putin może wynegocjować z Amerykanami w zamian za to, że siedzi cicho, gdy oni atakują Iran?

Putin może ugrać powrót do sytuacji, w której Amerykanie pozwolą mu na uzyskanie znacznych dochodów z oszacowanych, a niemożliwych na dzisiaj do wydobycia surowców ziem rzadkich. To spowodowałoby, że Rosja stałaby się jednym z istotnych partnerów gospodarczych Stanów Zjednoczonych. W efekcie będziemy mieli do czynienia z europeizacją problemu rosyjskiego i z dosyć zachowawczą polityką Stanów Zjednoczonych. Czyli my się musimy bać tego, że Amerykanie zaczną traktować Rosję jako potencjalnego partnera gospodarczego.

To z kolei pozwoliłoby Putinowi inwestować w przemysł zbrojeniowy jeszcze więcej niż do tej pory.

Większe rosyjskie inwestycje w przemysł zbrojeniowy to nie jest, moim zdaniem, najważniejsza kwestia. Sama europeizacja NATO, czyli odsunięcie się Stanów Zjednoczonych od Sojuszu i powierzenie kolektywnie Europejczykom obrony tej flanki, jest rozwiązaniem satysfakcjonującym Putina, bo wie, że będzie miał możliwość większego oddziaływania. Celem Putina jest uzyskanie takiego konsensusu z Trumpem, że Stany Zjednoczone – jeśli chodzi o NATO – będą koncentrować się na Atlantyku i być może jeszcze na kawałku Morza Norweskiego i Północnego. Natomiast nie będą się one angażować w Europie na kontynencie. Drugi krok, o którym Putin sobie marzy, to jest powrót do dobrej relacji gospodarczej z Niemcami. To taki wielki projekt, który on sobie wymyślił w połowie ubiegłego roku. Wszyscy wiemy, że istnieje coś takiego jak Północna Droga Morska. Otóż Putin marzy o jej przekształceniu w „Wielką Północną Drogę Morską” – najważniejszy euroazjatycki szlak transportowy który będzie przebiegał w formie dwóch nitek. Pierwsza z Azji wschodniej do morskiego centrum logistycznego UE, które tworzą porty Rotterdam, Amsterdam i Antwerpia. A druga nitka ma przebiegać przez Zatokę Fińską do Rostocku i dalej do lądowego centrum logistycznego UE Duisburg AG, co byłoby powrotem do koncepcji niemiecko-rosyjskich autostrad morskich. I to będzie główny szlak handlowy ze środkowej i północnej części Azji do Europy.

Na ile te plany są realistyczne?

Nie są realistyczne, ponieważ Rosjanie nie są w stanie wybudować w krótkim czasie takiej liczby statków, które mogłyby pływać po Oceanie Arktycznym. Bo założenie jest takie, że to zacznie funkcjonować już w 2028, a w 2032 ma tam pływać około stu jednostek. Tymczasem, nawet według ich własnych szacunków, Rosjanie są w stanie zbudować do tego czasu około trzydziestu. Ale są przyszłościowe tak w granicy roku 2050.

I drugi warunek jest jeszcze taki, że ktoś musiałby te towary kupować. A do tego trzeba zdjąć z Rosji embargo.

Tak, to jest przeszacowane, ale Rosjanie mamią tą wizją różnych zachodnich polityków.

Jak rozumiem Iran też nie jest podmiotem, ale przedmiotem w całej tej rozgrywce?

Dokładnie. Oczywiście Iran był problemem amerykańskim i chyba nadal nim jest. Chodzi oczywiście o możliwość wyprodukowania bomby jądrowej i – co dla Amerykanów jest najważniejsze – o to, że Iran ma zdolności do przenoszenia tej broni w wymiarze międzykontynentalnym. Na dzisiaj są w stanie razić obszar mniej więcej do Włoch, natomiast Amerykanie boją się, że prędzej czy później, przy pomocy chińskiej, Irańczycy zdobędą technologię pozwalającą na wybudowanie rakiet międzykontynentalnych, które będą mogły razić strategiczne cele amerykańskie. Stąd ten atak, poza tą częścią ekonomiczną, o której mówiłem, czyli czy rywalizacji z Chinami.

Ale czy Amerykanie mają jakiś pomysł na to, co dalej z Iranem? To, co mówił Trump do Irańczyków: „My bombardujemy ajatollahów, a jak skończymy, to radźcie sobie i zróbcie z nimi porządek”, nie wygląda jak przemyślany, precyzyjny plan.

To jest ta sama oferta, jaka została skierowana do Kuby i do Nigerii. Trump przyjął zasadę by nie zmieniać na siłę władzy w nieprzyjaznych Stanom Zjednoczonym państwach, ponieważ nigdy nie wiemy, jak ułożą się stosunki z nową władzą. W związku z tym należy usunąć tych, którzy nie chcą z nami współpracować i z ekipy, która funkcjonuje, wypromować takie osoby, które będą chciały współpracować. I to na razie im się w Iranie nie udaje. Stąd wizja, którą ogłosił w niedzielę, że wojna będzie trwała nie pięć dni, tylko cztery-pięć tygodni. To właśnie efekt tego, że nie ma pomysłu na to, jak zmusić obecny reżim do współpracy, bo ci, którzy chcieliby rozmawiać z Trumpem i z Amerykanami, na razie jeszcze nie kontrolują struktur administracyjnych w Iranie. I to może doprowadzić do fiaska całej tej operacji.

A myśli pan, że w ogóle mają szansę na znalezienie sojuszników wśród obecnych funkcjonariuszy irańskiego reżimu? To jest jednak bardzo ideologiczna władza.

Nie ma szansy póki jeszcze rządzi frakcja radykalna ze Strażnikami Rewolucji na czele. Stąd te amerykańskie ataki na poszczególne bazy i systemy rakietowe, żeby uniemożliwić im dalszą walkę. Amerykanie zakładają, że wtedy liberalne skrzydło podejmie rozmowy. Natomiast na dzisiaj jeszcze im się to nie udaje. Czy w ogóle się uda? Będą musieli kontynuować likwidację korpusu Strażników Rewolucji. Jeżeli zrobią to skutecznie, mają szansę. Natomiast nie wierzę w to, aby syn byłego szacha, junior Pahlawi, wrócił i objął rządy w Iranie.

Specjalistów od geopolityki cechuje takie nieco cyniczne podejście do analizowania przebiegu tego, co się dzieje na arenie międzynarodowej. Zakłada się, że jedyne co się liczy, to skuteczność. Ale cynizm też ma swoje skutki. Czy Trump legitymizując, nie po raz pierwszy zresztą, bandytyzm w stosunkach międzynarodowych, nie rujnuje jednak porządku świata?

Rujnuje, ale to też ma swoje wytłumaczenie. Amerykanie przyjęli za punkt wyjścia teorię, którą stworzył niejaki George Modelski, i która nazywa się teorią długiego cyklu. Cykl składa się z czterech faz: uzyskanie globalnej hegemonii, sankcjonowanie globalnej hegemonii, weryfikacja możliwości utrzymania globalnej hegemonii, czyli porównanie kosztów do efektów oraz nowa wojna hegemoniczna, która wynika z wycofywania się hegemona i pojawianie się jego rywala. Trump ocenił, że USA są w trzecim etapie tego długiego cyklu, czyli, że Amerykanów nie stać na globalną hegemonię, bo to przynosi straty, a nie zyski gospodarcze, a potencjalnym rywalem w walce hegemonicznej są Chiny. W związku z tym podjął decyzję o tym, że musi wrócić do koncertu mocarstw, a jego celem jest maksymalne osłabienie Chin, tak aby nie miały możliwości wystąpić przeciwko Stanom Zjednoczonych. Proste amerykańskie, teksańskie, myślenie.

Myśli pan, że Trump faktycznie zna tę teorię? Bo mnie się nie wydaje, że to w ogóle jest ktoś taki, kto jest w stanie pojmować świat i podejmować działania przez pryzmat teorii politologicznych.

Nie wiem czy Trump ją zna, ale jego otoczenie – tak. My nie doceniamy J.D. Vance’a, który może i jest świrem, ale to jest gość, który nie jest głupi i ma swoją wizję świata. No i jest jeszcze Marco Rubio – doświadczony specjalista od spraw międzynarodowych.

Usłyszałem dziś komentarz, że Trump zrezygnował z promowania amerykańskich wartości na rzecz budowania amerykańskiej potęgi. Zastanawiam się jednak czy wobec tego, jak postępuje obecnie Biały Dom w ogóle można jeszcze mówić o jakichkolwiek amerykańskich wartościach?

Już nie. I powiem więcej: w momencie, w którym Trump rozpoczął w tej formule krucjatę skierowaną przeciwko migrantom, w państwie zbudowanym na migrantach, upadł mit Stanów Zjednoczonych, jako państwa, które stwarza wszystkim szanse rozwoju, przyjmuje każdego, kto chce pracować dla dobra swojego i kraju. W związku z tym o jakich wartościach amerykańskich my tu mówimy? O powrocie do ograniczeń praw i wolności osobistych osób innych niż biały człowiek?

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama