Reklama

Małgorzata Oliwia Sobczak: - Nie kłócę ze swoimi pomysłami, wychodzę z założenia, że los sam mi je zsyła

To już siódmy kolor zła, i jedenasty kryminał, a ja mam poczucie, że nie wyeksploatowałam mojego Trójmiasta nawet w połowie - mówi Małgorzata Oliwia Sobczak, autorka bestsellerowej serii kryminalnej „Kolory zła”
Kliknij aby odtworzyć
Drogi użytkowniku! Wykryliśmy, że korzystasz z programu blokującego reklamy w przeglądarce (AdBlock lub inny). Dzięki reklamom oglądasz nasz serwis za darmo. Prosimy, wyłącz ten program i odśwież stronę.

Pani ulubiony kolor?

Ten, nad którym obecnie pracuję.

Sądziłam jednak, że usłyszę... kolor zła. Jak zaczęła się ta pani gra w kolory?

Pisząc pierwszy kryminał, nie zakładałam, że to będzie początek serii. Okazało się jednak, że wydawnictwo, które zgłosiło chęć wydania tej książki, stwierdziło, że to jest dobry materiał na początek cyklu kryminalnego. Maszynopis „Czerwieni” zatytułowałam najpierw „Tam, gdzie odeszła”, bo to miała być przede wszystkim opowieść o stracie. O tym, co się dzieje, kiedy umiera ktoś bliski, o żałobie matki po kilkunastu latach od śmierci córki. Zbrodnia była tylko asumptem do opowiedzenia głębszej historii o tym, że po odejściu kogoś bliskiego świat dzieli się na przed i po. Ostatecznie powstał tytuł „Kolory zła. Czerwień”, w nawiązaniu do klimatu tej powieści, ale i do czerwieni wargowej, która była przedmiotem zainteresowania sprawcy.

A po czerwieni nadeszła czerń. Zastanawiam się, jak młoda, zadowolona z życia kobieta z trzymiesięczną córeczką zanurzyła się takim mroku, jaki odnajdujemy w tym drugim tomie „Kolorów zła”?

Sama się zastanawiam, skąd ta czerń wzięła się w moim życiu. Myślę, że sprowokowały ją lęki, które pojawiły się w głowie świeżo upieczonej mamy. Zaczęłam się zastanawiać, co by było, gdyby nagle moja córeczka zniknęła, gdyby ktoś ją porwał. Jak ja bym reagowała?

Małgorzata Oliwia Sobczak: Chyba tylko raz uśmierciłam mężczyznę w cyklu „Kolory zła” (fot. Krzysztof Sado Sadowski)

 

Pisanie jako oswajanie lęków?

Myślę, że to pisanie o złu, o ciemności w człowieku jest konfrontowaniem się z lękiem. Autoterapią. Mam różne lęki, które nie opuszczają mnie od lat, spowodowane traumatycznymi doświadczeniami z dzieciństwa. Ta strona mojej mrocznej natury jest dla mnie jednak bardzo naturalna. Jak każdy człowiek mam w sobie światło i ciemność. Nie muszę więc z tego mroku jakoś specjalnie się potem wydobywać, nie odchorowuję pisania o zbrodniach. Zresztą staram się w swoich książkach konfrontować mrok ze światłem i z dobrem. Pokazywać, że życie jest piękne, choć także kruche i trzeba je cenić.

Czerwiec to dla pani ważny miesiąc. Bo to nie tylko premiera „Fioletu” z serii „Kolory zła”, ale także premiera filmowej „Czerni”. Pani już ten film widziała?

Widziałam go jeszcze przed premierą i uważam, że to bardzo mocne kino. Świetne, ale mocne. Podczas oglądania cały czas myślałam - Sobczak, co ty najlepszego napisałaś? I od pierwszej do ostatniej sceny siedziałam ze ściśniętym żołądkiem. Z mężem potem żartowaliśmy, że akcja tak galopowała, że ani razu nie złapaliśmy się za rękę.

„Czerń” ma zdecydowanie więcej mroku i koloru zła, niż „Czerwień”, która była - jeśli tak można powiedzieć - bardziej rozrywkowa. Tam mieliśmy młodą kobietę, mafię,  seks, przemoc. Tu ofiarą jest dziecko. Ale też mamy regionalizm, mroczne Kaszuby, ludowe wierzenia. „Czerń” jest też bardziej zaangażowana społecznie. W tym filmie niezwykła jest przede wszystkim chemia pomiędzy Jakubem Gierszałem, który gra prokuratora Leopolda Bliskiego i Marianną Zydek jako pisarką Julią Sarman. Nie można od nich oderwać oczu. Jakub jako główny bohater ma o wiele większe pole do popisu, ale Marianna genialnie odtworzyła postać matki, której syn znika. Te jej wielkie błękitne oczy pełne łez, które kapały jak grochy po policzkach, robią ogromne wrażenie.

Czy pisząc już kolejne kryminały po filmie „Kolory zła. Czerwień”, widziała już pani Gierszała jako Bilskiego?

Od samego początku mój Leopold Bilski był postawnym, ciemnookim i ciemnowłosym, z mocnym zarostem mężczyzną. Tak go sobie wyobraziłam. Chociaż muszę przyznać, że Jakub Gierszał bardzo wydoroślał przez te trzy lata od filmowej „Czerwieni”. Zmężniał i to widać to na ekranie. Jednak jestem wierna wizerunkowi prokuratora, który mam w głowie od samego początku.

CZYTAJ TEŻ: Naga ofiara z monetą w dłoni. Nadchodzi „Fiolet” Małgorzaty Oliwii Sobczak

„Kolory zła. Fiolet” to pani najnowsze literackie dziecko. I tu znowu zamordowana zostaje kobieta...

Chyba tylko raz uśmierciłam mężczyznę w cyklu „Kolory zła”. Myślę, że to z powodu traumy z dzieciństwa, do której wracam i odtwarzam śmierć mojej bliskiej osoby, kuzynki. To taki jungowski przymus powtarzania. W każdej książce obsesyjnie wracam do śmierci kobiety, toposu straty i konieczności budowania na nowo życia po traumatycznym wydarzeniu. W „Fiolecie” mamy zabójstwo, uprowadzenia, pozorne przyjaźnie i toksyczny gniew. W pobliżu Opery Leśnej w Sopocie zostają odnalezione zwłoki młodej kobiety z zabytkową moneta w zaciśniętej dłoni. Ofiara jest naga, a niedaleko niej policjanci znajdują jej starannie ułożone ubranie, dokumenty i kwiat hibiskusa. Wszystko wskazuje na to, że morderca zamierza prowadzić ze śledczymi niebezpieczną grę na własnych zasadach.

Śledzimy życie bohaterów, kiedy są nastolatkami i przebywają w młodzieżowym ośrodku wychowawczym. Ten pobyt odciska na ich późniejszych zachowaniach ślad.

Na pomysł z ośrodkiem wychowawczym wpadłam, jadąc na spotkanie autorskie. Minęłam ogromny, ceglany, mroczny gmach z wielką bramą. I pomyślałam, że być może to szkoła z internatem. Natychmiast poczułam to symptomatyczne swędzenie w brzuchu, sugerujące, że jestem na tropie.

PRZECZYTAJ TEŻ: Trójmiejscy pisarze powalczą o prestiżową nagrodę. Sobczak i Siembieda w finale 

Podobne swędzenie, jak u prokuratora Bilskiego.

Ja je czuję, kiedy wiem, że koniecznie muszę coś inkorporować do książki. Potem natknęłam się na różne historie z młodzieżowych ośrodków wychowawczych, w których od lat dochodzi do różnych patologii, przemocy psychicznej i fizycznej. I pomyślałam, że w swojej książce chciałabym odtworzyć właśnie taki ośrodek. Pokazać, że dzieci, które tam trafiają, bardzo różne i z różnych domów, zazwyczaj doświadczają tam najgorszych rzeczy. Oczywiście nie twierdzę, że w każdym ośrodku wychowawczym dochodzi do przemocy, ale już sama izolacja od rodziny z pewnością wpływa na ich psychikę i późniejsze losy.

Który z tych kryminalnych kolorów był dla pani najtrudniejszy, najbardziej wyczerpujący? 

Myślę, że najbardziej poruszającą częścią „Kolorów zła” jest „Błękit”, ponieważ bardzo mocno skupiłam się w nim na żałobie rodziców mojej bohaterki. W „Błękicie” są takie fragmenty, przy których autentycznie płakałam, pisząc je. I kiedy później ponownie je czytałam, też miałam łzy w oczach. Tak, „Błękit” najbardziej przemówił do mojej empatii, współodczuwania. Wykorzystałam w trakcie pracy swoje własne doświadczenia, doświadczenia mojej rodziny. Dużo osobistych emocji z przeszłości, a także z teraźniejszości, bo przecież tamta nasza strata sprzed trzydziestu sześciu lat wciąż niesie swoje konsekwencje. 

Akcje swoich książek umieszcza pani głównie w Trójmieście.  I tylko raz, w przypadku „Czerni”, wybrała się pani na Kaszuby. Nie było takiej pokusy, żeby z akcją wyruszyć gdzieś dalej, poza Pomorze?

Nie, na razie nie miałam takiej pokusy.

  I chwała.

To już siódmy kolor zła, i jedenasty kryminał, a ja mam poczucie, że nie wyeksploatowałam mojego Trójmiasta nawet w połowie. Oczywiście jest pewien aspekt, który mnie bardzo mocno trzyma w Sopocie. Leopold Bilski to przecież sopocki prokurator, podobnie jak policjanci, którzy z nim współpracują, są z sopockiej komendy. Ciało musi się więc znaleźć w granicach Sopotu, tak żeby oni mogli się zająć śledztwem. Ale już w kolejnym kolorze, nad którym obecnie pracuję, wymyśliłam pewien myk, który sprawi, że będę mogła tym razem wraz bohaterami przenieść się w okolice Gdyni.

PRZECZYTAJ: Makabryczne odkrycie, które wstrząsnęło Sopotem. Sobczak zanurza się w mętnej „Zieleni” 

Tych kolorów jest już sporo w pani kryminalnej kolekcji. Czy ma pani taki termin, w którym powie sobie dość?

Nie, dopóki czytelnicy chcą je czytać. Ale ja mam tak, że nigdy nie kłócę ze swoimi pomysłami. Zawsze wychodzę z założenia, że los sam mi je zsyła. Co więcej, w trakcie pracy nad książką bardzo często zaczynają dziać się rzeczy niemal magiczne. Nagle spotykam kogoś, kto przeżył coś, o czym chcę pisać, albo natykam się na jakiś artykuł, który otwiera mi oczy, albo obejrzę coś, co idealnie wpisuje się w moją fabułę. Mój mąż mówi na to „wszechświatowa inteligencja”. Ja się śmieję, że cały świat chce, żeby ta powieść powstała. Kiedy w mojej głowie zakiełkuje pomysł wyruszenia gdzieś indziej, to ja się z nim nie będę kłóciła. Zawsze słucham swojej intuicji. Ale póki co mam przeczucie, że pożegnanie z kolorami długo jeszcze nie nastąpi.

Podziwiam u pani zainteresowanie różnymi technikami kryminalistyki i wprowadzanie ich do swoich książek w taki sposób, że czytelnik mało z tym tematem obeznany, może wszystko zrozumieć.

Bardzo dziękuję. Ja mam taką trochę akademicką duszę i kiedy piszę książkę, sama staram się wchodzić w skórę śledczego. Chciałabym, żeby moi czytelnicy, czytając kryminał, też stawali się śledczymi. Dlatego dostarczam im dużo tropów i takiej merytorycznej wiedzy. Wczoraj rozmawiałam z Anetą Lewkowicz. To doktor habilitowana fizyki, która pracuje w Zakładzie Badań Sądowych na Uniwersytecie Gdańskim. Aneta Lewkowicz wraz z doktorantkami Martyną Czarnomską i Emilią Gruszczyńską pomagały mi przy pewnym eksperymencie z hibiskusem w „Fiolecie”. I to dzięki nim posiadłam wiedzę na temat nowych metod śledczych, które one rozwijają. Aneta Lewkowicz zaprosiła mnie na konferencję naukową do Rzymu, która ma się odbyć w październiku. Zasugerowała, że też powinnam być panelistką i opowiadać o technikach kryminalistyki. Jej zdaniem tak dobrze przekładam tę wiedzę o technikach na kartkach swoich książek, że nawet powinnam jeździć po uczelniach w wydziałami kryminalistyki i opowiadać o tych metodach. To niesamowite, że tak niezwykła osoba, o tak ogromnej wiedzy mnie pochwaliła.  Oczywiście staram się bardzo wiarygodnie odtwarzać te techniki, chociaż czasami również je modyfikuję, np. pisząc o metodach, które jeszcze w Polsce nie są wykorzystywane, ale w „Kolorach zła” moi śledczy już je stosują.

Popularność pani kryminałów jest tak wielka, że wypływają one na szerokie, światowe wody.

Czuję radość, kiedy myślę, że moje książki będą czytane poza granicami Polski. Rozpoczęły się właśnie prace nad przekładem francuskim, czeskim i słowackim. Niedawno byłam z mężem w Paryżu i pomyślałam, jakie to będzie ekscytujące, kiedy następnym razem przyjedziemy i mijając jakąś księgarnię zobaczę w witrynie „Les couleurs du mal. Rouge”.

WIĘCEJ: Kolejny sukces trójmiejskiej pisarki. „Czerwień” sprzedana do Francji! 

Myśli pani o sobie czasami: Sobczak, ale ci się udało?

Codziennie tak myślę i nie dowierzam. Zastanawiam się, czy to się dzieje naprawdę, czy tylko mi się śni.

Bo wszystko idzie jak po sznureczku, gładko.

Tak, odpukać.

I życie osobiste, i życie literackie.

Czasami się śmieję, że to jest taka najlepsza wersja mojego życia, jaką mogłam sobie wymarzyć. Projekcja życia, do której nawiązuję w „Fiolecie”. W tej powieści jedną z głównych bohaterek jest Wanda Stawicka, fizyczka cierpiąca na psychogenną utratę wzroku. To zaburzenie sprawiło, że granice jej mapy mentalnej się przesunęły, a ona została zmuszona do zaprojektowania swojego życia od nowa. To zaś nasunęło jej myśl, że wszystko, czego doświadczamy – to, co widzimy albo to, co czujemy – jest jedynie halucynacją produkowaną w każdej sekundzie przez nasz mózg. I ja też często mam takie wrażenie – że ta cała moja kariera to tylko halucynacja mojego marzącego mózgu.

To jest jeszcze miejsce na marzenia w tak przebogatym i dobrym życiu? 

Często ludzi mnie pytają, czego mi życzyć, a ja wtedy odpowiadam: „Żeby to trwało”. Niczego więcej nie pragnę. Chociaż mam oczywiście jeszcze różne, małe marzenia. Nic się nie stanie, jeśli się już nie spełnią, ale dobrze jest mieć o czym marzyć.  To dopinguje. Motywuje do działania. I pięknie rozwija. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama