Dlaczego tak bardzo wciągnął cię włoski sport?
- Ta historia jest tyleż samo fajna, co nieprawdziwa. Nie sprawdzam jednak jej dogłębnie żeby się nie rozczarować. To trochę moja osobista legenda, której nie chcę zburzyć, ale to oczywiście można sprawdzić. To był pożegnalny mecz Michela Platiniego. Był rok 1985 albo 86 i grały ze sobą Francja i Reszta Świata. W bramce tej drugiej drużyny stał golkiper, który miał charakterystyczną czapeczkę, że jak się nacisnęło z tyłu małą pompką to z przody klaskała. Ja się urodziłem w 1979 roku więc byłem wtedy dzieckiem i dla mnie to było coś niebywałego. Ponieważ byłem wtedy przekonany - tkwiłem w nim kilka dobrych lat - że był to włoski bramkarz Walter Zenga pokochałem Włochy i ich sport. Dziś wiem, że to nie był Zenga tylko Belg Jean-Marie Pfaff ( w rzeczywistości ten mecz odbył si e 23 maja 1988 roku w Nancy – przyp. red) Nigdy tego do końca nie sprawdziłem, bo musiałbym wtedy kibicować Belgom, a ja nic o tamtejszym sporcie nie wiedziałem i nic do niego nie czułem. Może gdzieś głęboko w podświadomości miałem zakodowane to, by pokochać włoski sport?
Jak ta miłość się rozwijała?
- Z każdym rokiem była coraz bardziej namiętna. Ten pierwiastek racjonalizmu przyszedł w 1990 roku, czyli wtedy gdy we Włoszech odbywały się piłkarskie mistrzostwa świata. Dla mnie ogromnie ważne, bo po raz pierwszy przeżywałem je świadomie. Płakałem, kiedy w półfinale Włosi przegrali po rzutach karnych z Argentyną 4:5. Piłki nożnej było w mojej fascynacji najwięcej, bo w latach 90 to właśnie futbol był w telewizji najczęściej. Z czasem skala mojego zainteresowania włoskim sportem się rozrosła, ostatnio kibicowałem włoskim olimpijczykom, ale na bieżąco śledzę co się dzieje m.in. w kolarstwie czy szermierce. Ostatnio Włosi awansowali do ćwierćfinału mistrzostw świata w baseballu. Tego sportu we Włoszech poza zawodnikami i ich rodzinami, nikt nie śledził, ale kiedy pokonali w ćwierćfinale 8:6 Puerto Rico 8:6 to trąbiły o tym wszystkie włoskie media. Dziś jest tam szał na punkcie baseballu.
Niedawno mogliśmy obserwować twoje krótkie relacje w mediach społecznościowych z zimowych igrzysk olimpijskich w Mediolanie i Cortinie. Jak się tam znalazłeś?
- Wyjazd zorganizowałem i sfinansowałem sobie sam. Zacząłem go planować kiedy MKOl ogłosił, że to Mediolan i Cortina będą gospodarzami zimowych igrzysk w 2026 roku. Z Trójmiasta pojechałem samochodem, zarezerwowałem sobie nocleg. Zawody odbywały się także w Livigno, Anterselvie czy Tenerre. Swoją bazę miałem w miasteczku oddalonym około 60 kilometrów od każdej z tych sportowych aren, ale nie wziąłem poprawki na to, że 60 kilometrów np. z Gdańska do Elbląga wygląda zupełnie inaczej niż ten sam odcinek w Alpach. Tamte wyprawy na zawody potrafiły trwać do 3 godzin. Do samej Cortiny nie można było wjechać autem. Musiałem je zostawić 8 kilometrów przed miastem i pojechać tamtejszym transportem. Impreza absolutnie świetna, z fantastyczna atmosferą, ale tylko dla ludzi takich jak ja. Bo komu by się chciało ruszać trzy godziny przed zawodami, marznąć na miejscu i często niewiele zobaczyć. W przeciwieństwie do telewizji, która dawała ogromny komfort oglądanie igrzysk.

Jakie jeszcze refleksje przywiozłeś z igrzysk we Włoszech?
- Bardzo chciałem to poczuć na własnej skórze, chciałem być częścią tego wydarzenia, poznać jak to wygląda od wewnątrz. Każdego dnia chłonąłem te wydarzenia i cieszyłem się, że tam jestem. Dziś już na chłodno nie potrafię ocenić co było fajne, a co nie. W Anterselvie np. podczas zawodów biatlonowych na trybunach było chyba więcej Niemców niż Włochów, a obok stadionu postawiono olbrzymi namiot gdzie tysiące ludzi świętowało…Oktoberfest z bawarską muzyką, kiełbasą z ognia i piwem, ale bez telebimu. Raczej nie byli zainteresowani biatlonem olimpijskim, choć musieli zapłacić za bilet wstępu.
Po tym krótkim pobycie jestem przekonany, że zimowe igrzyska olimpijskie powinny odbywać się w Europie. Tu są tradycje tych zimowych sportów zaszczepiane przez Norwegów, Austriaków, Niemców czy Francuzów. To ci kibice tworzą niepowtarzalną atmosferę. Robienie dużych imprez w Chinach czy w krajach arabskich - gdzie są pieniądze - obdarte jest z magii i atmosfery. Chińczycy ubierają ludzi w stroje poszczególnych państw i tak poprzebierane szkoły kibicują, ale nie do końca o takie kibicowanie chodzi.
Czy interesując się dokonaniami włoskich sportowców widzisz coś, co warto podpowiedzieć polskim decydentom sportu?
- Gotowej recepty nie mam, ale kiedy słyszę, że przymierzamy się do budowy toru saneczkarskiego, to uważam że jest to fatalny pomysł. To „kosmiczne” pieniądze, a tradycji nie mamy prawie żadnych. Nie sądzę, abyśmy zainteresowali młodzież uprawianiem saneczkarstwa mając jeden tor. 30 lat temu może garstka Włochów interesowała się rugby. Od roku 2000 Włosi włączeni do rozgrywek Pucharu Sześciu Narodów regularnie zdobywali „drewnianą łyżkę” dla najgorszej drużyny, ale to się zmieniło, a ich tegoroczne, pierwsze w historii, zwycięstwo nad Anglią odbiło się szerokim echem na całym świecie. Przez lata we włoskiej świadomości nie istniała też piłka ręczna, a tymczasem ich reprezentacja awansowała na mistrzostwa Europy i świata. Świetnie radzą sobie pływacy, a z letnich igrzysk olimpijskich przywożą na tyle dużo medali, że od lat są w pierwszej dziesiątce klasyfikacji medalowej. Od dwóch lat jest absolutny szał na Jannika Sinnera i to tenis obok lekkoatletyki i pływania jest zdecydowanie na włoskiej fali wnoszącej.

Czy u Włochów widać zainteresowanie adekwatne do ostatnich sukcesów sportowych?
- W piłkę nożną gra tam każdy i chyba każdy się nią interesuje. Przez 9 miesięcy mieszkałem w mieście Pesaro koło Rimini nad Adriatykiem. To jest mekka kolarstwa i zawsze widziałem tam mnóstwo ludzi na rowerach szosowych. Rozmawiając z Włochami nie dostrzegłem refleksji, że państwo skutecznie pomaga w sukcesach sportowych. Wielu z nich jest poirytowanych, że wszystko koncentruje się wokół piłki nożnej. Co więcej, to dotyczy głównie rywalizacji trzech klubów: AC Milan, Interu Mediolan i Juventusu Turyn. Kiedy kupujesz „La Gazzetta dello Sport”, chyba 4/5 jej zawartości to piłka nożna klubowa. Włosi chyba dobrze potrafią zbudować długotrwałą atmosferę wokół dyscypliny kiedy są wyniki. W Polsce mamy z tym kłopot, bo kiedy jest sukces to nastaje moda, a ta - jak wiadomo - mija.
Szymon Okuniewski to były dziennikarz sportowy, pracował m.in. w „Gazecie Wyborczej Trójmiasto”, potem mieszkał w Bielsku-Białej oraz Pessaro, ale wrócił do Polski, pracuje dla dużej międzynarodowej firmy i mieszka w Gdyni. Ma 47 lat.


























Napisz komentarz
Komentarze