Porozmawiajmy o granicach
Polityka zawsze wywoływała emocje. Spór i krytyka, nawet bardzo ostra, są naturalną częścią demokracji. Problem zaczyna się wtedy, gdy spór zastępuje nienawiść, a przeciwnik polityczny przestaje być człowiekiem, z którym się nie zgadzamy, i staje się wrogiem, wobec którego wolno coraz więcej. Ostatnie wydarzenia w Gdyni są dobrym powodem, żeby o tej granicy porozmawiać.
W samochodzie prezydent Gdyni Aleksandry Kosiorek poluzowane były śruby w dwóch tylnych kołach. Samochodem podróżowali jej mąż z trójką dzieci. Jedno z kół podczas jazdy odpadło. Dostępne jest nagranie zdarzenia. Widać samochód i oderwane koło, które toczy się dalej, wyprzedzając auto. Nie mówimy więc o hipotetycznym zagrożeniu. Konsekwencje mogły być znacznie poważniejsze.
Jest jeszcze jeden kontekst. Aleksandra Kosiorek już wcześniej otrzymywała pogróżki. Nie oznacza to, że miały one związek z obecnym zdarzeniem. Tego nie wiemy. Pokazuje to jednak, że agresja wobec osób publicznych nie jest abstrakcyjnym problemem. Najważniejsze pytanie brzmi: co właściwie się wydarzyło?
Jak daleko prowadzi polityczna niechęć?
Tymczasem wystarczy przeczytać komentarze. Kierowca „musiał słyszeć”. „Jeździł tak kilka dni”. Powinien wcześniej wiedzieć, poczuć, rozpoznać. Zamiast rozmawiać o przyczynach poluzowania śrub w dwóch kołach, zaczynamy debatę o jego umiejętnościach. Tych, którzy są przekonani, że każdy kierowca natychmiast reaguje na najmniejszy stuk czy drganie, odsyłam do mechaników samochodowych. Zapytajcie ich, jak długo przeciętny kierowca potrafi jeździć z czymś, co puka, stuka albo wibruje, zanim odwiedzi warsztat.
Internet objawił nam zresztą niezwykłą liczbę domorosłych ekspertów. Nie potrzebują samochodu, podnośnika ani klucza dynamometrycznego. Wystarczy im kilka słów opisu. Co bardziej utalentowani po zapachu wykryliby pewnie nawet osłabienie wiązań atomowych w stopie felgi. Biegli mogą się schować.
Jeszcze dalej idą sugestie, że całą sytuację upozorowała sama pani prezydent, bo spadają jej sondażowe słupki. Bez jakichkolwiek dowodów ktoś sugeruje więc, że prezydent miasta świadomie doprowadziła do sytuacji, w której jej własny mąż z dziećmi jechał samochodem z poluzowanymi śrubami, aby poprawić sobie notowania. To już nie jest krytyka polityczna. To pokazuje, jak daleko może zaprowadzić polityczna niechęć.
Równie nieodpowiedzialne jest dzisiaj ogłaszanie „zamachu”, jak i twierdzenie, że pani prezydent sama wszystko zorganizowała. Może przyczyna okaże się techniczna. Może było to niedopatrzenie albo błąd podczas wcześniejszych prac. A jeżeli śruby rzeczywiście poluzował człowiek, trzeba ustalić, dlaczego to zrobił. Wiemy jedno: śruby w dwóch tylnych kołach były poluzowane, jedno koło podczas jazdy odpadło, i sprawa wymaga wyjaśnienia. Od tego są śledczy i biegli, a nie sekcja komentarzy na Facebooku.
Zamiast „co się stało?”, piszemy „dobrze mu tak”
Ale ta historia pokazuje coś jeszcze. Polityczna niechęć potrafi sprawić, że kiedy drugiego człowieka spotyka coś niebezpiecznego, zamiast pytania: „co się stało?”, pojawiają się: „dobrze mu tak”, „zasłużył”, „sam jest sobie winien”. I właśnie tutaj kończy się polityczny spór. Jeżeli nieszczęście przeciwnika zaczyna dawać satysfakcję, zaczynamy odmawiać mu zwykłej ludzkiej solidarności.
Polityczny hejt i przemoc nie są w Polsce zjawiskiem nowym. W 2010 roku w biurze PiS w Łodzi zastrzelono Marka Rosiaka, a Pawła Kowalskiego ciężko raniono nożem. Napastnik manifestował nienawiść wobec PiS i jego polityków.
W 2019 roku podczas finału WOŚP zamordowany został prezydent Gdańska Paweł Adamowicz. Znałem Pawła osobiście i darzyliśmy się sympatią. Poznaliśmy się bliżej przy okazji prowadzonych przez nas badań socjologicznych nad ruchem Solidarności. Paweł był wielkim entuzjastą Solidarności, wspierał te badania, pomagał w ich organizacji i należał do ich pomysłodawców. Dlatego pamiętam nie tylko to, co można dziś przeczytać w gazetach. Pamiętam atmosferę, która otaczała go przed śmiercią. Nagonkę, pomyje wylewane na niego w przestrzeni publicznej, hejt i pogróżki. Pamiętam, jak budowano obraz człowieka, którego można było poniżać i przedstawiać jako wroga.
Nie potrafię traktować zabójstwa Pawła jako zdarzenia całkowicie oderwanego od polityki i atmosfery, która go otaczała. Nie można przeprowadzić prostej linii od konkretnego komentarza do ręki zabójcy. Ale nie można też udawać, że wieloletnia dehumanizacja człowieka jest bez znaczenia.
Siła anonimowości
Właśnie o tym jest ten tekst. O tym, co dzieje się, kiedy polityczną nienawiść zaczynamy uważać za coś normalnego. W 2019 roku przed siedzibą TVP grupa protestujących otoczyła samochód Magdaleny Ogórek, obrażała ją i próbowała uniemożliwić jej odjazd. W 2023 roku Borys Budka został zaatakowany w Galerii Katowickiej. W 2025 roku były minister zdrowia Adam Niedzielski został uderzony w twarz, a następnie kopany, gdy leżał na ziemi. Prokuratura przyjęła, że sprawcy stosowali wobec niego przemoc i groźby z powodu jego przynależności politycznej.
To różni ludzie, środowiska i zdarzenia. Pokazują jednak, że polityczna agresja nie należy wyłącznie do jednej strony sporu.
Jest jeszcze jeden element tej układanki: anonimowość w mediach społecznościowych. Trwa dyskusja o tym, jak pogodzić swobodę wypowiedzi z odpowiedzialnością za słowo. Warto w tym kontekście przyjrzeć się propozycjom Rafała Brzoski. Ich sens można sprowadzić do prostej zasady: możesz pozostać anonimowy dla innych użytkowników Internetu, ale nie powinieneś być anonimowy wobec prawa.
Anonimowość sama w sobie nie jest złem. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestaje być ochroną, a staje się poczuciem bezkarności. Człowiek, który nie powiedziałby drugiej osobie w twarz nawet części tego, co myśli, siedząc przed ekranem, potrafi napisać niemal wszystko. Obrazić. Upokorzyć. Pomówić. Życzyć choroby albo śmierci. Samo ograniczenie anonimowości nie zlikwiduje hejtu. Ale świadomość, że za przekroczenie granic prawa można ponieść odpowiedzialność, odbiera anonimowości część jej poczucia bezkarności.
Bo słowa nie pozostają wyłącznie w Internecie. Tworzą atmosferę, przyzwyczajają do pogardy i zmieniają standard tego, co uznajemy za dopuszczalne. Nie ma prostej drogi od hejterskiego komentarza do przemocy. Ale społeczeństwo, które codziennie oswaja się z nienawiścią, łatwiej akceptuje kolejne przekroczenia.
Cisza zamiast reakcji
Zastanawia mnie w tej sprawie jeszcze jedno: stosunkowo słaby odzew gdyńskich środowisk politycznych. Pojawiły się głosy solidarności i wsparcia dla Aleksandry Kosiorek. Mam jednak wrażenie, że były nieliczne, a dominującą reakcją pozostaje cisza. I właśnie tej ciszy nie rozumiem. Nie trzeba popierać Aleksandry Kosiorek ani dobrze oceniać jej prezydentury. Można krytykować jej decyzje i prowadzić z nią najostrzejszy polityczny spór. Są jednak sytuacje, w których demokratyczna wspólnota powinna umieć powiedzieć: tu nasze polityczne różnice nie mają znaczenia.
Jeżeli istnieje choćby możliwość, że doszło do celowego działania, którego konsekwencją mogło być zagrożenie życia lub zdrowia ludzi, powinno to wystarczyć, aby ponad politycznymi podziałami wyrazić solidarność i oczekiwać wyjaśnienia sprawy. Moim zdaniem, wszystkie gdyńskie ugrupowania i środowiska polityczne powinny zabrać głos. Nie po to, żeby przesądzać, co się wydarzyło. Nie po to, żeby politycznie wspierać panią prezydent. Po to, żeby wspólnie postawić granicę.
Możemy bardzo ostro spierać się o Gdynię i Polskę. Możemy punktować błędy polityków, uważać ich decyzje za fatalne i domagać się, żeby stracili stanowiska. To jest demokracja. Ale bezpieczeństwo człowieka i jego rodziny nie może być elementem politycznej walki.
Nie wiemy jeszcze, co wydarzyło się z samochodem prezydent Gdyni. Dlatego potrzebujemy faktów, a nie teorii. Jedno wiemy na pewno. W tym samochodzie jechali ludzie. I są granice, których nawet w najostrzejszym politycznym sporze przekraczać nie wolno.



Napisz komentarz
Komentarze