Andrzej Poczobut: Nie należy w życiu kierować się strachem
Andrzej Poczobut, były więzień polityczny Alaksandra Łukaszenki, w niedzielę, 6 września w Sopocie, po odebraniu tytułu honorowego obywatela tego miasta, udzielił redakcji „Zawsze Pomorze” wywiadu. Podczas rozmowy tak mówił m.in:
– Mój powrót to nie musi być misja straceńcza. Są szanse na to, iż się ona powiedzie, ale gwarancji nikt mi nie da.
Na Białoruś wrócił we wtorek, 8 września.
Kiedy zobaczyłam pana na wolności, miałam z radości w oczach łzy. A teraz pan znowu chce wejść w paszczę lwa, wyjeżdżając wkrótce na Białoruś. Wielu Polaków tego nie rozumie i pyta – dlaczego?
Ja się do tego pytania już przyzwyczaiłem. I cierpliwie na nie odpowiadam, bo wiem, ile osób tę moją historię w jakiś sposób przeżywało.
Wiadomo, że Łukaszenka na pana nie czeka.
Nie liczę na to, że Łukaszenka będzie na mnie czekał. Dla niego najlepszym rozwiązaniem byłoby to, gdybym w Polsce został. Nie dla Łukaszenki wracam, ale dla Związku Polaków na Białorusi. Jadę do naszych ludzi. Białoruś to nadal państwo totalitarne, ale znajduje się w nim nasza organizacja, dzięki której 3800 dzieci uczy się języka polskiego w szkołach społecznych organizowanych przez związek. Każde z tych dzieci to dla mnie powód do powrotu.
Poza tym, kierownictwo organizacji zawsze było i będzie tarczą dla ludzi, którzy działają samotnie, gdzieś w odległych wsiach. Tacy ludzie czują się bezpieczniej, kiedy jesteśmy razem z nimi.
I to, że jestem znany na świecie, jest taką swoistą tarczą obronną dla tych tysięcy Polaków na Białorusi. A ponad wszystko, to naturalne, że człowiek chce wrócić do domu. A mój dom jest w Grodnie nad Niemnem.
Kiedy pana słucham, nie wiem, czy rozmawiam z dziennikarzem, czy już z bojownikiem.
Bojownik to zbyt mocne określenie. Związek Polaków zajmuje się edukacją, czyli organizacją nauki języka polskiego, szerzeniem kultury polskiej…
Ale pan siedział kilka lat w więzieniu za taką działalność.
To tylko pokazuje nienormalność sytuacji na Białorusi. Ale w tak spolaryzowanym społeczeństwie, jak polskie, mamy sojuszników po jednej i po drugiej stronie. Dlatego że każdy wie, iż problemy Związku Polaków na Białorusi to tak naprawdę działania antypolskie. I to, że w Polsce wspierają mnie ludzie z różnych stron barykady, to nie jest żadne moje osiągnięcie, tylko realna ocena sytuacji.
Nie lubi pan słowa „bohater” pod swoim adresem, mówiąc, że żyjemy w niebohaterskich czasach. Ale trzeba jednak dużo odwagi, żeby przeżyć pięć lat takiego koszmaru. Czego się pan dowiedział o sobie w więzieniu?
Trafiłem do więzienia już jako dorosły, ukształtowany życiowo człowiek, więc, prawdę mówiąc, niczego nowego się o sobie nie dowiedziałem.
Nawet jak się przebywa kilka lat w takich ekstremalnych warunkach?
Byłem święcie przekonany, że dam sobie radę. Wcześniej jako dziennikarz poznałem ludzi, którzy siedzieli przez wiele lat w stalinowskich obozach. Nagrywałem ich wspomnienia. Oni gościli mnie w swoich domach. Opowiadali nie tylko o sprawach, z których byli dumni, ale też o rzeczach wstydliwych dla nich, które nie były powodem do dumy. Opowiadali mi, bo cieszyłem się ich zaufaniem.
I kiedy w więzieniu było mi naprawdę ciężko, wspominałem ich i to, co mówili. Myślałem wtedy: Boże, jak oni dali sobie radę, to ja nie dam?
Mówi pan, że żyjemy w niebohaterskich czasach. Co to znaczy?
Bohaterami byli ludzie Armii Krajowej, za gloryfikację których zostałem skazany. To byli ludzie, którzy z bronią w ręku, w skrajnie niesprzyjających okolicznościach, wbrew całemu światu walczyli. Bo świat o nich zapomniał, sojusznicy ich zdradzili, a oni, np., na Grodzieńszczyźnie nie składali broni, nie poddawali się aż do lat 50. I dziś faktycznie prawie nikt o nich nie pamięta.
Ale ta historia jest takim bodźcem do poszukiwania tych zapomnianych polskich losów na naszej ziemi.
Jak pan rozumie wolność?
Człowiek zaczyna doceniać to, co ma wtedy, kiedy to traci. Tak samo jest z wolnością. Ale mnie się wydaje, że wolność to naturalny stan człowieka i co by sobie każdy kolejny dyktator nie myślał, to tej wewnętrznej wolności nie da się człowiekowi zabrać, bo to człowiek ostatecznie decyduje, jaką drogę wybiera.
Wracając wkrótce do Białorusi, ma pan jakieś obawy, lęki? Tak po ludzku pytam.
Naturalne, że się boję. Nie ma ludzi, którzy żyją bez lęków. Tyle tylko, że nie należy w życiu kierować się strachem. Trzeba racjonalnie wykorzystać rozum i doświadczenie. A ja rozumiem to, co się dzieje na Białorusi. I widzę, że mój powrót to nie musi być misja straceńcza. Że są szanse na to, iż się ona powiedzie. Ale jasne, gwarancji nikt mi nie da. I nie wiem, jak naprawdę to wszystko będzie tam na miejscu wyglądało. Bo to tylko słowa ze strony władz białoruskich, a trzeba patrzeć na czyny.
Jak Białoruś się panu marzy?
Wolna, europejska i demokratyczna.
Myśli pan, że za pana czasów tak się stanie? Zryw w 2020 roku na Białorusi był największym i najbardziej masowym protestem w historii tego kraju, ale został brutalnie stłumiony.
Jestem przekonany, że Białoruś wcześniej czy później będzie wolna, europejska i demokratyczna. Ale na razie nie pokuszę się o prognozy, kiedy to nastąpi. Wiem, że to będzie możliwe tylko wtedy, kiedy Rosja pogrąży się we własnym kryzysie i skoncentruje na swoich problemach. Dopóki jednak jest mocna, co pokazuje podczas agresji na Ukrainę, to widzimy, jak bardzo jest zdeterminowana, żeby utrzymać strefę swoich wpływów. A Białoruś bardzo głęboko w tej strefie siedzi.
Myśli pan, że Łukaszenka jest człowiekiem Putina i dla Polski jest groźny?
Nie jest człowiekiem Putina, ale dla Polski na pewno jest groźny. Nie lubi Polski i posiada władzę absolutną. Można się więc po nim spodziewać różnych rzeczy. To jest państwo sąsiedzkie i mając takiego, a nie innego sąsiada, trzeba z nim jakoś te relacje układać.
Zresztą to kwestia czasu. Jeżeli skończy się wojna w Ukrainie, to zacznie się jakiś dialog z Łukaszenką. Ale dopóki wojna trwa, poważnego dialogu nie będzie, bo nikt nie da gwarancji, że za chwilę Putin nie przeprowadzi mobilizacji, nie uruchomi północnego frontu itd.
Przeszkodą dzisiaj jest nie tylko wojna, ale i totalny brak zaufania po obydwu stronach granicy. Łukaszenka, który boi się o własną władzę, każdy ruch na granicy, każde zwiększenie liczebności wojsk w krajach ościennych postrzega w kategoriach zagrożenia dla jego władzy.
Kiedy się patrzy na pana, już, na szczęście, tego więziennego wycieńczenia nie widać.
Jestem w garniturze, pod krawatem...
Uśmiechnięty...
Ja się w więzieniu też uśmiechałem.
Wyszedł pan z więzienia, ale czy więzienie wyszło z pana?
Nie, tego się nie da tak po prostu wymazać. Zbyt długo tam byłem. Myślałem, że we mnie nic nie zostanie. Że jestem w takim wieku, że sobie dam z tym radę. I jak mówiłem wcześniej, moralnie mnie nic nie zadziwiło.
Ale okazuje się, że jednak jakieś zarysowania są. Że nie tak łatwo wejść w normalne buty z powrotem. Kiedy mnie zamykano, mój syn miał 11 lat. A po wyjściu z więzienia zobaczyłem nastolatka wyższego ode mnie. Chłopaka w wieku, w którym rodzice już nie są tak potrzebni. Straciliśmy obaj ten czas…
Udaje się ten czas nadrobić?
Tego nie da się nadrobić. Ale układam sobie jakoś relacje z rodziną. Moja rodzina zapłaciła dużą cenę. A ja wiedziałem, że najmłodszy syn, który dorastał beze mnie, jest największą ofiarą tego wszystkiego. I to jest cholernie przykre i bolesne.
Skoro już o rodzinie mówimy. Wzruszyła mnie wypowiedź pana taty, Stanisława, który powiedział, że kiedy się spotkacie, to on przed panem uklęknie jak przed bohaterem. A pan ucieka przed stwierdzeniem tego, że robi coś ważnego.
Trudno mi komentować słowa taty. Ale zdaję sobie sprawę, że Związek Polaków jest jedyną dzisiaj organizacją niezależną od władz. Mam w tym swój udział, ale nie tylko ja. Bo są ludzie, którzy w 2021 roku zostali, nie wyjechali i żyli pod groźbą aresztowania.
Uciekł pan od taty, bardzo osobistego wątku...
Ojca jeszcze od wyjścia z więzienia nie widziałem. Rozmawialiśmy tylko przez Messengera. Ojciec miał ogromny wpływ na moje wychowanie i na to, jakim jestem człowiekiem. Zaraził mnie też fascynacją do historii.
Zapytam o marzenia, czy jeszcze jest na nie miejsce?
Mnie się marzy, żeby doprowadzić do tego, iż sytuacja mniejszości polskiej na Białorusi będzie normalna, że dzieci będą w spokoju mogły się uczyć polskiej historii i języka polskiego. Bo, niestety, ja dorastałem w czasach, kiedy z podręczników wylewała się nienawiść, wówczas do II Rzeczpospolitej. A dzisiaj leje się nienawiść do obecnej Polski. Dla dzieci to traumatyczne.
Tylko tyle z marzeń?
To bardzo dużo, biorąc po uwagę ogrom problemów mniejszości narodowej na Białorusi.
W politykę nie chciałby pan wejść?
Nie. Jestem dziennikarzem i tylko z tego punktu widzenia postrzegam świat. A to zupełnie inne postrzeganie.



Napisz komentarz
Komentarze