Gdy na scenie pojawił się Ruban Nielson z zespołem, publiczność szybko dała się porwać charakterystycznej mieszance psychodelii, funku i alternatywnego rocka. Delikatne, lekko zamglone gitarowe partie stopniowo nabierały intensywności, a pulsujący rytm sprawiał, że sala zaczęła kołysać się w jednym tempie.
W setliście znalazły się zarówno starsze utwory, dobrze znane fanom zespołu, jak i nowszy materiał. Kompozycje płynnie przechodziły jedna w drugą - od spokojnych, niemal hipnotycznych fragmentów, po bardziej energetyczne momenty, które wywoływały spontaniczne reakcje publiczności.
CZYTAJ TEŻ: Trip-hopowa nostalgia w Filharmonii Bałtyckiej. Hooverphonic zagrali w Gdańsku

Dużą rolę odegrała także oprawa wizualna. Przygaszone światła, dym i subtelne efekty sceniczne wzmacniały wrażenie uczestnictwa w psychodelicznym seansie. Gitary Nielsona potrafiły w jednej chwili prowadzić słuchaczy przez spokojne, rozmarzone melodie, by za moment eksplodować mocniejszym, surowym i przesterowanym brzmieniem.
Kulminacją wieczoru były dłuższe instrumentalne fragmenty, w których zespół pozwolił sobie na więcej swobody i improwizacji. W tych momentach muzyka niemal hipnotyzowała, a publiczność zdawała się całkowicie zanurzona w dźwiękach.
Takie koncerty i takie zespoły pokazują, że jeszcze nie wszystko w muzyce jest stracone. Jasne, mainstream dzisiaj sprawia, że można odnieść odmienne wrażenie, ale fakt, że sale koncertowe wypełniają się po brzegi na - bądź co bądź - jednak niszowych gatunkach, udowadnia, że jakość, artyzm i oryginalność wciąż są w cenie.























Napisz komentarz
Komentarze