Co jakiś czas publikowane są sondaże, w których Polacy deklarują, co zrobiliby w przypadku zbrojnego ataku na nasz kraj. W ostatnim z nich 19,9 proc. ankietowanych zapewniło, że zgłosiłoby się na ochotnika do wojska, a prawie tyle samo – 19,7 proc. – że wyjechałoby za granicę. Oczywiście latem 1939 roku w Polsce takich badań nie przeprowadzano. Gdyby jednak je zrobiono, co powiedziałyby o ówczesnych nastrojach?
To bardzo zależy od grupy, którą byśmy badali. Mam podejrzenie, że wśród etnicznych Polaków ten odsetek ochotników byłby większy. Szczególnie wśród inteligencji, ale i wśród chłopów mogłoby to wyglądać podobnie, pół na pół. Natomiast wśród ludności żydowskiej, ukraińskiej, nie mówiąc już o niemieckiej – a pamiętajmy, że mniejszości stanowiły jedną trzecią II Rzeczpospolitej – chęć do służby w wojsku pewnie byłaby niska albo bardzo niska.
Jak faktycznie przebiegała wtedy akcja mobilizacyjna?
Nie było większych problemów. Nowoczesne dwudziestowieczne państwo ma do tego instrumenty. Jestem przekonany, że gdyby dzisiejsze państwo chciało przeprowadzić mobilizację, to by ją przeprowadziło. Proszę spojrzeć na to tak: czy żołnierze, którzy wyszli na ulice w stanie wojennym, wszyscy byli zwolennikami generała Jaruzelskiego? Nie – państwo miało instrumenty, by poborowi działali tak, jak chciała tego władza. Przymus jest jednym z elementów nowoczesnego państwa.

A jak wyglądała skala paniki i chaosu ewakuacyjnego?
Panika była olbrzymia, a skala nieprzygotowania okazała się dużo większa niż ktokolwiek się spodziewał. Przygotowywano się do innego typu wojny. Jak to często bywa u generałów, myślano, że przyszła wojna będzie mniej więcej kopią poprzedniej. Tymczasem Niemcy zastosowali taktykę zwaną blitzkriegiem – szybkiej wojny manewrowej, z zupełnie nowym sposobem wykorzystania czołgów. To novum sprawiło, że już 12 września czołgi niemieckie były pod Lwowem i znalazły się na tyłach głównych sił polskich.
Masa ludności wycofywała się, uciekała, była przerażona, nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Zerwana została łączność między dowództwem a poszczególnymi oddziałami. Mniej więcej od 7-9 września – to różnie wyglądało w różnych miejscach – polski opór stracił charakter liniowy, centralnie sterowany, a stał się improwizowanym oporem poszczególnych jednostek. Ludność cywilna to widziała.
Mniej więcej do połowy września nie było jeszcze objawów jakiegoś wielkiego rozprężenia. Natomiast w połowie miesiąca, zwłaszcza po ataku sowieckim, mamy już do czynienia z rozpadem polskiego społeczeństwa i Rzeczpospolitej wzdłuż linii narodowościowych: Ukraińcy liczyli na budowę własnego państwa, wśród Białorusinów pojawiły się nadzieje związane ze Związkiem Radzieckim, wielu Żydów uznało, że czas Polski się skończył i trzeba się kierować ku tym, którzy przychodzą, czyli ku Sowietom. Natomiast z punktu widzenia mniejszości niemieckiej – po prostu po 20 latach nieobecności wracali swoi.
Dla etnicznych Polaków natomiast pojawiło się pytanie: co się stało z państwem, o którego sile byliśmy tak przekonani? Przecież polskie elity myślały i mówiły o Polsce w kategoriach nowego, odradzającego się imperium, z którym Wielka Brytania i Francja się liczą oraz je popierają. Ten sen skończył się niezwykle boleśnie i bardzo szybko. To był absolutny szok, z punktu widzenia ludności cywilnej.
Czy ci, którzy wcześniej opowiadali te historie o nowym imperium, faktycznie w nie wierzyli?
Nie wejdziemy w głowy ówczesnych decydentów. Jeśli mówimy o przekazie z sierpnia 1939 roku, to z pewnością było tam już wiele elementów czysto wojennej propagandy. Natomiast gdy czytamy prasę z lat 30. – niezależnie, czy nurtu nacjonalistycznego, czy piłsudczykowskiego – widać wyraźną nutę przekonania, że jesteśmy silnym, wielkim państwem, które powinno wokół siebie budować nową jakość geopolityczną i wojskową.
Przekonanie o własnej sile w Polsce lat 30. karmiła też pamięć wojny 1920 roku i rozbicia Armii Czerwonej – więc też nieco nie doceniano wtedy sowieckiego państwa. Wysiłek, który doprowadził do odrodzenia Rzeczpospolitej, wciąż był żywy, a rządziło pokolenie, które tę Polskę wywalczyło – od odzyskania niepodległości minęło zaledwie 20 lat. Dlaczego mieliby myśleć, że ich dzieło nie przetrwa?
Nie było też chyba czasu, żeby ochłonąć po klęsce – zaczęła się okupacja, właściwie dwie różne okupacje, więc chyba od razu widać też było zmiany w nastrojach społecznych?
Odwrócenie się od sanacji, od obozu piłsudczykowskiego, było bardzo gwałtowne zarówno w kraju, jak i na uchodźstwie. Proszę zauważyć, że przejęcie władzy przez Sikorskiego wraz z nowym prezydentem Władysławem Raczkiewiczem odbyło się przy udziale i pod wpływem Francuzów, i de facto miało charakter zamachu stanu – a mimo to, wcale nie zostało w kraju źle ocenione. Przekonanie, że trzeba rozliczyć sprawców wrześniowej klęski, było powszechne zarówno w Polsce, jak i na uchodźstwie, i na tym budował swoją pozycję Sikorski.
Jednocześnie upadek sanacji otworzył możliwości partiom, które dotąd pozostawały w opozycji: Stronnictwu Narodowemu, Stronnictwu Ludowemu, Polskiej Partii Socjalistycznej, a potem także Stronnictwu Pracy. To one w pierwszym okresie wzięły na siebie misję podtrzymywania ciągłości państwa polskiego, bezustannie podkreślając, że nie odpowiadają za klęskę wrześniową i że są nową jakością.
W okupowanej Polsce, zwłaszcza w Generalnym Gubernatorstwie, z czasem te cztery partie stały się podstawą Polskiego Państwa Podziemnego. Mamy więc do czynienia z olbrzymią zmianą społeczną, ze zmianą nastrojów, z koniecznością przebudowania myślenia o tym, jaka Polska była i jaka będzie. To czas wielkich poszukiwań prowadzonych w konspiracji. Od utopijnych, bardzo lewicowych pomysłów po coraz szybciej odradzający się nurt prosowiecki, skoro Sowieci zajęli połowę Polski.
W konspiracji każdy mógł sobie wizualizować własny pomysł na Polskę, i widać to w prasie podziemnej z lat 1940-1944. Kipi w niej od pomysłów i sporów: budować Polskę z Czechosłowacją, jakąś federację czy Polskę jako wielkie imperium, państwo agrarne, państwo jednonarodowe? Nie mam jednak zielonego pojęcia, jaki koncepcje te miały rzeczywisty oddźwięk wśród ludności. Widzimy tylko objawy, nie znamy rzeczywistego zasięgu takich czy innych nastrojów.
Tylko czy rzeczywiście można powiedzieć, że to obóz sanacyjny był sprawcą wrześniowej klęski? Czy gdyby rządził ktoś inny, ta klęska byłaby mniejsza?
Wkraczamy na teren „gdybologii”. Ja akurat nie należę do osób, które uważają politykę ministra Becka za zgubną – trzeba raczej zastanowić się, jakie były realne alternatywy. Są polscy historycy, którzy uważają, że trzeba było zawrzeć sojusz z Niemcami przeciwko Sowietom. Przez cały okres PRL przekonywano nas z kolei, że należało zawrzeć sojusz ze Związkiem Radzieckim przeciwko Niemcom. Moim zdaniem, żaden z tych sojuszy nie byłby alternatywą dla aliansu z Francuzami i Brytyjczykami. Problem sprowadzał się do tego, czy stać się młodszym bratem jednego z dwóch totalitarnych dyktatorów, przedmiotem w większym imperium sowieckim czy niemieckim, czy też do końca uprawiać podmiotową politykę równych odległości, grożąc, że jeśli nas ruszycie, podpalimy świat i zacznie się wojna światowa.
Wydaje mi się, że polityka Becka była najrozsądniejszą z możliwych i jednocześnie polityką akceptowaną przez przeważającą liczbę etnicznych Polaków, bo pomysł podporządkowania się w latach 1938-1939 polityce Stalina czy Hitlera zapewne budziłby u większości daleko idące wątpliwości.
Wróćmy jeszcze do wrześniowych postaw mniejszości narodowych. Czy w obrębie społeczności ukraińskiej i białoruskiej postawy nacjonalistyczne były dominujące, czy to była raczej „mniejszość w mniejszości”?
Nie mamy tu twardych badań, niemniej coś wiadomo. W Galicji Wschodniej: w województwach: stanisławowskim, tarnopolskim i we wschodniej części lwowskiego, oraz częściowo na Wołyniu – był to czas dużego wzrostu popularności Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Jeśli chodzi o Białorusinów, ruchy nacjonalistyczne były wśród nich bardzo słabe. Artykułowano raczej nadzieje związane z Sowietami, z sowiecką Białorusią.
Wśród Żydów najsilniejszymi partiami byli Bund i syjoniści – czyli socjaliści oraz nacjonaliści żydowscy. Oczywiście, byli też żydowscy komuniści, tyle że oni – dopóki ich partii nie rozwiązano – działali w ramach Komunistycznej Partii Polski. Obok nich mamy dużą grupę Żydów religijnych, w niewielkim stopniu zainteresowanych polityką partyjną. Zależało im przede wszystkim na zachowaniu jak najdalej idącej autonomii swojej grupy i możliwości rozwoju, głównie religijnego. Byli niejako nastawieni na przetrwanie w każdej sytuacji.
Jak wyglądał udział przedstawicieli mniejszości w wojnie obronnej?
Do wojska powoływano tych, którzy przeszli przeszkolenie wojskowe. Odsetek Żydów w Wojsku Polskim, liczony w stosunku do liczebności tej społeczności, był niższy niż w przypadku Polaków, ale też niższy niż w przypadku Białorusinów czy Ukraińców. Niemcy z kolei służyli bardzo często – wielu ich było w Wojsku Polskim. Trzeba jednak mieć świadomość, że poborowych z ziem wschodnich kierowano na zachód, a poborowych spośród mniejszości niemieckiej na wschód. Stąd bardzo wysoki odsetek tych ostatnich w Korpusie Ochrony Pogranicza.
W pierwszej fazie wojny, mniej więcej do 16-17 września, nie widać na wschodzie wśród Niemców tendencji do działań przeciwko Polsce, a Ukraińcy i Białorusini walczyli wtedy całkiem nieźle. Natomiast od połowy września, powiedzmy od 12-13, widać, że zaczyna się to wszystko rozsypywać: dezercje wśród ludności mniejszości narodowych są częstsze niż wśród poborowych polskich. A gdy Białorusini i Ukraińcy, wycofując się, znaleźli się na terenach sobie znanych, bliskich – mamy do czynienia już z praktycznie masową dezercją. Widzieli, że są przegrani, byli blisko swoich domów i miejscowości, które znali – i wtedy gotowość do porzucenia broni ujawniła się z pełną siłą.
A jaki był realny zakres dywersji i sabotażu ze strony ludności niemieckiej?
Najbardziej szczegółowe badania w tym zakresie przeprowadził Tomasz Chinciński, i według jego ustaleń, odsetek osób czynnie pracujących na rzecz Niemców wśród miejscowej ludności niemieckiej był naprawdę wysoki. Wśród młodzieży niemieckiej mieszkającej w Polsce narodowi socjaliści przejęli rząd dusz.
Kiedy mowa o działaniach „piątej kolumny”, należy pamiętać, że tereny przygraniczne zostały błyskawicznie zajęte, więc Niemcy głównie służyli jako tłumacze, jako przewodnicy, ale też jako ci, którzy wskazywali, kto był przed wojną polskim działaczem. Byli tą pierwszą siłą, która pozwoliła „chwycić Polaków za twarz” i dokonać pierwszego aktu zniewolenia. Szczególnie silne było to na Pomorzu, gdzie pierwszych mordów, nazwałbym je mordami sąsiedzkimi, dokonywali miejscowi Niemcy. Dokonana jesienią 1939 roku tzw. zbrodnia pomorska, w wyniku której zabitych zostało około 30 tys. ludzi, nie byłoby możliwa bez udziału niemieckich sąsiadów. Nie odważę się jednak podać szacunkowej choćby liczby sprawców – Niemców obywateli polskich.
Czy możemy zakładać, że są jeszcze jakieś nieznane źródła, które mogłyby rzucić nowe światło na historię września 1939 roku?
Polscy historycy, opisując wrzesień, opierali się głównie na dokumentacji wytworzonej przez Wojsko Polskie albo późniejszych polskich przekazach. Dokumentacja Wehrmachtu dopiero zaczyna być wykorzystywana przez polskich historyków. W tej chwili jeden z młodych polskich badaczy zajął się dwiema bitwami pod Tomaszowem Lubelskim, i dokumenty niemieckie, do których dotarł, rzucają naprawdę wiele nowego światła na dotychczasowe ustalenia. Przede wszystkim weryfikowane, najczęściej w dół, są straty zadawane Niemcom przez Polaków. Z drugiej strony wydarzenia, które wydawały się nam istotnymi starciami, nie są odnotowane w dokumentach niemieckich. To otwiera pole do dyskusji i pytań, na ile nasza wiedza o wrześniu 1939 roku jest rzetelna.
Nie twierdzę, że milczenie źródeł niemieckich oznacza, że tam nic nie było. Podejrzewam jednak, że będziemy jeszcze niejednokrotnie musieli zmierzyć się z porównaniem wersji historii wynikających z obu typów źródeł. Z pewnością nie jest tak, że mamy wrzesień 1939 roku już całkowicie zmapowany – wciąż pojawiają się nowe źródła, a wraz z nimi nowe pytania.
Oprócz rzetelnej wiedzy historycznej, mamy także pewien mit września. Jesteśmy gotowi, żeby ten mit jakoś zreinterpretować?
Z mitami jest tak, że nie zmieniają się z dnia na dzień. To jednak nie zwalnia historyka z próby ustalenia siatki faktów. Jeśli pojawiają się źródła pozwalające tę siatkę zweryfikować, należy to zrobić.
Na szczęście, nie jest tak, że ktoś pisze historię raz na zawsze, że zostaje ona wykuta w marmurze, i tak utrwalona jest niezmienna. Każde pokolenie odczytuje i opisuje przeszłość na nowo.



Napisz komentarz
Komentarze