Nie od dziś wiadomo, że organizatorzy Jazz Jantar układając program stosują bardzo poszerzoną, żeby nie powiedzieć gumową definicję jazzu. Ale tak daleko, jak tej wiosny chyba dotąd się nie posunęli. Stąd choćby zaproszenie wspomnianej wyżej Maruji określanej najczęściej jako formacja postpunkowa, względnie noise-rockowa. Nawiasem mówiąc bezprecedensowe było także tempo, w jakim wyprzedały się bilety na ich koncert. Czy na pewno tylko wśród jazzfanów?
Stylistycznie to, czego słuchaliśmy od środy do niedzieli można z grubsza podzielić na trzy grupy: jazz klasyczny – „jazzowy”, elektroniczny oraz rockowy. Przy czym ten ostatni bywał chwilami czystym rockiem. Do tego dodać należy kilka wydarzeń „niestowarzyszonych”, nie mieszczących się w żadnej z powyższych kategorii.
Jazz po bożemu
Zaczęło się „po bożemu” od bardzo, bardzo jazzowego popisu zespołu The Bad Plus, a w zasadzie jego sekcji rytmicznej wspartej przez wybitnego saksofonistę Chrisa Pottera oraz pianistę Craiga Taborna. Ta czwórka w ostatnim roku istnienia zespołu (tak przynajmniej zapowiadają jego założyciele) postanowiła twórczo zrekonstruować materiał „amerykańskiego” kwartetu Keitha Jarretta (Jarrett, Dewey Redman, Charlie Haden, Paul Motian). Zrobili to bez nabożeństwa, po swojemu. Szczególnie trudne zadanie miał Taborn: jak zagrać Jarretta nie próbując go imitować? Absolutnie wyszedł z tego obronna ręką. Kiedy było trzeba zalewał Salę Suwnicową kaskadą dźwięków, to znów precyzyjnie punktował, ale potrafił też całkowicie się wycofać, pozwalając saksofoniście improwizować tylko przy akompaniamencie sekcji rytmicznej. Potter był zresztą klasą samą dla siebie. Grał z ogniem, czujnie i – co najważniejsze – nieprzewidywalnie. Chwalić Reida Andersona i Dave’a Kinga nie ma potrzeby. Dość powiedzieć, że było tak gęsto i intensywnie, że czas na perkusyjne solo znalazł się dopiero w ostatnim utworze. Stojąca owacja jantarowej publiczności była jak najbardziej zasłużona.

Ten występ przypomniał nam jak wspaniały i wciąż inspirujący bywał akustyczny jazz w latach 70., które dziś – nie całkiem słusznie – kojarzymy głównie z nurtem fusion. A zarazem już pierwszego dnia festiwalowa poprzeczka zawisła piekielnie wysoko.
W klasycznie jazzowym repertuarze zaprezentowały się też dwa polskie zespoły: wrocławska Kratisa Q i trójmiejski Szymon Zawodny Quintet. Oba stosunkowo młode: Kratisa Q ma na koncie jeden album, Zawodny z kolegami właśnie na JJ prezentował premierowo materiał ze swojej drugiej płyty „Defragmentation of Mind”. W obu wypadkach widać, czy raczej słychać było nieco akademickie podejście do jazzowej materii: staranne kompozycje, bardzo dobre przygotowanie warsztatowe. Kwintet Zawodnego, bazujący na klasycznym współbrzmieniu tenoru i altu, był jedynym zespołem w tej edycji, którego muzycy posiłkowali się partyturą. Podczas piątkowego wieczoru obaj saksofonowi Szymonowie (Zawodny i i Kowalik) zostawiali duże pole do popisu dla sekcji, a zwłaszcza grającego na perkusji Mikołaja Stańki. Sam ich nowy materiał ma nieco programowy charakter – muzyka jest tu potraktowana jako sposób na defragmentację, czyli mówiąc prościej – odświeżenie umysłu. Prezentację tego manifestu wspomógł wokalnie Maciej Świniarski.
Z kolei Kratisa Q szuka inspiracji również poza jazzem głównego nurtu, próbuje rozszerzać tradycyjne instrumentarium – w jednym z utworów pojawiła się kalimba, a w nawet trzy kalimby. W ich graniu więcej też było żywiołowości.
Dyskretna syntektyka
Formacja Allah Bonsai nie jest już tak elektroniczna jak była kiedyś. Szymon Burnos i Bartosz Borzeszkowski postanowili powrócić do swoich bazowych instrumentów: pianina i perkusji. Ale nowy, trzeci członek formacji, Arkadiusz Krupiński, te akustyczne dźwięki procesuje na żywo za pomocą elektroniki. W Żaku to trio zaprezentowało całkiem nowy materiał z niewydanej jeszcze płyty „Mind of the Tree” – układający się w jeden muzyczny siąg świadomości, chwilami bardziej wzburzony, to znów łagodny, wyciszony, aż do szmeru pomiętej kartki papieru.
Z kolei międzynarodowy projekt The Sleep of Reason Produces Mosnster zaprezentował coś w rodzaju manifestu ideowego, czy wręcz politycznego. Nawiązując do tytułu słynnego obrazu Francisco Goi, który dał nazwę grupie („Kiedy rozum śpi, budzą się demony”), można powiedzieć, że generowanym przez siebie hałasem próbuje obudzić rozum, a może odstraszyć owe demony, które przybierają bardzo konkretne formy otaczającego nas wciąż okrucieństwa, które w trzeciej dekadzie XXI wieku wydaje się jeszcze nasilać. Choć nominalnie szefową zespołu pozostaje grająca na gramofonach Miriam Rezaei, siłą napędową koncertu była dobrze znana gdańskiej publiczności duńska saksofonistka Mette Rasmussen i austriacki perkusista Lukas Koenig.
Najmniej wymagający koncert z całego festiwalowego zestawu zaprezentował brytyjski kwartet Un.procedure. Tej konstatacji wcale nie należy rozumieć jako zarzutu, czy próby deprecjonowania ich muzyki. Po prostu po tylu wymyślnych i angażujących performensach dobrze było rozsiąść się wygodnie przed ekranem i posłuchać muzyków na żywo akompaniujących filmowi. I znów, nie znaczy to, że wizualizacje Guriego Bosha, oparte głównie o archiwalne filmy i nagrania VHS, były ważniejsze od muzyki. Ale po trzech dniach intensywnych doznań dźwiękowych ten nieco transowo-psychodeliczny set na saksofon, perkusję i elektronikę, z drobnymi wycieczkami w stronę jazzu, pozwolił publiczności na chwilowe pofolgowanie sobie, zatopienie się w doznaniach i odpłynięcie w rejony bardziej kontemplacyjne.
Ciężko, ciężej, Ciśnienie
Najwięcej kontrowersji wzbudził chyba występ angielskiego zespołu Ill Concidered. Oczekiwania pod ich adresem były bardzo duże i uzasadnione kilkoma naprawdę udanymi albumami, jakie mają na koncie. Formuła saksofonowo-basowo-perkusyjnego tria improwizującego na pograniczu rocka i muzyki plemiennej ma się dobrze co najmniej od lat 80. Pierwszy na tym polu był bodaj Blurt, choć z gitarą zamiast basu. Na gdańskim koncercie coś jednak nie zagrało. Było dużo energii, imponowało atomowe uderzenie Emre Ramazanoglu, ale bas Lirana Donina nie brzmiał tak ciekawie jak w nagraniach studyjnych (a o początku koncertu można właściwie powiedzieć, że nie brzmiał tam wcale). Saksofonowe improwizacje Idrisa Rahmana okazały się zaskakująco mało urozmaicone. Publiczność była podzielona, część oklaskiwała ich nieco przydługi set na stojąco, część – mniej lub bardziej dyskretnie – ruszyła do szatni.
Takich wątpliwości nie było natomiast po sobotnim występie kwintetu Tomasza Chyły. Nowy materiał, ujawniony w całości zaledwie dzień wcześniej, brzmi jeszcze ostrzej i bardziej bezkompromisowo niż poprzednie płyty, też już przecież odważnie flirtujące z rockowo-jazzowym brzmieniem tuzów lat 70. spod znaku King Crimson czy Mahavishnu Orchestra. Skrzypcowe szaleństwa lidera, wsparte nieprawdopodobnymi gitarowymi umiejętnościami i inwencją Krzysztofa Hadrycha, chwilami nieco spokojniej punktował Emil Miszk. A wszystko to na tle precyzyjnej sekcji Sławomir Koryzno-Konrad Żołnierek (ten ostatni wyłącznie na elektrycznym basie).
Niedziela miała być dniem jeszcze mocniejszego uderzenia i takim się okazała, mimo że nie zagrała tak wyczekiwana Maruja. Muzycy wprawdzie dotarli do Gdańska już w sobotę, ale ich instrumenty już nie. Zagrali więc tylko set dj-ski. Początkowo organizatorzy liczyli, że właściwy koncert uda się przełożyć na poniedziałek, ale ostatecznie sprzęt nie doleciał i występ trzeba było definitywnie odwołać.
W tej sytuacji w roli „zamykaczy” wystąpiło Ciśnienie i co tu dużo mówić swoje zadanie wypełniło rzetelnie. Jak wiadomo w większości gatunków muzycznych najważniejsza jest kulminacja. Członkowie katowickiego kwintetu wyciągnęli z tego faktu skrajne wnioski i ich utwory to w zasadzie jedno, długie, nieustające muzyczne szczytowanie, aż do całkowitego wyczerpania zarówno grających, jak i słuchaczy. Przy ogłuszającym łomocie perkusji i dudnieniu basu, Maciek Klich na skrzypcach i Monika Muc na barytonie (a pod koniec już tylko na samym ustniku) rywalizowali które z nich wejdzie na wyższe tony. Jak dla mnie był to zwycięski remis obu stron. Kiedy w pewnym momencie ktoś z publiczności krzyknął: „Więcej czadu!”, stojący obok wybuchnęli śmiechem. Więcej naprawdę się nie dało.
Niestowarzyszeni
Tradycją ostatnich edycji JJ jest organizacja warsztatów ze studentami gdańskiej Akademii Muzycznej prowadzonymi przez uznanego zagranicznego wykonawcę (a w zasadzie wykonawczynię, bo we wszystkich trzech dotychczasowym przypadkach były to kobiety). Tym razem ta rola przypadła amerykańskiej klarnecistce, pianistce i wokalistce Angel Bat Dawid. Wybrała ona grupę 13 studentek i studentów (chciała ponoć więcej, ale logistyka Żaka nie pozwoliła), z którymi przygotowała ludyczny program z melodią o kotku, co wlazł na płotek w roli motywu przewodniego.
Biorąc pod uwagę skład instrumentalny włosko-tureckiego Ava Trio, wzmocnionego obecnością belgijskiego trębacza Barta Marisa, można by próbować zaliczyć do grupy „klasyków”. Ale pozory mylą i nie chodzi tylko o niekonwencjonalny zestaw perkusyjny Pino Basile’a czy egzotyczne fujarki i przeszkadzajki, jakich używał Giuseppe Doronzo, kiedy akurat nie grał na saksofonie. Ta – w dużej mierze improwizowana i bardzo ilustracyjna – muzyka pozostaje głęboko osadzona w folklorze śródziemnomorskim: włoskim, greckim. W zasadzie te dźwięki różnie dobrze mogłyby zabrzmieć na gdyńskiej Globaltice, gdzie zapewne zespół miałby więcej czasu do dyspozycji i większą publiczność. We mnie w każdym razie ich krótki czwartkowy set w sali kinowej Żaka pozostawił niedosyt.
I wreszcie wisienka na torcie – koncert solo Mette Rasmussen w galerii Żaka. Takie przedsięwzięcia to poważne wyzwania, przede wszystkim dla solisty, ale też – co tu ukrywać – słuchaczy. Tym razem obie strony wyszły zwycięsko. Mette zaczarowała publikę nie tylko instrumentalnym kunsztem, co do którego nikt chyba nie miał wątpliwości, ale też wrażliwością, uważnością, wyczuciem miejsca i czasu. Jej muzyka była chwilami „dialogiczna” – zagajała i sama sobie odpowiadała. Było trochę, ale bez przesady, zabawy z preparowaniem instrumentu. Najciekawiej wypadło tu granie bez ustnika. Było badanie przestrzeni, interakcja z publicznością i w jakiejś mierze wiszącymi wokół na ścianach działami sztuki. Chyba nikt, komu udało się dostać na to kameralne wydarzenie nie żałował tej godziny spędzonej w pełnym skupieniu.
























Napisz komentarz
Komentarze