Dopiero po kilku latach zdecydował się pan ujawnić, że na dnie Zatoki Gdańskiej leży absolutna rzadkość – słynny Ił-2. Jak udało się go znaleźć i dlaczego tak późno ujawniliście tajemnicę podwodnego, bardzo cennego wraku?
Samolot ten odkryłem w 2021 roku zupełnie przypadkowo. Wiedziałem, że w tym rejonie spoczywa pochodzący jeszcze z czasów średniowiecza wrak. Chciałem go sfotografować. Wtedy pojawiło się dziwne przeczucie, że coś tu jeszcze jest… Postanowiłem odpłynąć kawałek. Kończyła się rezerwa powietrza, ale coś mnie ciągnęło w tamto miejsce. Po dwóch minutach zobaczyłem dziób, śmigło, wreszcie leżący samolot. Patrząc na silnik, zauważyłem, że to jest Ił-2, zwany szturmowikiem. Przejęty patrzyłem na karabin maszynowy tylnego strzelca. Unikatowe znalezisko, bardzo rzadkie. Te jednostki tyle lat po wojnie są z reguły rozkradane.
I to powód, dla którego czekał pan 5 lat, by o tym opowiedzieć?
Poniekąd tak. I zaraz powiem, dlaczego. Oczywiście, od razu zgłosiłem znalezisko do Urzędu Morskiego. W dalszych działaniach pomagał mi Zbyszek Okuniewski, szef działu historyczno-dokumentalnego Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy Niebieskich Beretów. Z jednej strony Stowarzyszenie ustalało, jakie były dzieje samolotu, z drugiej trzeba było porozumieć się z Muzeum Morskim i WUKZ. Zależało nam, by miejsce odkrycia utrzymać w tajemnicy, by na części samolotu nie skusili się „poszukiwacze”.
Niestety, i tak doszło do przecieku. Karabin maszynowy miał piękny, mosiężny celownik. Widziałem jednostkę, która podpłynęła w to miejsce. Kiedy zanurkowałem po jej odejściu, celownika już nie było. Wiemy, kto to zrobił, zresztą nawet w sieci można znaleźć zrobiony wówczas film, pokazujący Ił-a, ale nie ma szans na odzyskanie celownika. Dlatego musieliśmy zabezpieczyć karabin maszynowy. Cały czas jest obawa, że ktoś może podpłynąć i np. odciąć piłą fragment skrzydła. Mamy tam piękne śmigła, więc sytuacja jest napięta.

Zanim dalej porozmawiamy o tym, co nieciekawego dzieje się pod wodą, spytam, skąd u pilota wzięła się pasja do poszukiwań wojennych pozostałości w głębinach?
Historia zawsze była mi bliska.. Jeden dziadek, Kazimierz Zatorski, walczył w Armii Krajowej, a drugi – Jerzy Dzienisiuk – był obrońcą Helu. Dziadek Jerzy po wojnie pływał jako kapitan Żeglugi Wielkiej. Byłem mały, gdy dziadkowie zmarli, więc nie zdążyłem wysłuchać wojennych opowieści, zawsze jednak byłem ciekaw ich przygód. Karierę lotniczą rozpocząłem w Skandynawii, dokąd wyjechałem z Polski wraz z rodzicami, na wodnosamolotach. Jak pani widzi, woda zawsze gdzieś przy mnie była. Potem stopniowo wróciłem do komercyjnego latania jako kapitan w Polskich Liniach Lotniczych LOT.
A nurkowanie?
Tak się złożyło, że czy to w Sopocie, czy to w Skandynawii, mieszkałem nad wodą. Równolegle z pasją latania, rozwijała się pasja nurkowania, podyktowana namiętnie oglądanymi wówczas filmami Jacques'a Cousteau. Moim marzeniem było wybrać się na takie wyprawy. W wieku 15. lat dostałem pierwszy dokument uprawniający do nurkowania. Z ekipą młodzieżową robiliśmy wyprawy na włoską Elbę, gdzie odkrywaliśmy ciekawostki z różnych czasów. Wiele zawdzięczam rodzicom. Nie raz zastanawiałem się, jak mogli nastolatka wypuszczać z rówieśnikami daleko w morze. Jestem do dziś za to bardzo im zobowiązany…
Zwłaszcza, że nurkowanie szybko przerodziło w pasję do fotografii podwodnej. Co ważne, lubiłem schodzić pod wodę sam. I tak naprawdę nigdy nie pędziłem za spektakularnymi osiągnięciami.
Zauważyłem wręcz, że największe odkrycia przychodziły wtedy, kiedy mogłem kierować się przeczuciem. I to się sprawdzało w 99 procentach. Będąc w toni wody, słysząc swoje serce, swój oddech, mogę panować nad emocjami, analizować wszystko w totalnie innym świecie. I wówczas przeczucie sprawia, że trafiam na różne ciekawostki. I tak po przerwie, związanej z lataniem komercyjnym, wróciłem do starej pasji. Wraz z pasją pojawiły się sukcesy. W 2015 roku odkryłem zaginiony i przez lata poszukiwany polski samolot, czyli Lublin R-13 z 1939 roku.
Wywołał pan jednak sporo kontrowersji. Pamiętam te nagłówki w gazetach, nazywano pana nawet „polskim Indianą Jonesem”.
Zrobił się zgiełk, gdyż prywatne odkrycia nie zawsze były dobrze widziane. Po tym, jak wydobyłem i zabezpieczyłem śmigło wodnosamolotu i przekazałem je do muzeum MDLot w Pucku, próbowano na mnie nałożyć grzywnę. Dr Iwona Pomian z Narodowego Muzeum Morskiego nazwała w „Gazecie Wyborczej” to, co zrobiłem, „piractwem archeologicznym”.
Zapłacił pan?
Nie, bo nie było za co. Z grzywny się wycofano, zaś trzy lata później w „Gazecie Wyborczej” ukazały się przeprosiny za nazwanie mnie piratem archeologicznym. Wracając do śmigła wodnosamolotu, wiąże się z tym pewna anegdota. Zadzwonił do mnie znajomy archeolog z Helu z pytaniem, czym zdjąć ciemny nalot z tego śmigła. Wcześniej muzealnicy z Pucka spytali go o to telefonicznie podczas konserwacji obiektu. Próbowali to zrobić szlifierką. Zmartwiałem. Jaki nalot? Przecież to nie był nalot, tylko jedna z pierwszych galwanizacji na świecie, którą wymyślili Francuzi w celu zabezpieczenia części aluminiowych wodnosamolotów przed korozją!
Niestety, w muzeum wyszlifowano śmigło na srebrno, powieszono na ścianie i na tym się archeologia skończyła. Trzeba wiedzieć, że niektóre obiekty z ostatniej wojny, czasami po wydobyciu z wody wyglądają jak zwyczajne kamienie. Pojawiają się na nich osady różnego rodzaju minerałów, rdza, omułki, roślinność, piasek, który tworzy stałą, zwartą powierzchnię. Jeżeli wydobędziemy coś, co zawiera aluminium, wystarczy moment styczności z tlenem, by to znikło, zamieniając się w biały proszek. Troszeczkę dłużej wytrzymuje żelazo. Trzeba wiedzieć, co się robi. Nie wystarczy odnaleźć starą rzecz, należy jeszcze poznać kontekst historyczny i wiedzieć, jak ją zakonserwować.
To co pan w końcu odkrył pod wodą?
Ostatecznie mam na koncie co najmniej dziesięć ważnych odkryć. Oprócz wodnosamolotu Lublin R-13, odkryłem trzy samoloty Lublin R-8, stacjonujące przed wojną w Helu. Znaleziska trafiały m.in do Muzeum Obrony Wybrzeża, Muzeum w Pucku, Narodowego Muzeum Morskiego. Nie otrzymałem za to nagrody, wystarczyło nazwanie obiektu moim odkryciem. Do tego dochodzą wraki, niektóre nawet z początku XVII wieku.
Gdzie o tych wrakach można przeczytać?
Zanim powiem o nich publicznie, chciałbym je najpierw pokazać na filmie. Zawsze tak robię, by nikt nie wątpił w pirackie opowieści.
Brzmi to jak zaproszenie do przygód z lektur czytanych z wypiekami na policzkach przez nastolatków. Coś w panu z chłopca, nurkującego w pobliżu Elby, zostało?
Na pewno związane z każdą wyprawą emocje.
Do obiektów znalezionych pod wodą podchodzę emocjonalnie. Czy jest to statek, czy samolot, dotykam go, odbierając uczucia i doznania z tamtych czasów. Widzę ślady po kulach w siedzeniu pilota, uszkodzenia w samolocie, położenie śmigieł. Już wiem jak i kiedy ów pilot lądował, czy to była zima, czy lato, widzę modyfikacje, robione – być może – w trakcie walki, pozycje włączników, drążka sterowego. To rysuje pewien obraz, pozwalający wyobrażać sobie, czego załoga doświadczała w danym momencie. Uważam, że jak się coś robi z pasją, o można zrobić naprawdę dużo i wszystko.
Co dziś wiemy o samolocie szturmowym Ił-2, odkrytym przez pana?
Samolot leży u ujścia portu w Gdańsku. Ił w marcu 1945 roku brał udział w akcji bombardowania niemieckiego statku Prinz Eugen, który wypływał z gdańskiego portu. Dzięki ustaleniom Zbyszka Okuniewskiego i pozostałych członków Stowarzyszenia Byłych Żołnierzy Niebieskich Beretów poznaliśmy szczegółowe informacje na temat ostatniego lotu Ił-a 2, mamy zdjęcia i nazwiska pilotów, wiemy, jak potoczyły się ich losy.
Jakie będą losy samolotu?
Wiemy, jak go wyciągnąć. Zainteresowane wrakiem jest Muzeum Sił Powietrznych w Dęblinie. Kiedy Dęblin da zielone światło, jesteśmy w stanie zaangażować jednostki wodne, które to podniosą. To musi być zrobione profesjonalnie, skoro ma służyć później publiczności. Obiekt jest dużo warty i jeśli będzie ciekawie eksponowany, dużo ludzi będzie chciało go oglądać .Nie powinno się to skończyć tak, jak z samolotem Douglas A-20, wydobytym z morza w 2014 r. , który do tej pory leży za hangarem w Krakowie i już z niego za dużo nie zostało. Niestety, zdecydowano o umyciu Douglasa z omułków silnym strumieniem wody, chociaż aluminium na płacie skrzydła po takim czasie ma konsystencję papieru.
Jak zaprezentować taki wrak w muzeum?
Mamy przykład Royal Air Force Museum w Hendon gdzie leży Hurricane z II wojny światowej. Został wyciągnięty z morza rozbity, obrośnięty. I taki, jakim jest, wbity w dno, został wsadzony w ogromną szklaną ekspozycję, gdzie jest przyciemnione światło, widać latarki nurków. Podobnie jest ze statkiem Waza w muzeum w Sztokholmie.
W jednym z komentarzy na profilu „Zawsze Pomorze” w mediach społecznościowych pod artykułem o odnalezieniu Ił-a, pojawiła się informacja, że na aukcji w USA zapłacono za taki sam samolot 84 mln dolarów. Czy to możliwe?
Nie. Różni ludzie różne rzeczy piszą, nie należy traktować tego poważnie.
Czy uda się wydobyć wrak Ił-2 z dna Zatoki Gdańskiej?
Odnaleziony przez Jacka Dzienisiuka pół kilometra od brzegu szturmowy Ił-2 jest najlepiej udokumentowanym wrakiem samolotu w Polsce. Dzięki kontaktom Zbigniewa Okuniewskiego ze Stowarzyszenia Żołnierzy i Sympatyków Niebieskich Beretów udało się dotrzeć do archiwów, w których zachowała się dokumentacja z numerami samolotu i silnika, a także datą produkcji. Pozyskano również pełne teczki osobowe pilota i tylnego strzelca, a nawet ich fotografie wykonane przed feralnym lotem.



Napisz komentarz
Komentarze