Czas na prysznic!
Patrząc na prognozy, nie można absolutnie narzekać. Była obawa, że ostatni Mystic w stoczni znowu będzie cały skąpany w deszczu, ale skończyło się na strachu. Jednak po dwóch dniach patelni przyszedł czas na prysznic. I to taki porządniejszy. Ale taki urok festiwali.
Należy się cieszyć, że front, który przechodzi przez Europę Gdańsk jedynie powierzchownie liznął. Bo mogło się skończyć oberwaniem chmury jak na Rock Am Ring czy wręcz odwołaniem jak na Primaverze. Tak że po prostu trochę ostudzono rozentuzjazmowaną publiczność, która przez dwa dni smażyła się w pełnym słońcu.
Czarodzieje z Park Stage
Jak wspomniałem na wstępie - najgorsza pogoda, najlepszy dzień, najlepsza muzyka. Sobota też będzie fajna, ale jednak top of the top mamy za sobą. Wielu będzie spierać, kto zagrał najlepszy koncert na ostatnim stoczniowym Mystiku - Blood Incantation czy Electric Wizard. Ja nie podejmę się wyłonienia zwycięzcy. Dwa różne zespoły, dwa różne gatunki, ale ta sama hipnotyzująca moc.
To było wręcz mistyczne doznanie. Kolejny z tych koncertów, kiedy jesteś w tłumie, ale dźwięki tak cię pochłaniają, że masz wrażenie, że stoisz sam pośrodku tego rytuału z mchu i paproci. Anglicy kapitalnie budują napięcie i historię swojego koncertu. Ich połączenie doomu ze stoner rockiem i sludgem wręcz pochłania wszystkie zmysły.
Jest to ten rodzaj koncertu, który zostaje na długo w pamięci. Może nie na zawsze, ale na pewno przez wiele lat będzie się kołatał gdzieś w meandrach mózgu. Oby więcej takich perełek w przyszłości.
Podróż do przeszłości
Tego dnia headlinerzy zeszli na dalszy plan. Oczywiście Black Label Society z Zakkiem Wyldem na czele zagrali tak, jak można było oczekiwać - było sporo popisów na gitarze, było mnóstwo energii, był kilt i był też duch Ozzy’ego Osbourne’a. Ale jednocześnie był to występ co najwyżej poprawny jeśli spojrzymy na to, co miał do zaoferowania piątek w stoczni.
Przede wszystkim Down. Phil Anselmo wraz z ekipą chyba odnaleźli źródło młodości. Po scenie hasali jak młodzieniaszki, a nie zespół, który ma tonę bagażu doświadczeń na barkach. Ale usłyszeć na żywo „Stone The Crow”, „Ghost Along the Missisipi”, „Pillars of Eternity” czy „Bury Me in Smoke” to jednak przeżycie wyjątkowe i mocno odmładzające. Świetna energia, duża jakość i dobrze to wszystko nagłośnione - no TOP3 piątku jak byk!
Z eskapad DeLoreanem po gałęziach czasu należy też dopisać Death To All (coverband, ja wiem), którzy zagrali niezwykle dynamiczny i sprawny koncert, co dla fanów Chucka Schuldinera było na pewno wyjątkowym przeżyciem. Poza tym Coroner, który ładnie thrashował na mainie (chociaż były zgrzyty w nagłośnieniu) czy Eyehategod, które otworzyło główną scenę z taką mocą, że można było mieć nadzieję, że jednak chmury się przestraszą i sobie pójdą. Niestety, nie przestraszyły się.
Pożegnanie ze stocznią
W piątek jeszcze bardzo przyjemnie hałasowali panowie z Today Is The Day, Corrosion of Conformity czy Benediction. Na uznanie zasługuje nasze lokalne Quantum Trio, które ze swoim jazzowym brzmieniem ładnie wpisało się w scenę The Void, a także Carpenter Brut, który zrobił sobie synthową dyskotekę na Park Stage.
Sobota to stoczniowe ostatki. Warto pożegnać Mystic Festival godnie w tym miejscu, ponieważ na zawsze zapisał się jako część tej przestrzeni. Na scenach pojawią m.in. Behemoth, Mastodon, Saxon, The Gathering, Harakiri for the Sky czy DVRK. A, no i najważniejsze - znowu będzie piękna pogoda!


Napisz komentarz
Komentarze