Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Ofiary księży słyszą: Zastanów się, czy po twojej stronie nie było jakiejś winy

Przetrwanie Kościoła zależy od tego, co z ujawnianymi przypadkami zrobi. Jest to instytucja, która niekiedy, zamiast pomagać pokrzywdzonym, chroni sprawców. I to się musi zmienić – mówi Maria Bremer, psychoterapeutka, członkini Inicjatywy Zranieni w Kościele.
konfesjonał

Autor: Canva | Zdjęcie ilustracyjne

Jak mówić o ofiarach przemocy seksualnej w Kościele?

Na pewno temat ten wymaga spokoju i skupienia.

Jako Inicjatywa Zranieni w Kościele, czyli telefon zaufania i katolickie środowisko wsparcia dla osób dotkniętych przemocą seksualną w Kościele, działacie od ponad trzech lat. Kto się do was zgłasza?

Do tej pory odbyły się 202 dyżury i odebraliśmy 486 telefonów. Najczęściej dzwonią kobiety, choć mężczyźni też się zdarzają. Przeważnie są to osoby dorosłe lub wręcz starsze – opowiadają o historiach, które wydarzyły się im w dzieciństwie.

Maria Bremer

Kilkadziesiąt lat temu?

Tak. Mówią o tym, że były molestowane, wykorzystane jako małe dzieci. Głównie przez księży, choć zdarzają się też inne osoby funkcjonujące wokół Kościoła, takie jak organista czy też lider jakiejś grupy. I ci kilkudziesięcioletni ludzie, te dojrzałe kobiety mówią nam, że nikomu wcześniej o tym nie opowiedzieli. Mają też świadomość, że wydarzenia z dzieciństwa bardzo wpłynęły na ich relacje, związki, rodziny. Na życie.

Czują nienawiść do tych, którzy je skrzywdzili?

Z tym jest trudno. Często jej nie czują.

Dlaczego?

Były dziećmi, które nie wiedziały, co się z nimi dzieje. Nierzadko sprawcy stosują metody sprawiające, by dziecko czuło się winne, a nawet, by współczuło sprawcy. Wówczas o zdrową złość jest bardzo trudno. Przychodzi ona nieraz dopiero dzięki terapii. Prowadzimy grupę wsparcia i tam czasem słyszymy, że ktoś poczuł wreszcie złość, zrozumiał, że coś złego mu się przytrafiło. I nie on, ona jest temu winna.

PRZECZYTAJ TEŻ: Ksiądz z parafii w Bągarcie próbował wysadzić plebanię!

To prawda, że skrzywdzeni otrzymują nierzadko od spowiednika jednoznaczny przekaz: Musisz wybaczyć i zapomnieć?

Nie tylko. Bywa, że jeszcze słyszą: Zastanów się, czy po twojej stronie nie było jakiejś winy.

Jak można przerzucać winę na ofiarę?

Nazywamy to wtórną wiktymizacją. Osoby, które znajdują siłę, by o swojej krzywdzie opowiedzieć, czy to podczas spowiedzi, czy też – co się wcześniej zdarzało – zgłaszając się do kurii lub w procesach kanonicznych, były traktowane jako podejrzani. Padają pytania: Dlaczego dopiero teraz sobie o tym przypomnieli? Dlaczego chodzili do księdza, skoro on ich krzywdził?

Mam wrażenie, że w podobnych sprawach instytucja Kościoła oraz część wiernych zmagają się z syndromem oblężonej twierdzy. Doskonale w Trójmieście pamiętamy księdza Henryka Jankowskiego. Wszyscy wiedzieli, że lubił, gdy otaczali go nastoletni chłopcy, ale z drugiej strony, była to osoba niezwykle zasłużona w walce z komuną, wspierająca szpitale, pomagająca ubogim. Przed laty, zajęcie stanowiska w sprawie oskarżeń kierowanych pod adresem prałata mogło oznaczać, że jesteśmy albo przeciw, albo za Kościołem. Trudno było wyjść poza te ramy?

My, jako świeccy katolicy z Inicjatywy Zranieni w Kościele poczuliśmy się za krzywdy doznane w Kościele odpowiedzialni. Dostaliśmy trochę zaufania od ludzi, że nie jesteśmy ani na usługach Kościoła, czyli nie musimy robić tego, co instytucja ta nam każe, ale też nie jesteśmy poza Kościołem, czyli nie działamy na jego szkodę. Zajmując się skrzywdzonymi, robimy to, co powinniśmy. Nie ścigamy sprawców.

Nawiązując jeszcze do przypadku księdza Jankowskiego.

Często okazuje się, że sprawcy długo budują swój obraz jako dobrego, bezinteresownego społecznika. To też jest metoda, by wejść w kontakty z rodziną ofiary. Rodzina nie wyobraża sobie, by ktoś taki mógł skrzywdzić jej dziecko. Nawet jeśli dziecko próbuje opowiedzieć o tym, co się stało, bliscy mu nie wierzą.

Pisałam o takiej sprawie. Ofierze nie wierzyli znajomi, sąsiedzi, którzy winili ją za problemy księdza i podważali jej morale.

Wiadomo, że wykorzystanie seksualnie nie pozostaje bez wpływu na zachowanie dziecka, które może być niezrozumiałe dla innych dorosłych. Bywa nawet, że dziecko popełnia przestępstwo, chcąc, by wreszcie zwrócono na nie uwagę. To jest bardzo skomplikowana sytuacja.

Współpracujecie z Kościołem?

Mamy kontakt z fundacją św. Józefa, działającą przy Konferencji Episkopatu Polski, której zadaniem jest chronienie dzieci i młodzieży. Pomagamy też skrzywdzonym, którzy mają sfinansowaną przez fundację psychoterapię. Również osoby prowadzące naszą grupę wsparcia są finansowane przez fundację św. Józefa. Współpracują z nami zaufani księża, gdyż osoby pokrzywdzone, próbując odbudować swoją wiarę, nie raz potrzebują kontaktu z duszpasterzem, innym niż krzywdziciel. Nasza asystentka może też towarzyszyć osobom, które zgłaszają przemoc seksualną w kurii lub u delegata.

Pomagacie też od strony prawnej?

Pracuje z nami bank prawników, kontaktujemy z nimi osoby poszkodowane. Niektóre sprawy są bowiem przedawnione w prawie karnym lub cywilnym, ale mogą być nadal procedowane w prawie kanonicznym.

PRZECZYTAJ TEŻ: Ksiądz skazany za rozsyłanie dzieciom treści pornograficznych znów pełni pomoc duszpasterską

Z filmów braci Tomasza i Marka Sekielskich, reportaży telewizyjnych i prasowych wiemy, że Kościół próbował zniechęcać ofiary przemocy do składania oficjalnych skarg. Czy to się zmieniło?

Trudno mówić o generalnej zmianie, choć widać już pozytywne przykłady. W Centrum Ochrony Dziecka – Ignatianum w Krakowie ojciec Adam Żak i pani Ewa Kusz starają się szkolić delegatów, którzy przyjmują zgłoszenia. Tych szkoleń było bardzo dużo. Głównie chodzi o przestawienie toku myślenia z, wspomnianego przez panią, syndromu oblężonej twierdzy w stronę przekonania, iż jesteśmy wspólnym Kościołem. Takim, który trzeba oczyścić, mówiąc o rzeczach, które miały miejsce i których trzeba się wstydzić. Należy przy tym wesprzeć osoby pokrzywdzone, z traumą. Są to również dorosłe kobiety, skrzywdzone w zakonach żeńskich. Niektóre odeszły ze zgromadzeń. Wśród zranionych znajdują się także osoby, które weszły w relacje z księżmi po ukończeniu 15 lat. Według prawa karnego, nie można w takich przypadkach mówić o wykorzystaniu dziecka, ale są to relacje zależnościowe. Zwłaszcza gdy sprawcą był spowiednik lub duszpasterz grupy młodzieżowej.

Ostatnio słyszy się o fali apostazji, spowodowanej m.in. doniesieniami o dzieciach wykorzystanych seksualnie przez księży. Czy ofiary też odchodzą z Kościoła?

Niektóre odchodzą, inne zostają. Część dzwoniących zaznacza, że nie jest już w Kościele. Część już na początku pyta, czy nie jesteśmy przeciwko Kościołowi. Wiadomo, że kiedy krzywdzi ksiądz, osoba pierwsza po Panu Bogu na ziemi, wpływa to bardzo na relacje religijne. Ci, którzy zostają, muszą bardzo uporządkować sobie ten obszar.

Skąd zaufanie do was tych, którzy odeszli?

Nikogo nie próbujemy namówić, by został w Kościele lub by go nie oskarżał. Nasza działalność nastawiona jest na najlepszą, jaka jest potrzebna, pomoc skrzywdzonym. Najważniejsze jest, by przywrócić im sprawczość i poczucie wpływu na własne życie. Jeśli nawet słyszymy w telefonie, po opowiedzeniu takiej historii, że dana osoba nie chce nic z tym dalej robić – my to uszanujemy. Nie żądamy przedstawiania się, nie notujemy numerów telefonów. Gdy po rozmowie z psychoterapeutką jest potrzeba dalszej pomocy, taka osoba łączy się z asystentką i mówi, czy potrzebuje prawnika, kontaktu z duchownym, psychoterapii.

PRZECZYTAJ TEŻ: 47. FPFF. Fenomenalny Dawid Ogrodnik jako ksiądz Jan Kaczkowski w filmie „Johnny”

Namawiacie do konfrontacji sprawcy i ofiary?

Na pewno nie. Niejednokrotnie pokrzywdzeni mają mieszane odczucia wobec sprawcy, który mógł być ważną w ich życiu osobą. Są tacy, którzy chcą się spotkać, inni sobie tego nie wyobrażają. Bywa, że sprawca pojawia się od lat w koszmarach sennych, a poszkodowani boją się spotkania z nim na ulicy.

Wysłuchanie tylu dramatycznych relacji nie podważa waszej wiary?

To dosyć osobiste pytanie. Trzeba oddzielić wiarę od tego, że mamy niekiedy trudności, by, widząc to wszystko, być w Kościele. Myślę, że można porównać Kościół do rodziny. Rodzinę mamy, jaką mamy, musimy się do niej przyzwyczaić, i próbujemy sobie z tym radzić. Wiarę każdy z nas stara się rozwijać, choć pozostaje kwestia, gdzie się potem chodzi modlić i kogo się słucha.

Tworząc Inicjatywę Zranieni w Kościele, poczuliśmy się, jako katolicy, odpowiedzialni za to, czego Kościół, jako instytucja, nie zrobił. Przyświecał nam jeden cel: wzięcie w obronę i danie wsparcia pokrzywdzonym.

Coraz częściej pada pytanie, czy i w jakim stanie Kościół, nie tylko w Polsce, przetrwa falę ujawnień krzywd, dokonanych przez duchownych w ostatnich kilkudziesięciu latach?

Nie potrafię odpowiedzieć. To, że zdarzają się straszne rzeczy, jest wpisane w istnienie człowieka. Krzywdzą nie tylko księża, robią to także inni ludzie.

Sądzę, że przetrwanie Kościoła zależy od tego, co z ujawnianymi przypadkami zrobi. Jest to instytucja, która niekiedy, zamiast pomagać pokrzywdzonym, chroni sprawców. I to się musi zmienić.

Inicjatywa Zranieni w Kościele

 

Czym jest Inicjatywa Zranieni w Kościele?

Inicjatywa Zranieni w Kościele działa od marca 2019 roku. Tworzą ją świeccy katolicy z Klubu Inteligencji Katolickiej w Warszawie, Laboratorium „Więzi” i Fundacji Pomocy Psychologicznej Pracownia Dialogu.

Co tydzień, w każdy wtorek od godziny 19:00 do 22:00 psychoterapeutki dyżurują przy telefonie zaufania (nr tel.: 800-280-900), wysłuchując osób skrzywdzonych oraz udzielając im informacji o możliwościach otrzymania pomocy prawnej, psychologicznej czy duchowej, a także kierując je do odpowiednich i zaufanych specjalistów. Od chwili powołania inicjatywy do życia, podczas 202 dyżurów odebrano 486 telefonów.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama