In Flames przyciągnęli tłumy do B90 w Gdańsku
Organizatorzy, wybierając Gdańsk na miejsce koncertu, nigdy nie mogą być pewni frekwencji. Zazwyczaj Warszawa, Wrocław, Kraków czy Poznań wyprzedają się na pniu, a nad morzem sala może świecić pustkami. Tym razem było, na szczęście, inaczej. B90 wypełniło się bardzo szczelnie zróżnicowaną wiekowo publicznością, która rewelacyjnie przyjęła artystów.
Bleed From Within. Metalcore z Glasgow na przystawkę
Wieczór rozpoczął się od przystawki w postaci Bleed From Within. Metalcore’owcy z Glasgow świetnie otworzyli środowe (15 lipca) granie w B90. Mówimy o zespole, który ma już za sobą przeszło 20 lat istnienia, ale nigdy nie wskoczył na wyższy poziom. To właśnie taki support albo bardziej gość specjalny, bo jednak support nie będzie sprawiedliwym określeniem. To nie są przecież żółtodzioby.

Świetnie zagrali. Dostali zaledwie 45 minut, a udało im się w tak krótkim czasie zaprezentować cały przekrój ich repertuaru. Było brutalnie, było melodyjnie, a także nastrojowo, bo Bleed From Within to klasyczny przedstawiciel gatunku – z jednej strony wywali ci bebechy na drugą stronę, a za chwilę zaśpiewa prawie że balladę. Kapitalna energia Scotta Kennedy’ego udzieliła się wszystkim.
In Flames. Szwedzka maszyna świetnie otwiera trasę
Po wojażach za oceanem In Flames rozpoczęło granie w Europie od Gdańska. Daleko w końcu nie mieli. Wrócili do stoczni po roku. Do zupełnie innej przestrzeni, bo w 2025 roku zamykali dużą scenę pierwszego dnia Mystic Festival. Zagrali wtedy potężnie, ale nie był to koncert, który jakoś specjalnie dało się zapamiętać.
Co innego teraz. Już od ich wejścia na scenę widzieliśmy, że mamy do czynienia z poważnymi zawodnikami. B90 uwypukliło wszystkie zalety tego zespołu. Wyszli na scenę wyluzowani i pewni siebie. Świetnie współpracowali z publicznością – bez tej typowej dla gatunku agresji, a z niezwykle przyjazną aurą. Ziomeczki, po prostu. Blisko cztery dekady na scenie, a oni w ogóle nie mają w sobie blazy.
Klubowy koncert pokazał największe atuty In Flames
Zresztą koncerty klubowe, z określoną publicznością, zawsze stały u mnie wyżej od tych festiwalowych czy nawet na dużych arenach. To jest zupełnie inna energia, która porywa zarówno wykonawców, jak i widownię. No i In Flames w B90 tę tezę potwierdza. Bardzo dobrze to było nagłośnione – wokal klarowny, a instrumenty świdrujące, czyli tak, jak być powinno.
Setlista, oprawa i brzmienie zachwyciły fanów metalu
Szwedzi grają melodyjny death metal, ale wydaje mi się, że to wciskanie ich na siłę w jakąś szufladkę. Bo Anders Fridén z ekipą prezentują bardzo szeroką paletę ciężkiego grania. Dziś łatwiej to skategoryzować jako szeroko pojęty metalcore – dużo mocy i dużo melodii. Po prostu biorą to, co im się podoba, i lepią wedle uznania. Na tej oryginalności zbudowali swoją legendę. Dziś to już pełnoprawna koncertowa maszyna, która zostawia zgliszcza w każdym kolejnym mieście.
Płomieni wprawdzie zabrakło, ale oprawa tego koncertu robiła wrażenie. Świetne wizualizacje i jeszcze lepsze oświetlenie, które idealnie dopełniało każdy kolejny utwór. Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić, to momentami zbyt długie przerwy pomiędzy kompozycjami, które trochę wytrącały koncert z rytmu.
A przecież setlista na tej trasie – przekrojowa i przebojowa – aż się prosi o szalone (chociaż momentami) tempo. Od „Colony” na dzień dobry, przez „Voices”, „Paralyzed”, „State of Slow Decay”, „Meet Your Maker”, po „I Am Above”.
Koncert In Flames w B90 potwierdził wysoką formę zespołu
Tak czy inaczej, to była niezwykle przyjemna środa w B90. Gęsta oraz mięsista. Bleed From Within nie zawiedli i wyszli nabuzowani, nakręcając publiczność na więcej. In Flames natomiast pokazali, że są w świetnej formie podczas tegorocznej trasy, wciąż to topowy zespół na metalowej scenie.

Napisz komentarz
Komentarze