Zgoda – urlop, wyjazd w za miasto, względnie city break, mają nas zresetować. Ale mogą też stanowić okazję do głębszej refleksji, na jaką w codziennej krzątaninie nie zawsze starcza siły i czasu. Z okazji lata mam więc dla Państwa kilka nieoczywistych propozycji książkowych godnych przeczytania.
Jak zobaczy nas świat za sto lat?
„Co możemy wiedzieć” Iana McEwana to chyba najbardziej „wakacyjna” z proponowanych tu lektur. Niektórzy próbują nawet określać ją mianem literackiego thrillera. Dlaczego literackiego? Bo bohaterem jest literaturoznawca, który poszukuje zaginionego manuskryptu. Rękopis pochodzi sprzed ponad stu lat czyli z roku… 2014. Bo akcja powieści toczy się w dwóch strefach czasowych – w drugiej dekadzie naszego wieku oraz w 2119. Interesująca jest nakreślona przez McEwana wizja świata za niespełna sto lat. Po kilku incydentach z użyciem broni atomowej – na szczęście w ograniczonym zakresie – zmienił się układ sił. USA (a właściwie to co z nich zostało, bowiem znacząco podniósł się poziom wód, a co za tym idzie zmniejszyły terytoria możliwe do zamieszkania) się rozpadły. Do statusu mocarstwa urosła za to Nigeria. Wielkiej Brytanii, będącej teraz archipelagiem licznych niewielkich wysepek, ludzie żyją skromniej, bardziej eko. Nadal funkcjonują uniwersytety, których wykładowcy, jak za dawnych lat, narzekają na brak zaangażowania studentów, spierając się jednocześnie o to czy warto finansować humanistykę, czy postawić wyłącznie na bardziej użyteczne w praktyce nauki przyrodnicze. Póki co są jeszcze są miejsca, gdzie samotni badacze, jak Thomas Metcalfe, mogą oddawać się zgłębianiu historii literatury XXI wieku. A tam, choć nasza epoka pozostawiła po sobie niezliczone dokumenty w zasobach internetu, nadal kryją się zagadki do rozwiązania.
Ostrzegam jednak, że nie jest to klasyczny kryminał. Ważniejsze od tego kto, jest to, co zrobił, czego zresztą czytelnik może się domyślać długo przed dotarciem na ostatnią stronę. Jest też i jedna niewyjaśniona tajemnica: kwestia ojcostwa dziecka poczętego w trakcie opisywanych wydarzeń.

Niedawno, a jak daleko. Bałtyk na początku wieku
Na wakacje warto oczywiście zabrać ze sobą jakąś lekturę podróżniczą. Nie będzie to podróż bardzo daleka, bo wokół Bałtyku. Ale za to trochę historyczna, bo norweski pisarz i krytyk literacki Tor Eystein Øverås udał się w nią w 2004. Tyle, że polskie tłumaczenie ukazało się dopiero teraz. Nawiasem mówiąc jest to jego pierwsza książka wydana w naszym kraju. Tytuł: „Bałtyk. Podróż literacka” zapowiada charakter tej wyprawy. Øverås podróżując kolejno przez Danię, Szwecję, Finlandię, Rosję, Estonię, Łotwę, Litwę, Obwód Kaliningradzki, Polskę i Niemcy szuka tropów literackich, czy też szerzej kulturowych łączących te kraje. W niektórych spotyka się z pisarzami. Szczególnie ciekawią go ci, którzy tworzyli w realiach ZSRR – inne traktuje jako pretekst do własnych dywagacji literackich. Pisząc o Gdańsku cytuje Pawła Huelle, ale z samym pisarzem się raczej nie spotkał. W każdym razie o tym nie wspomina. W Szczecinie wydziwia na polszczyznę, a szczególnie nasze znaki diakrytyczne. Osobliwe, jak na kogoś, kto nosi nazwisko Øverås.
Wartością tej książki, paradoksalnie, jest poślizg czasowy jej polskiego wydania. To relacja ze świata niby nieodległego, a jednak diametralnie odmiennego. Dość przypomnieć, że strefa Schengen zaczynała się wtedy po zachodniej stronie Odry, a Rosja jawiła jako kraj egzotyczny i raczej niegroźny, pominąwszy uliczny bandytyzm. W rezultacie czyta się to trochę jak sequel wydanego u nas dwa lata temu „Rowerem wokół Bałtyku 1938” Bernarda Newmana, z tym, że Anglik wykonywał przy okazji misję szpiegowską. Zresztą kto zaręczy za Øveråsa?

Czego nie wiecie o (licznych) kryzysach klimatycznych
Kolejna propozycja – „Odmieniona Ziemia. Nieopowiedziana historia” Petera Frankopana, to nie jest książka, którą można polecić komuś wybierającemu się na wakacje tanimi liniami z samym bagażem podręcznym. Ponad 950 stron w twardych okładkach, to prawdziwa cegła, choć z ważkim wkładem intelektualnym. Frankopan, mediewista, znany polskim czytelnikom, jako autor „Jedwabnych szlaków”, tym razem wziął na warsztat zmiany klimatyczne. Nie tyle te, których doświadczamy obecnie, ale te, przez które nasza planeta przechodzi od czterech i pół miliarda lat. I nie chodzi tu o podczepianie się pod klimatycznych denialistów, twierdzących, że klimat zmieniał się od zawsze, więc nie ma co się przejmować, że lodowce topnieją, a podstawowym prawem człowieka jest tyle latać samolotami, ile mu się żywnie podoba. Frankopan pokazuje jak te wcześniejsze zmiany wpływały na nasze życie gospodarcze (odkąd na Ziemi pojawił się człowiek, rzecz jasna), ale też kultur i obyczaje. Np. liczne procesy czarownic oskarżanych o sprowadzenie nieurodzaju wiąże z tzw. małą epoką lodowcową.
Przestrzegając przed zgubnym wpływem naszego współczesnego stylu życia na klimat, autor zwraca też uwagę na niebezpieczeństwa związane z czynnikami, na które wpływu nie mamy, jak erupcje wulkanów.

Im świat dookoła straszniejszy, tym bardziej potrzebują nas zwierzęta
„Nieczułego na cierpienie zwierząt i niedola ludzka nie wzruszy” – pouczano mnie w dzieciństwie. Dopiero później zrozumiałem, że w tym równaniu nie ma symetrii. Łatwiej bywa kochać zwierzęta, niż ludzi, a wrażliwość na los czworonogów czy ptaszków, nie oznacza, że nie można być wilkiem bliźniemu swemu. Co jednak mamy myśleć o tych, którzy ratują zwierzęta, gdy wokół wybuchają rakiety, latają drony, a każdy przejazd przez pilnowane przez okupantów check-pointy grozi śmiercią lub wywiezieniem w nieznanym kierunku.
Takim właśnie ludziom, którzy narażają życie, by ochronić i nakarmić bezdomne, porzucone zwierzęta, sami przy tym nie dojadając i niedosypiając, poświęcona jest reporterska książka Wojciecha Tochmana „Delfiny i Belzebub”, która pokazuje pełnoskalową wojnę w Ukrainie z tej właśnie perspektywy.
Nie wiem czy w Ukrainie znane jest przysłowie: „nie czas żałować róż, kiedy las płonie”, ale bohaterowie książki Tochmana zdają sobie sprawę, że ich zachowanie może być oceniane jako nieracjonalne. „Oszalałam? A można na wojnę zareagować inaczej, niż szaleństwem? Nie potrafię uratować kraju ani ocalić ludzi, którzy tu giną. Nie umiem ratować dzieci rannych w zbombardowanym szpitalu. Niech je ratują ci, którzy potrafią. Ja wiem, jak wojennym psim znajdom czy kocim sierotom dać ocalenie, ukojenie i miłość. Im świat dookoła straszniejszy, tym bardziej staram się go uczynić pięknym” – tłumaczy Swieta Szamraj, która ma pod kuratelą 44 psy i koty.
„Każde życie jest ważne. Trzeba ratować. Kiedyś patrzyli na nas jak na wariatów, teraz patrzą z szacunkiem. Skoro ratuję kogoś słabszego, to mnie w trakcie ewakuacji ochroni ktoś mocniejszy”.
To mówi Rusłan Horubal, ratownik znany z ikonicznego zdjęcia wykonanego w Chersoniu, krótko po tym jak Rosjanie wysadzili tamę i zalali miasto. Na tamtym zdjęciu widać sukę Bagheerę, częściowo wciąż tkwiącą w wodzie, przednimi łapami kurczowo obejmującą łydkę Rusłana, ratownika, którego widziała po raz pierwszy w życiu.
Z tyłu okładki książki wydawca pisze, że to chyba pierwsza wojna, na której zwierzęta są traktowane tak podmiotowo. Nie przez wszystkich rzecz jasna. Ale cóż: nieczułego na niedolę ludzką i nieszczęście zwierząt nie wzruszy. Choć rozmówcy Tochmana przyznają, że i wśród „orków”, jak nazywają Rosjan, też zdarzają się tacy, którzy potrafią okazać zrozumienie i serce dla czworonogów.

Tylko przyjaźń i grzeczność mogą nas uratować
A jeśli ktoś poszukuje filozoficznego dystansu do naszego bardzo niespokojnego świata (coraz o to trudniej, ale próbować można), powinien sięgnąć po najnowszy esej koreańsko-niemieckiego filozofa Byung-Chul Hana „Bez szacunku. Kryzys społeczny”.
Han uznaje zanik szacunku jako fundamentu życia społecznego, rozpadającego się pod wpływem narcyzmu, rywalizacji i cyfrowej dehumanizacji. Neoliberalne „społeczeństwo osiągnięć" produkuje przegranych, którzy nienawidzą siebie i gardzą innymi. Media społecznościowe zastąpiły szacunek uwagą, uprzejmość – agresją, a wspólnotę – „społecznościami”, w których brak jednak jakiejkolwiek solidarności.
Jednocześnie – odwołując się do Arystotelesa, Martina Heideggera, Hannah Arendt i Simone Weil – Han buduje koncepcję przyjaźni jako fundamentu polityki przyszłości. Przeciwstawia ją dominującej obecnie polityce tożsamości, która – jego zdaniem – jest odpowiedzialna za wzrost wzajemnej wrogości.
Przyjaciel u Hana, to nie tyle „drugie ja”, co ktoś radykalnie inny, kogo inność trzeba uszanować z dystansu. To właśnie ten „szacunek jako polityczna przyjaźń” faktycznie stanowi teoretyczny rdzeń oryginalnej propozycji na wyjście z kryzysu.
Jest i mniej filozoficzny, a bardziej praktyczny wątek: Han broni gestów grzeczności, taktu i „pięknego pozoru" jako spoiwa cywilizacyjnego. Robi to wbrew kultowi autentyczności, który każe nam gardzić konwencjonalnymi formami interakcji, jako czymś z gruntu fałszywym. To dość niespodziewanie konserwatywna teza, jak na autora wydawanego przez lewicową Krytykę Polityczną: więcej rytuału i formy, mniej spontanicznej „szczerości” w komunikacji.
Warto wypróbować w czasie wakacyjnych wojaży, choć raczej nie w Mielnie…




Napisz komentarz
Komentarze