Czy da się odebrać przywileje?
Oświadczenie majątkowe radnego-lekarza z Warszawy Dawida Kacprzyka, stało się powodem do ogólnokrajowej debaty na temat konieczności wprowadzenia limitów zarobków medyków. 28-letni rezydent bez specjalizacji zadeklarował, że w ubiegłym roku, m.in. jako koordynator administracyjny SOR w publicznym szpitalu zarobił 1,6 mln zł, czyli ponad 133 tys. zł miesięcznie. Pokazał też nowe Porsche za ponad pół miliona zł i mieszkanie warte 900 tys. zł.
Niektórzy twierdzą, że afera wokół zarobków byłego już radnego PO, stała się – mimo wszystko – nieoczekiwanym prezentem dla rządu. Resort zdrowia od wielu miesięcy próbuje ograniczyć finansowe skutki wprowadzonej jeszcze za rządów PiS ustawy o zawodach medycznych, gwarantującej coroczny wzrost płacy minimalnej lekarzy, pielęgniarek, farmaceutów, ratowników i innych zawodów medycznych.
Wcześniejsze negocjacje MZ z organizacjami, reprezentującymi poszczególne zawody medyczne, zakończyły się fiaskiem.
PRZECZYTAJ TEŻ: Wielka awantura o zarobki lekarzy! Kto naprawdę zarabia 100 tys. zł? Medycy ujawniają kulisy pracy
- Zabranie przywilejów jest najtrudniejszym ruchem dla polityków - tłumaczy dr Monika Raulinajtys-Grzybek, prof. SGH, specjalistka finansów i zarządzania w ochronie zdrowia. - Równocześnie trudno się dziwić, że związki zawodowe twardo stoją po drugiej stronie negocjacyjnej. Ustawa o wzroście wynagrodzenia pojawiła się, gdy zarobki środowiska medycznego były na zupełnie innym poziomie. Dziś już mówimy o świetnie wynagradzanych przedstawicielach zawodów medycznych. Jednak przywileje zostaną zabrane dopiero wtedy, gdy politycy będą mieli odpowiedni mandat do takiej decyzji.
Czy mandatem może stać się złość rodaków na widok nowego Porsche młodego lekarza?
Płace polskich medyków w czołówce UE
Podczas gdy waloryzacja płac w budżetówce wynosi 3,5 proc., medykom najniższe płace rosną każdego roku o ok. 9 proc.
I tak od 1 lipca 2026 r. lekarze i dentyści ze specjalizacją mają zarabiać brutto co najmniej 12 910,16 zł, czyli ok. tysiąc zł więcej niż obecnie, pielęgniarki ze specjalizacją - 11 485,59 zł, a pielęgniarki bez specjalizacji i studiów - 8369,35 zł.
Podwyżki stanowią coraz większe obciążenie dla Narodowego Funduszu Zdrowia, który już teraz zaplanował na 2027 r. deficyt w wysokości 21 mld zł. Agencja Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji rekomenduje, by NFZ przekazało w lipcu 2026 r. placówkom medycznym 4,5 mld zł na podwyżki. Czy to jednak wystarczy?
Zdaniem prof. Raulinajtys-Grzybek należy pamiętać, że bezpośrednie podwyżki minimalnego wynagrodzenia ciągną za sobą wzrost oczekiwań płacowych wszystkich innych zatrudnionych w sektorze, czy to na podstawie umowy o pracę czy też na kontraktach.
- Mamy braki kadrowe, więc siła negocjacyjna personelu jest ciągle bardzo wysoka – mówi ekspertka. - W konsekwencji pracodawcy stają przed trudnym wyborem i często finansują dodatkowe wzrosty z ogólnego strumienia środków z NFZ na leczenie.
CZYTAJ TAKŻE: Pacjenci mieli być przyjmowani poza kolejką. Sprawa będzie wyjaśniana „do spodu”
Dyrektorzy na Pomorzu przypominają, że ustawa podwyżkowa nie obejmuje osób na kontraktach, którzy w związku z podwyżkami minimalnego wynagrodzenia mogą też żądać dodatkowych pieniędzy.
- Dla części podmiotów pieniądze z funduszu wystarczą, dla reszty nie – przyznaje jeden z moich rozmówców. - Aneksy przyjdą w połowie lipca, wtedy dopiero poznamy realia.
W najtrudniejszej sytuacji znajdą się szpitale powiatowe, niemające dostępu do kadr, bez których nie zarobią na utrzymanie.
- To kwestia wyceny określonych zabiegów przez NFZ – wyjaśnia Bartosz Fiałek, lekarz reumatolog z Pomorskiego Centrum Reumatologii, edukator zdrowotny. - Na udziale procentowym od takiego zabiegu można zarobić ogromne kwoty nawet w małych, powiatowych szpitalach. I jeśli zapłaci się lekarzowi 400 tysięcy zł za miesiąc, to się zwróci, bo on zarobi dla szpitala 10 milionów złotych.
Kiedy mały szpital zdecyduje się ściągnąć specjalistę, stawki pójdą w górę. Jak wysoko? W relacjach medialnych pojawiają się kwoty sięgające 330 zł, a nawet 500 zł. Za godzinę.
- Jesteśmy w czołówce Unii Europejskiej, na pewno powyżej średniej – mówi prof. Raulinajtys-Grzybek. – Dane w tym zakresie znacznie poprawiły się w ostatnich latach.
Jak podejść do sytuacji?
Zdaniem dr. Fiałka podwyżki w ochronie zdrowia, które są finansowane ze środków publicznych, nie mogą rosnąć dużo szybciej niż możliwości budżetu i innych sfer publicznych. Powinny wynosić np. 3,5 proc., a nie mniej więcej 9 proc. rocznie.
- Zgadzam się ze społeczeństwem, że to jest niesprawiedliwe i nieakceptowalne, natomiast praprzyczyną jest złe ustawienie priorytetów – twierdzi lekarz. - Powinniśmy podejść do sytuacji inaczej, gdyż nasze minimalne pensje lekarzy specjalistów nadal nie odpowiadają poziomom spotykanym w wielu krajach Unii Europejskiej i OECD. Wyższa od budżetowej podwyżka co roku była po to, by utrzymać specjalistów w systemie. W OECD specjaliści zarabiają zwykle około 2–5 średnich krajowych. W Polsce ustawowe minimum dla lekarza specjalisty to współczynnik 1,45. Powinniśmy iść w stronę normalizacji tych proporcji, ale w sposób przewidywalny i powiązany z reformą systemu.
SPRAWDŹ: Katastrofa w SOR-ach i przychodniach na Pomorzu? 161 lekarzy spoza Unii może stracić prawo wykonywania zawodu
AOTMiT policzyła, że jeszcze w 2024 r. koszty osobowe odpowiadały za ponad 65 proc. przychodów podmiotów leczniczych finansowanych przez NFZ. Chociaż dziś są już szpitale, co przyznała wiceprezydent Warszawy Renata Kaznowska w rozmowie dla Rynku Zdrowia, w których 80–90 proc. kosztów stanowią wynagrodzenia personelu.
- I to jest patologia – uważa Bartosz Fiałek. - Jeżeli szpital tak redystrybuuje pieniądze, to znaczy, że powinien się zrestrukturyzować.
Z danych OECD i Komisji Europejskiej wynika, że jesteśmy jednym z niewielu krajów, który przeznacza dużą część środków na szpitalnictwo, zamiast wzmacniać medycynę ambulatoryjną. Co to oznacza? W szpitalu, który jest droższy od medycyny ambulatoryjnej, jesteśmy w stanie kupić dużo mniej świadczeń.
- W wielu krajach, np. na Łotwie, w Estonii czy Finlandii, większy ciężar finansowania przesunięty jest w stronę opieki ambulatoryjnej – mówi dr Fiałek. - W Polsce ok. 37 proc. wydatków bieżących przeznaczamy na leczenie szpitalne, a ok. 31 proc. na ambulatoryjne. Mamy wyższą od średniej OECD liczbę łóżek szpitalnych. W Polsce to około 6,3 łóżka na 1000 mieszkańców, a średnia OECD to około 4,3. To znaczy, że mamy ok. 45 proc. więcej łóżek niż średnia OECD. Zamiast więc dyskutować po raz kolejny o wynagrodzeniach, które – zgadzam się – bywają patologiczne, powinniśmy zreformować system. Wówczas wynagrodzenia łatwiej będzie utrzymać na akceptowalnym społecznie poziomie.
CZYTAJ TEŻ: Finanse NFZ na krawędzi. Dziura budżetowa i widmo braku pieniędzy na leczenie
Tak czy inaczej jednoznaczne kojarzenie utrudnionego dostępu do specjalistów i kolejek do zabiegów z zarobkami lekarzy jest dużym uproszczeniem.
- Polski system opieki zdrowotnej jest tak skomplikowany, że przeciętnemu Kowalskiemu nie jest łatwo zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi – słyszę od eksperta. - Ludzie często myślą, że praprzyczyną tego, co dzieje się obecnie w systemie, są zarobki lekarzy. Tymczasem źródłem problemów jest brak specjalistów w niektórych dziedzinach medycyny, limity świadczeń oraz zła alokacja pieniędzy.
Kto pozwolił lekarzom tak dużo pracować?
Po nagłośnieniu wysokich zarobków warszawskiego rezydenta, AOTMiT podała, że wśród ok. 200 tys. polskich lekarzy zarobki przekraczające milion złotych rocznie osiąga ok. 1,5 proc. medyków. Czyli około 3 tys. osób. Ale i tak pacjent, czekający godzinami w SOR lub rok w kolejce do reumatologa, patrzy z zazdrością na każdego doktora.
- Na zawiści jest bardzo łatwo grać – twierdzi prof. Raulinajtys-Grzybek. - Jeśli lekarz zarobił uczciwie, pracując po 16 godzin na dobę, trudno go potępiać. W ostatnim czasie pojawiają się wiadomości o lekarzach, którzy zmarli podczas wykonywanej pracy. To nie jest normalne.
Specjalistka finansów i zarządzania w ochronie zdrowia przyznaje, że w kwestii zarobków medyków został przekroczony Rubikon, zwłaszcza, że mówimy o środkach publicznych.
- Jednak równolegle z próbą rozwiązania tego problemu realizowane są cele polityczne – uważa. - I to budzi mój sprzeciw.
W opinii dr. Fiałka, zamiast nakładać górne widełki zarobków, co jest trudne do obrony i w praktyce łatwe do obejścia, należy ograniczyć i realnie ewidencjonować czas pracy.
W Unii Europejskiej obowiązuje dyrektywa, zgodnie z którą przeciętny czas pracy nie powinien przekraczać 48 godzin tygodniowo wraz z nadgodzinami. Są wyjątki, okresy rozliczeniowe i klauzule opt-out, ale kierunek jest jasny: chodzi o bezpieczeństwo pacjenta i lekarza.
Przypominamy - Dawid Kacprzyk, lekarz z Warszawy zarobił 1,6 mln zł rocznie, pracując po około 331 godzin w miesiącu, czyli prawie 4 tys. godzin w roku.
- Nie pytajmy tylko, dlaczego tyle zarobił – mówi sopocki reumatolog. - Pytajmy również, kto pozwolił mu pracować tak dużo i dlaczego nie mamy sprawnego systemu ewidencji czasu pracy lekarza. Takiego jak np. w przypadku pilotów czy kierowców tirów. W ochronie zdrowia także powinno być jasne, ile godzin realnie pracuje lekarz, niezależnie od tego, czy pracuje w publicznym szpitalu, czy prywatnie. Powinniśmy więc ustalić górny pułap nie zarobków, tylko godzin. Tak unikniemy kolosalnych zarobków wynikających z nieludzkiej liczby godzin pracy. Jednocześnie lekarz, który pracuje 1800–2000 godzin rocznie, będzie bezpieczniejszy dla pacjenta i dla samego siebie.
Dr Fiałek zgadza się, że zarobki rzędu 200, 300 czy 360 tys. zł miesięcznie w publicznie finansowanym systemie są społecznie nieakceptowalne. To są kwoty oderwane od realiów polskiego systemu ochrony zdrowia. - Jeśli jednak dyrektor szpitala mówi dziennikarzom, że u niego lekarz pracował 420 godzin, to pytam, kto pozwolił mu na pracę na 2,5 etatu? - zastanawia się nasz komentator, dodając, że niestety, młodzi lekarze bywają zmuszani do brania dodatkowych dyżurów.
Teoretycznie najlepszym wyjściem byłoby ograniczenie czasu pracy lekarza do 40 godzin tygodniowo, niezależnie czy pracuje w publicznej, czy w prywatnej placówce. Braki kadry, zwłaszcza lekarskiej, nie ułatwiają jednak zadania.
- Efekt zwiększonego w ostatnich latach naboru na studia medyczne będzie widoczny zapewne w 2030 roku, może w 2029 roku – przewiduje prof. Raulinajtys-Grzybek.
Wcześniej jednak absolwenci medycyny będą musieli zrobić specjalizację. - Roczniki zbliżają się do końca studiów – mówi jeden z pomorskich ekspertów. - Czy budżet znajdzie za 2-3 lata pieniądze na miejsca rezydenckie dla tak dużej liczby medyków?
I tak, chcąc nie chcąc, wracamy do pieniędzy.
Kto zdecyduje o reformie?
Ostatecznie, jak poinformował warszawski ratusz, od 15 czerwca Dawid Kacprzyk, czyli lekarz z Porsche, skorygował 33 faktury, obejmujące okres od 31 stycznia 2025 roku do 16 czerwca 2026 roku. Na konto szpitala zwrócił 0,5 mln złotych. To jednak nie kończy tematu.
- Musimy to możliwie szybko przeciąć – powiedział w ostatni wtorek premier Donald Tusk, komentując kominy płacowe lekarzy.
Po zakończeniu posiedzenia Rady Ministrów, przekazano, że rząd przyjął projekt ustawy umożliwiającej zbieranie informacji o zarobkach medyków w powiązaniu z numerem PESEL. Ma to pomóc w ustalaniu kosztów świadczeń zdrowotnych i w lepszym zarządzaniu systemem.
Bartosz Fiałek podchodzi sceptycznie do tych deklaracji. - Mam coraz mniejszą nadzieję na realne, długofalowe reformy – mówi. - Niestety, widać, że znów zajmujemy się gaszeniem pożarów, czyli zarobkami jednego lekarza.
Prof. Monika Raulinajtys-Grzybek uważa, że dla poprawy sytuacji w ochronie zdrowia najbardziej potrzebny nam jest solidaryzm społeczny.
A także jasny przekaz - system składkowy w obecnym polskim kształcie nie rozwiązuje problemu, bo pula środków, którą dysponuje NFZ, jest zbyt mała wobec potrzeb zdrowotnych. Ograniczona ilość pieniędzy wystarcza na zakup ograniczonej liczby usług medycznych, procedur i świadczeń zdrowotnych. Przez to mamy kolejki.
- My jednak chcemy prostych rozwiązań - tłumaczy dr Fiałek. - Takich jak obniżenie wynagrodzeń personelu. To nie rozwiąże problemu i nigdzie na świecie się nie sprawdziło. Co najmniej od 8 lat brakuje ponadpartyjnej decyzji, żeby ten system zreformować. I nie zrobi tego jeden rząd w ciągu jednej kadencji. Powinniśmy wyjąć ochronę zdrowia poza bieżący spór polityczny.
Przykład można brać od Holendrów, którzy mają jeden z najlepiej funkcjonujących systemów ochrony zdrowia. Nie doszli do tego z dnia na dzień. To była wieloletnia reforma oparta na jasnym kierunku, analizie danych i konsekwencji przez niezależnych ekspertów.
Tylko czy wreszcie odważymy się na porozumienie ponad podziałami? Dla zdrowia, oczywiście.


Napisz komentarz
Komentarze