Mała Sylwia wychowywała się na wsi, w pobliżu lasu, więc od dziecka żyła blisko natury.
- Ciekawiło mnie wszystko co rośnie w naturze, a więc na łące, polu czy w lesie. Dotykałam tych roślinek, wąchałam je i zachwycałam się nimi. Nie zniechęcało mnie, jak ktoś się naśmiewał, mówiąc, że to przecież tylko chwasty! Dla mnie były to rośliny i już wtedy intuicyjnie czułam, że są cenne. Jak mogłyby nie być, skoro obdarzyła nas nimi sama natura, prawda?
I ta ciekawość natury w niej pozostała. Nie rozwijała tej pasji, ale zawsze sporo na temat ziół i ich wykorzystania, czy to w kosmetologii czy medycynie, czytała.
Pierwsze, nie zawsze udane eksperymenty… w Norwegii
Gdy miała 21 lat wraz z mężem wylądowali w Norwegii. To tam w wolnym czasie zaczęła eksperymentować z produkowaniem naturalnych kosmetyków.
- Trochę życie mnie do tego zmusiło, bo mam bardzo wrażliwą cerę i bez względu na to jak drogi i „antyalergiczny” kosmetyk kupiłam, zawsze potem musiałam to odcierpieć, albo swędzącą wysypką albo wysuszoną na wiór skórą. Zaczęłam więc eksperymentować, pochłaniając kolejne książki. Byłam sama dla siebie królikiem doświadczalnym i nie zawsze z dobrym skutkiem. W końcu nadszedł czas, że zaczęłam tworzyć mikstury, które o dziwo działały na moją suchą skórę niczym czary. Czarownica? Tak, przekonałam się wtedy, że coś w tym jest - śmieje się.
Ogromna pasja sposobem na życie
Po powrocie do kraju podjęła decyzję, że połączy pasję ze sposobem na życie.
- Od początku nieufnie podchodziłam do wiadomości publikowanych na forach internetowych, zawsze chętniej pochłaniałam książki, aż w końcu nadszedł czas, gdy zrozumiałam, że tak naprawdę najwięcej się nauczę, kończąc szkołę zielarską. Sztukę obcowania z naturą, poznawania roślin i ich oddziaływania poznawałam w Instytucie Zielarstwa Polskiego i Terapii Naturalnych. Mieliśmy wykłady, ale też wyjazdy terenowe. I znowu jak w dzieciństwie mogłam dotykać roślin na polach, łąkach czy w lasach, ale teraz już miałam odpowiednią wiedzę. Umiałam nazwać wszystko co rośnie i wiedziałam jakie specyfiki mogę z nich stworzyć.
Po zioła do lasów, na łąki, mokradła, nad jeziora
Jak podkreśla Sylwia Piechowska, zioła i to bardzo cenne z punktu widzenia kosmetologii, znaleźć można zawsze i wszędzie.
- Zbliża się wiosna, więc to dobry czas, by zaopatrzyć się na przykład w korę wierzby czy dębu. Nie dalej niż wczoraj wybrałam się do lasu, by pozyskać korę czeremchy, bardzo dobrą do destylacji. Tak naprawdę żadna pora roku mnie nie ogranicza.

Okazuje się, że zima, zwłaszcza jeśli jest duży wiatr, sprzyja pozyskiwaniu żywicy z połamanych gałęzi sosny. Jak zaznacza pani Sylwia, sosna to w ogóle dobrodziejstwo nie tylko w medycynie naturalnej, ale też kosmetologii.
- Praktycznie przez cały rok możemy pozyskiwać igły sosny, które są bogactwem witaminy C, a ja robię z nich pyszne, rozgrzewające herbatki. U nas każde drzewko po okresie świątecznym, kiedy pachniało i zdobiło nam dom, jest wykorzystane do maksimum. Czerpię garściami z dobrodziejstw, które oferuje. Z każdego świerku robię potem sól magnezową, hydrolaty czy ocet świerkowy.
Pierwszym eksportowym produktem krem różany
To pierwszy krem do twarzy, który wyczarowała nasza czarownica z Gołubia. Sprawdził się na jej wrażliwej cerze i przyniósł ukojenie również setkom innych pań. Jego skład to w przeważającej części napar z dzikiej róży, ale żeby specyfik miał konsystencję kremu, pani Sylwia używa też m.in. oleju zimnotłoczonego z nasion dzikiej róży, kolagenu czy elastyny. Jak podkreśla, ten krem, odpowiednie jego przygotowanie i proporcje składników, to sama prostota, a jednak jego „czarodziejskie” działanie na skórę, rozsławiło ją nie tylko na Kaszubach i Pomorzu.
Jak podkreśla pani Sylwia, herbatki ze śmiesznymi i słynnymi już na Pomorzu nazwami, takimi jak „Poci dupa”, „Wkurwostop” czy „Pierdostop”, najlepiej sprzedają się przed świętami Bożego Narodzenia, bo klienci kupują je całymi zestawami na prezenty, właśnie ze względu na śmieszne nazwy.
- One są bardzo skuteczne na konkretne dolegliwości, ale jednak furorę zrobiły w naszym kraju przede wszystkim ich nazwy, stąd przed świętami tak duże zapotrzebowanie.
Jak objaśnia ich producentka, przed świętami atmosfera w domu nie zawsze jest… cieplutka, bo tyle na głowie, a jeszcze prezenty nie kupione, nie posprzątane, więc wtedy pijemy „Wkurwostop”. Natomiast po kapuście z grzybami wskazany jest „Pierdostop”, a po pasterce, jeśli jest zimno, możemy sobie wypić „Poci dupę”.
„Zioła na mnie nie poczekają”
Wiadomo, że aby tworzyć taką ilość kosmetyków, jaką oferuje Manufaktura Chwastowe Pole w Gołubiu, trzeba cały czas trzymać rękę na pulsie, wsłuchiwać się w prognozy pogody i umieć przewidywać, co kolejnego dnia można z natury pozyskać.
- W zależności od pory roku i aury, to ja muszę się dostosowywać, zioła na mnie nie poczekają, na drugi dzień mogą przekwitnąć, więc siłą rzeczy jak akurat coś rośnie czy jest do pozyskania, to muszę rzucić wszystko i iść. Potem je suszymy, destylujemy, przetwarzamy.
Jak podkreśla, jednorazowo można wyprodukować danego produktu jedynie niewielką partię. To dlatego zimą w Gołubiu kupić można więcej herbat czy octów, a latem świeżych kremów. Pani Sylwia już przyzwyczaiła swoje klientki, że nie każdy krem dostępny jest na zawołanie. Tworzy je w zależności od pory roku i dostępnych w naturze ziół.
- Moje panie wiedzą, że na przykład krem z rokitnika jest dostępny wyłącznie jesienią i zimą. Jak podaję informację, że specyfik się kończy, to stałe klientki przyjmują to bez sprzeciwu. Rozumieją już co to sezonowość, a to oznacza, że mają do mnie zaufanie. Wiedzą, że u mnie nie kupią chemii w pięknym opakowaniu, a wyłącznie kosmetyki wytwarzane z tego, co w danej porze roku oferuje nam natura.
Nie do wiary, przez osiem lat dziecko… bez antybiotyku?!
Zioła i rośliny pozyskiwane z natury stanowią nie tylko bazę w kosmetologii ale też są cennym składnikiem leków. Jak na czarownicę przystało, pani Sylwia również na tym polu radzi sobie znakomicie. Nie jest znachorką, nikogo nie leczy, ale wykorzystuje zioła i płody rolne z własnej działki, by pomóc swojej rodzinie w zapobieganiu infekcjom.
- Mój syn raz w życiu leczony był antybiotykiem, gdy był maleńki i zresztą niedługo potem zachorował ponownie. Od tego czasu, a minęło już osiem lat, nie wziął do ust antybiotyku. Nie musiał, bo nie choruje. I nie ma w tym żadnych czarów, po prostu praktykuję podejście holistyczne do organizmu. To nie tak, że podaję mu złotą tabletkę i jest zdrowy, po prostu przez cały rok dbam o jego florę bakteryjną. Podaję witaminę D, probiotyki i codziennie wypija kieliszek zakwasu z buraków. To już stało się dla nas rytuałem. Pragnę podkreślić, że nie jestem przeciwniczką medycyny konwencjonalnej, ale skoro udaje mi się własnymi metodami przeciwdziałać jej stosowaniu, to mogę być z siebie wyłącznie dumna. Staram się działać profilaktycznie, a nie leczyć i to się udaje.
W manufakturze pani Sylwii znaleźć można kosmetyki wszelkiego rodzaju. Ogromnym powodzeniem cieszą się mikstury z nagietka, zarówno krem, jak i maść stosowana na wszelkiego rodzaju obrażenia skóry czy balsam marchewkowy.
Wyrzucamy z ogródków cenne zioła
Okazuje się, że pieląc grządki w naszych ogrodach czy odchwaszczając byliny, wyrzucamy wartościowe dla tworzenia kosmetyków naturalne składniki.
- Nawet znienawidzony podagrycznik jest świetną rośliną, którą można zajadać się na okrągło. Wychodzi z niego smaczne pesto, podnosi też smak omletów czy jajecznicy, że nie wspomnę, że skutecznie leczy dnę moczanową.
Żeby mógł powstać krem, balsam, peeling i inne specyfiki kosmetyczne, pani Sylwia poświęca wiele godzin najpierw na ich oczyszczanie, a potem niczym babka z serialu „Ranczo” miele, waży, często czuwając nad kociołkiem, by zachowały odpowiednią temperaturę i właściwości.
Najbardziej cieszy, gdy wracają…
Sylwia Piechowska nie ukrywa, że cieszy się z każdej nowej klientki. Jednak żadna z nich nie sprawia jej takiej radości, jak ta, która wraca po raz kolejny.
- Bo to oznacza, że jestem dobra w tym co robię, że moje kosmetyki poprawiły komuś skórę i samopoczucie, że nie uczulają, że panie mogą je zdobyć tylko u mnie.
Sylwia od wielu lat nie kupuje w sklepach proszków do prania, płynów do mycia naczyń czy podłóg. Produkty, które - korzystając z własnej wiedzy - sama tworzy, znakomicie sprawdzają się w domu.
Reasumując, pani Sylwia jest samowystarczalna. Ale potrzeba do tego samodyscypliny i silnej woli, by bez względu na porę roku, kaprysy aury, wędrować tam, gdzie natura woła…

























Napisz komentarz
Komentarze