Roman Colbe
Urodził się w 1886 w Brodnicy nad Drwęcą jako Roman Czołba. Trzy lata później umiera mu ojciec. Matka powtórnie wychodzi za mąż, chłopca wychowuje ojczym.
Po ukończeniu technikum zostaje starszym technikiem geodetą. Wyjeżdża do Gdańska, tu zmienia nazwisko na Colbe, przyczyny tej decyzji nie są do końca znane.
Dostaje posadę w Królewskiej Dyrekcji Kolei w Gdańsku. W roku 1910 bierze ślub z Gertrudą Kinder, po latach tenisistką Gedanii. Mimo że Roman dobrze zarabia, nie kupują mieszkania, często zmieniają lokum, bo też co dwa lata powiększa im się rodzina. Doczekali się siedmiorga dzieci, sześciu dziewczynek i jednego chłopca, uzdolnionego muzycznie Jana. Chłopiec ma słuch absolutny, uczy się dyrygentury u samego Kazimierza Wiłkomirskiego, jako nastolatek towarzyszy rodzicom podczas koncertów w Operze Leśnej. By śledzić poczynania dyrygenta, zawsze ma przy sobie partyturę wykonywanego dzieła.

W domu rodziny Colbe jest służba, nianie, na posiłek wzywa się domowników specjalnym dzwonkiem. Słynne były w Gdańsku obiady czwartkowe, które Gertruda urządzała dla przyjaciół artystów.
W roku 1921, z chwilą powstania Wolnego Miasta Gdańska, zarządzanie koleją przechodzi w polskie ręce. W Pomorskiej Dyrekcji Kolei Roman Colbe pracuje do września 1939.
W połowie października – wraz z synem i zięciem zostaje aresztowany przez gestapo. Wywożą ich do Stutthofu, ostatecznie – już tylko z synem – trafiają do Dachau. Dwudziestoletni Janek podejmuje próbę ucieczki. Nieudaną. Grozi mu kara śmierci. Na obozowym apelu Roman prosi, by ocalić syna, w zamian za jego życie. Zostaje powieszony 25 stycznia 1944.
Urnę z prochami przywożą Gertrudzie w dniu urodzin męża.
Jan przeżył wojnę. Nigdy już do domu nie wrócił. Zmarł w Niemczech w latach 80.
Roman Colbe spoczywa na Cmentarzu Katolickim w Sopocie.
Józef Golicki

Urodził się w Tczewie, nad Wisłą, gdzież indziej mógłby przyjść na świat ów znany regionalista, popularyzator historii tego miasta, inicjator Festiwalu Grzegorza Ciechowskiego „In Memoriam"?
Pierwsze podwórko z dzieciństwa to okolice ulicy Zamkowej, a więc stary tczewski most. Ilekroć mostem przejeżdżał pociąg, był pewien, że steruje nim dziadek, który był maszynistą. Most to pierwsze – wraz z kolegami – odważne wyprawy na drugą stronę, to – ukrywana przed matką – zbiórka złomu. Pamięta podwórkowych sprzedawców szmat, ale i Cyganów, którzy wiosną przyjeżdżali nad rzekę. We wspomnieniach błyszczy Wisła, statki, barki ciągnięte przez holowniki.
W Tczewie kończy liceum. Potem Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Gdańskim. Po studiach dołącza do młodej, energicznej kadry zajmującej się kulturą w Tczewie. W tym czasie współtworzy ważny dla regionu „Kociewski Kantor Edytorski” oraz „Kociewski Magazyn Regionalny”. Pochłania go działalność społeczna.
Pod koniec lat 80. zostaje agentem placówki handlowej, w której sprzedaje m.in. ceramikę artystyczną.
Rok 2001 to organizacja pierwszego festiwalu im. Grzegorza Ciechowskiego. Z pochodzącym z Tczewa liderem Republiki znali się jeszcze z czasów podstawówki, z treningów lekkoatletycznych. W liceum wymieniali się pierwszymi próbami poetyckimi.
Festiwal – w tym roku edycja jubileuszowa – to nie tylko pamięć o słynnym muzyku, to też wizytówka miasta. Na tym Józefowi Golickiemu zależy szczególnie. Od lat gromadzi tczewskie archiwalia. Jest autorem ponad 30 książek dokumentujących dzieje miasta i regionu, m.in. zeszytów z serii „Album Tczewski” czy książek poświęconych tczewskim mostom przez Wisłę. Za rok ukaże się album „Kociewie na własne oczy”, jego subiektywne spojrzenie na region.
Mąż Reginy, artystki-malarki. Ojciec Kajetana, psychologa.
Teresa Osiak z d. Retkiewicz

Wszyscy znali ją we wsi. Wesoła, pogodna, serdeczna, zawsze gotowa do pomocy, a jednocześnie cichutka, skromna, w cieniu. Zawsze dla innych, nigdy dla siebie – wspomina Teresę córka Mirka.
Urodziła się w 1936 w Płocicznie. To miejsce, gdzie, jak mówią mieszkańcy, widzi się zupełnie inny wymiar życia.
Rodzice Teresy przyjechali tu z okolic Bełchatowa. Matka stanęła na górce pod krzyżem i rzekła do męża: „Józek, rób, co chcesz, ja tu zostaję. Nasz dom już tu na nas czeka, tylko musimy go znaleźć…”
I znaleźli, z czerwonej cegły, piękny… Teresa mieszkała tu do śmierci.
Wojna zabrała jej ojca, który z obozu w Stutthofie nigdy już nie wrócił. Jego grobu szukali dziesięć lat.
Po wojnie w domu nastała bieda. Teresa od najmłodszych lat opiekowała się chorą matką, która podupadła na zdrowiu z tęsknoty za mężem.
Kończy szkołę, ale – by pomóc matce – chwyta się dorywczych zajęć, zbiera grzyby, jagody, pomaga gospodarzom w polu.
Wychodzi za mąż w wieku 25 lat, z Edwardem doczekali się szóstki dzieci. Pracuje w PGR, w oborze przy krowach.
Kiedy dzieci podrosły, zostaje opiekunką społeczną w PCK. Do swoich podopiecznych, starszych, samotnych, schorowanych pań, trzy razy dziennie przemierza wieś rowerem. Bardzo lubi tę pracę. Pomaga jej podnieść się po śmierci męża, który umiera, gdy Teresa kończy 55 lat. Wszyscy wiedzą, że to kobieta z sercem na dłoni. Nigdy nie odmawia pomocy. Ani swoim, ani obcym.
Najbardziej szczęśliwa była wtedy, gdy do rodzinnego domu zjeżdżały dzieci z wnukami, gdy dom był pełen ludzi. Potrafiła jednoczyć rodzinę.
Umiała słuchać, nie oceniała, nie prawiła morałów. Zawsze miała dla innych czas, siły i hart ducha, pogodę, która udzielała się innym.
Zmarła w lipcu 2025, dożywszy blisko 90 lat. Pochowano ją na cmentarzu w Starej Kiszewie. Na pogrzeb przyszły tłumy ludzi.
Lucylla Pisarska z d. Goryszewska

Przychodzi na świat w roku 1908 w Sulejowie nad Pilicą, jako jedna z trzech sióstr Goryszewskich. Z rodzinnego domu w Płocku do końca życia pamiętała fortepian, na którym stała gipsowa figura Kościuszki oraz żardiniery kwiatów pod oknami.
Mimo trudnych kolei losu rodzice dbali o wykształcenie córek. Wszystkie ukończyły studia w Poznaniu. Lucylla z tytułem magistra filozofii na wydziale Filologii Francuskiej i Języka Łacińskiego.
Jako nauczycielka francuskiego rozpoczyna pracę w gimnazjum w Zdołbunowie na Wołyniu, to już czas bez ojca, który umiera w roku 1933.
Podczas okupacji prowadzi tajne nauczanie. W lipcu 1944 wyjeżdża do wyzwolonego już Rzeszowa, do Gdańska trafia rok później. Są tu już jej siostry i matka. Zamieszkują razem w domu z ogrodem na Oruni.
Czas wojny był dla niej bezlitosny. Ciężka choroba zabiera córkę Krysieńkę, mąż nie wraca z frontu. Czekała na niego całe życie.
Poświęca się nauczaniu. Jest jedną z pierwszych nauczycielek słynnej gdańskiej „Jedynki”. Pedagogiem-legendą. Po latach wspominała, że gdy w 1945 przekroczyła mury szkoły, po kątach leżała jeszcze porzucona broń i zwłoki niemieckich żołnierzy, gruz i potłuczone szkło. Do sprzątania włączyli się i uczniowie, i nauczyciele. Warunkiem przyjęcia do szkoły było przyniesienie „czegoś do siedzenia”. Tak kompletowano szkolne meble.
Łaciny uczyła tu blisko pół wieku. Na pożegnanie wystawiła z uczniami spektakl „Narada bogów olimpijskich”, inscenizację o historii ziem nadbałtyckich i Gdańska od antyku do współczesności. Zabytkowa gdańska architektura, dzieje Gdańska to była jej pasja, którą z powodzeniem przekazała wychowankom. „Ocalić od zapomnienia” – to idea, która przyświecała jej pracy.
O szanowanej i lubianej pedagog zawsze pamiętali wdzięczni uczniowie, zapraszając panią profesor na zjazdy szkolne.
Zmarła, dożywszy 101 lat.
Przemek Staroń

Psycholog, kulturoznawca, przede wszystkim – nauczyciel. Nauczyciel Roku 2018, finalista Global Teacher Prize 2020, Digital Shaper 2020. Uważa, że jego największy sukces to to, że swoim uczniom i uczennicom pomaga stawać się… ludźmi. Nauczycielem został z pasji, z umiłowania wiedzy, z miłości do drugiego żywego istnienia. Na pytanie, czy jest pedagogiem szczęśliwym, odpowiada: jestem szczęśliwym człowiekiem.
Urodził się w 1985 w Kołobrzegu. Wnuk Stanisława Staronia, koszalińskiego szewca, którego zabytkowy zakład szewski stanowi stałą część wystawienniczą koszalińskiego muzeum. Jego babka, Michalina Łabudzińska, była aktorką Teatru Seniora „Zwierciadło”. Syn Jolanty i Tadeusza Staroniów, brat Marty i Filipa Staroniów.
Do Gdańska przyjechał po studiach na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Kierunki, które wybrał, ukochana psychologia i interdyscyplinarne kulturoznawstwo z filozofią, religioznawstwem i historią sztuki, w pracy nauczycielskiej okazały się niezbędne.
Twórca międzypokoleniowego fakultetu olimpijskiego z filozofii „Zakon Feniksa”. Grupa ta na początku zrzeszała uczniów i uczennice II LO w Sopocie oraz słuchaczy i słuchaczki Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Potem zaczęła się rozrastać we wspólnotę ponad jakimikolwiek granicami. W 2021 przestał być nauczycielem w II LO w Sopocie, a po kilku miesiącach rozpoczął nauczanie w Szkole w Chmurze. Uważa, że solidarność z innymi żywymi istotami, w tym tak na co dzień praktykowana przez niego solidarność międzypokoleniowa, to najważniejsza lekcja, jakiej możemy się nauczyć. Szerzy to we wszystkich swoich działaniach: od aktywizmu na rzecz zwierząt i wspierania społeczności LGBTQIA, po współpracę z biznesem.
Autor książek z serii: „Szkoła bohaterek i bohaterów”, które okazały się bestsellerami.
Od 2009 jest w związku z Jędrzejem Sołowijem, z którym w 2020 zaadoptował nazywanego przez nich psynkiem kundelka, Szeldonka Kupera. W 2025 powołali do istnienia Fundację Bohaterek i Bohaterów.
Leonard Szmaglik

Niewysoki, małomówny, nigdy nie skupiał na sobie uwagi, a Trójmiasto było pełne Leonarda Szmaglika! Wszyscy go znali, wszędzie był obecny, z jednym lub kilkoma aparatami fotograficznymi na ramieniu. Mówił o sobie: „zawodowy fotograf amator”. Nie miał wykształcenia w dziedzinie fotografii. Robić zdjęcia nauczył się w szkole podstawowej w Brusach, tam w 1937 przyszedł na świat.
Fotografia szybko stała się jego pasją. Na całe życie.
Uwieczniał wszystko, co działo się w Trójmieście, i te duże, i kameralne wydarzenia. Rejestrował znaczące dla historii chwile i ludzi, którzy tworzyli historię.
Zarejestrował to, co działo się w stoczni i wokół stoczni w latach 80., wielkie wydarzenia historyczne, ale i codzienne życie stoczniowców. Był jednym z nich. Pracował w Stoczni Północnej przez 30 lat. Wiele fotografii dotyczących historii Solidarności ma dziś w swoich zbiorach Europejskie Centrum Solidarności. Zdjęcia Leonarda Szmaglika to niezwykła historia kilkudziesięciu lat Gdańska.
Szczególnie ciekawe są fotografie z jarmarków dominikańskich – widać tu profesjonalne oko fotoreportera, czułość wobec ludzi, ciekawość świata, wrażliwość artysty. Przygląda się temu wszystkiemu z serdecznością.
– Tym swoim uśmiechem, spokojem, wzbudzał sympatię, zaufanie – mówi Małgorzata Taraszkiewicz-Zwolicka z Gdańskiej Galerii Fotografii/MNG. – Tworzył archiwum może bez konkretnego celu, raczej z potrzeby serca, z pasji, której nie mógł się oprzeć. Robił te zdjęcia, wierząc, że komuś się przydadzą, ale też ze świadomością, że zatrzymają czas. Był i uczestnikiem, i obserwatorem. Bardzo skromny człowiek. Nie potrzebował zainteresowania, jednocześnie nam je okazując. Tworzył historię miasta i nas na tle tej historii.
Zmarł w roku 2023 w rodzinnych Brusach.
Klara Śmiech z d. Bona

Urodziła się w roku 1932 w małej osadzie Pieczyska na Kociewiu. Była – jak mówi – dzieckiem szalonej miłości. Ojca nigdy nie poznała. Matka, starając się zarobić na utrzymanie, podrzucała ją na wychowanie ciotkom.
Do czwartej klasy Klara uczy się w szkole niemieckiej. Gdy skończy klasę siódmą, mama, która wychodzi za mąż za wdowca z czwórką dzieci, uznaje, że najlepszą drogą dla Klary też będzie zamążpójście.
Panna wyjeżdża do wujostwa, do Starogardu Gd., gdzie podejmuje pracę w fabryce obuwia. Później trafia do huty szkła, wreszcie do Polfarmy.
Wuj jest intendentem w szpitalu psychiatrycznym w Kocborowie. Któregoś dnia przynosi wiadomość, że otwierają tam dwuletnie studium pomaturalne dla pielęgniarek. Klara nie ma matury, ale bardzo chce się uczyć. Przyjmują ją. Naukę zaczęło 60 osób, skończyło 25, ona jest wśród najlepszych. Na tym nie poprzestaje, wkrótce przystępuje do egzaminu maturalnego, zdaje z wyróżnieniem.
W studium jest solidna i pracowita. Zdobywa sympatię nauczycieli. Kierują ją na kurs dokształcający do gdańskiej Akademii Medycznej. Podejmuje wyzwanie z entuzjazmem. Wkrótce dostaje pracę w szpitalu na Srebrzysku.
Podczas jednej z potańcówek w klubie we Wrzeszczu wpada w oko Lucjanowi, młodemu inżynierowi po Politechnice Gdańskiej. Teściowej kawaler nie bardzo przypada do gustu, ale młodzi się tym nie przejmują. Biorą ślub. Jest rok 1962. Wkrótce na świat przychodzi Beata, potem Marcin. Rok 1999 przyniesie w rodzinie ciężkie chwile, syn umiera w wyniku powikłań po grypie.
W szpitalu na Srebrzysku Klara pracuje do emerytury, ostatnie lata jako oddziałowa.
Z Lucjanem są razem 64 lata. Doczekali się dwójki wnuków i dwojga prawnucząt. Na ścianie ich mieszkania od lat wisi tablica, na której naklejali gazetowe tytuły ze swoim nazwiskiem. „Śmiech to zdrowie, śmiech krzepi, śmiech niech będzie z wami”. Zawsze uważali, że nazwisko zobowiązuje.
Janina Woźniak z d. Linda

Tata Janiny, Jan Linda, przyjechał do Gdyni z Czerska jeszcze przed wojną. Przybył tu „za chlebem”, w poszukiwaniu lepszego życia. Zatrudnił się jako robotnik portowy. W Orłowie, na ziemi zakupionej z posagu żony, Franciszki, zaczyna budować dom. W roku 1938 na świat przychodzi Janina, w domu zbudowanym przez ojca mieszka do dziś.
We wrześniu 1939, Jan, podczas łapanki, zostaje schwytany i przewieziony do pracy przy budowie obozu koncentracyjnego Stutthof. Tragiczna wiadomość dociera do Franciszki, gdy wraz z córką i synkiem Mundkiem przebywa u rodziny na wsi koło Opalenicy. Z pomocą przychodzi nauczyciel z tutejszej szkoły, pisze list z prośbą o uwolnienie Jana, którego teść, Franciszek Brzostowski, ponad 20 lat był we wsi z przewagą niemieckiej ludności szanowanym polskim sołtysem. List podpisuje wielu mieszkających tam Niemców. Na święta Bożego Narodzenia Jan wraca do domu. Janina wspomina, że był to najwspanialszy prezent pod choinkę, choć wtedy nie poznała taty.
Maturę zdaje w 1956. W Sopocie kończy szkołę hotelarską. Praktyki ma w Grand Hotelu. Posadę dostaje jako recepcjonistka w sopockim Hotelu Dworcowym. Pracuje tu do emerytury.
W roku 1961 w kawiarni na gdyńskim Skwerze Kościuszki poznaje przyszłego męża. Marian przybywa do Gdyni z Wieliczki, chce zostać marynarzem, kończy Szkołę Morską. Jeszcze przed ślubem ulega wypadkowi, który przekreśla marzenia. Jednak nie poddaje się, decyduje się na studia ekonomiczne. Na świat przychodzi Hania. Ciężar utrzymania rodziny spada na Janinę, to dla niej trudny czas, ale wrodzony optymizm i pogoda ducha dodają sił.
Pierwszy wiersz napisała w 70. urodziny. Tak zaczęła się przygoda z pisaniem poetyckich piosenek. Wiele z nich ukazało się drukiem w „Angorze” i „Dzienniku Bałtyckim”. W wieku 88 lat po raz pierwszy stanęła na scenie w amatorskim teatrze.



Napisz komentarz
Komentarze