Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
Reklama

Co z tą opozycją? Serial „Na wspólnej (liście)” nadal trwa

Teraz minął czas rozmów na temat jednej listy. Osiągnęliśmy w tej sprawie punkt krytyczny. Dzisiaj opozycja demokratyczna powinna już konkretnie rozmawiać o programach wyborczych, o tym, co będziemy robić od pierwszego dnia po objęciu władzy po PiS - mówi poseł PO Jarosław Wałęsa.
Sejm

Autor: Łukasz Błasikiewicz | Kancelaria Sejmu

Będę się modlić o to by powstała jedna, wspólna lista. Bo trzeba wygrać nie tylko z Kaczyńskim, ale i panem d’Hondtem – zapowiadał niedawno w Radiu Zet europoseł PO Radosław Sikorski. Szymon Hołownia z Polski 2050 nic o modlitwie w tej sprawie nie mówił. Stwierdził za to, że on wolałby dwie listy, bo wtedy Polska 2050 „bierze więcej mandatów”.

I tylko elektorat pyta – co z tą opozycją? Czemu nie może w tak ważnej sprawie się dogadać? I czy jedna lista to już tylko figura retoryczna, mrzonka, wirtualny byt, czy może niemożliwe stanie się jednak możliwe?

Jacek Karnowski, prezydent Sopotu i prezes Ruchu Samorządowego Tak! Dla Polski mówi, że samorządowcy zdania nie zmieniają i uważają, że drogą do pokonania PiS jest jak najdalej idąca jedność opozycji demokratycznej i najlepiej jedna lista. Dlatego samorządowcy podpisali porozumienie programowe, dotyczące najważniejszych spraw dla wspólnot lokalnych i prowadzą rozmowy o wspólnej liście nie tylko z Platformą Obywatelską, ale też z PSL-em, Lewicą i Polską 2050.

- Opozycja, żeby wygrać, musi się dogadać. Takie są oczekiwania mieszkańców. Takie są sondaże. W przeciwnym razie przegra te wybory. I wtedy będzie już za późno na cokolwiek. Wiem, że Polacy są już troszkę zniechęceni tym spektaklem. My, samorządowcy zachęcamy, żeby do wyborów iść jak najszerszym frontem. Dlatego naszym zdaniem najlepsza byłaby jedna lista. Ostatecznie dwie. Trzy listy to prawie pewna przegrana opozycji – tłumaczy prezydent.

Jacek Karnowski

Na stwierdzenie, że zachęca się już od wielu tygodni, a do wyborów zostało tylko 9 miesięcy, Jacek Karnowski odpowiada, że kluczowe będą dwa najbliższe miesiące.

- Liczę na instynkt samozachowawczy liderów partii opozycyjnych, na ich mądrość i odpowiedzialność. Na porozumienie programowe. Na to, że wszyscy pójdziemy po rozum do głowy i że taka lista bądź najwyżej dwie listy powstaną, które umożliwią nam zwycięstwo demokracji i samorządności. My samorządowcy z Ruchu Samorządowego Tak! Dla Polski jesteśmy w stanie dojść do porozumienia z każdym z opozycji, bo uważamy, że najważniejsza w tej chwili jest walka o demokrację i demonopolizacja państwa, zwłaszcza państwa, które jest teraz bardzo drogie dla obywatela, które funduje swoim mieszkańcom wysoką inflację i drożyznę. Rzeczywistość to wysokie ceny w sklepach, rachunki za gaz, prąd i węgiel. Wiemy, że trzeba przejść z państwa oligarchicznego, które stworzył PiS, do zdecentralizowanego, z niską inflacją i bez drożyzny dławiącej obywatela - dodaje.

Przyznaje, że elektorat opozycji może być już zmęczony nie tylko walką z drożyzną, ale też przeciąganiem liny w samej opozycji.

- Notowania opozycji pokazują, że żadna z partii, samodzielnie, nie jest w stanie zdecydowanie wyprzedzić PiS w wyborach. Pytanie, czy opozycyjne partie, które nie pójdą razem do wyborów są w stanie zdobyć pięćdziesiąt mandatów więcej od PiS? Bo zwycięstwo tylko kilkoma mandatami nic nam nie da. Nadal będzie to klęska opozycji. Bo można sobie wyobrazić, że PiS stworzy rząd mniejszościowy, że będzie szukał do koalicji „Kałużów" czy tzw. „Bezpartyjnych Samorządowców" z Dolnego Śląska i w dalszym ciągu będzie psuł nasze państwo, tak jak to robi teraz - tłumaczy.

Na pytanie, czy on sam będzie jedną z lokomotyw w wyborach do parlamentu, prezydent Karnowski odpowiada wymijająco: - To jest nie tylko moja decyzja, ale jeszcze kilkudziesięciu osób, które bardzo poważnie rozważają start.

Na kolejne pytanie – od czego zależy odpowiedź, słyszę, że od jedności opozycji do parlamentu.

- Chcemy podjąć się tego, bo uważamy, że trzeba ratować kraj, także Polskę lokalną – obecnie centralizowaną i niszczoną przez oligarchiczne państwo partyjne, przeradzające się w państwo, gdzie prawo stanowi się dla swoich. Dlatego wielu z nas jest gotowych do startu, żeby ratować nasze małe ojczyzny – puentuje.

Liczę na instynkt samozachowawczy liderów partii opozycyjnych, na ich mądrość i odpowiedzialność. Na porozumienie programowe. Na to, że wszyscy pójdziemy po rozum do głowy i że taka lista bądź najwyżej dwie listy powstaną, które umożliwią nam zwycięstwo demokracji i samorządności.

Jacek Karnowski / prezydent Sopotu, TAK! Dla Polski

W ostatnich dniach „Rzeczpospolita” opublikowała wyniki zaskakującego sondażu. Wynika z niego, że ruch samorządowy rośnie w siłę. I gdyby teraz odbyły się wybory, a do parlamentu wystartowałby samodzielnie samorządowy ruch Tak! dla Polski, mógłby on liczyć na dwucyfrowy wynik. Ten sondaż daje ruchowi prezydentów Trzaskowskiego i Karnowskiego miejsce za... PiS i KO.

Samorządowcy mogliby zdobyć 10,7 proc. głosów. Na dalszych miejscach w sondażu znalazły się Polska 2050 (9,1 proc.), Konfederacja (9 proc.), Lewica (7 proc.) i PSL-KP (2,6 proc.).

Prof. Joanna Senyszyn, posłanka Polskiej Partii Socjalistycznej nie kryje, że trudno skomentować zachowania, którymi opozycja sama sobie szkodzi i których w ogóle nie rozumieją antypisowscy wyborcy. Jej zdaniem, jedna lista to dla opozycji najlepsze rozwiązanie, bo tylko wtedy jest pewność wygranej ze Zjednoczoną Prawicą, która choć się żre, pójdzie razem i dostanie premię od d'Hondta.

- Wyborcy PiS boją się zjednoczenia demokratycznej opozycji jak ognia. Niestety, przynajmniej na razie, nie palą się do niej ani Polska 2050, ani PSL, ani partia Czarzastego związana porozumieniem z partią Razem. Myślę, że dopiero w lipcu będziemy wiedzieli, z ilu list wystartuje demokratyczna opozycja, gdyż dopiero wtedy, na dobre, zaczną się układanki z nazwiskami. W zależności od notowań, partie opozycyjne będą się decydować na samodzielny lub wspólny start – tłumaczy profesor Senyszyn.

Na pytanie, czy w lipcu nie będzie za późno na takie ruchy, skoro elektorat opozycji już patrzy z niesmakiem na te „układanki", Joanna Senyszyn odpowiada, że owszem decyzje powinny już zapaść. Ale szefowie partii nie palą się do tego.

Dlaczego?

- Powodów jest wiele, w tym jeden odwieczny: jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Lista, która wygra, czyli będzie miała ponad 30 procent poparcia, dostanie za każdy oddany na nią głos ponad 5 razy mniej pieniędzy, niż partia, która uzyska 5-10 procent i 4,5 raza mniej, niż przy wyniku 10-20 procent. Obecnie subwencja dla PiS za ponad połowę posłów w Sejmie to około 23 mln zł rocznie, a łącznie dla całej opozycji wraz z Konfederacją to ponad 46 mln zł rocznie. Konflikty byłyby przy podziale miejsc. Jest tylko 41 „jedynek" do Sejmu, a pretendentów kilka razy tyle. Mniejsze partie mają też świadomość, że zostaną w pewien sposób zdominowane przez PO. Jednak nie wykluczam, że ostatecznie zwycięży rozsądek – wyjaśnia posłanka PPS.

Inaczej na ten problem patrzy Jarosław Wałęsa, poseł Koalicji Obywatelskiej. Jego zdaniem, sprawa jednej listy powinna być załatwiona już kilka miesięcy temu.

- Teraz minął czas rozmów na ten temat. Osiągnęliśmy w tej sprawie punkt krytyczny - mówi.

- Dzisiaj opozycja demokratyczna powinna już konkretnie rozmawiać o programach wyborczych, o tym, co będziemy robić już od pierwszego dnia po objęciu władzy po PiS. Ale w mediach ciągle panuje przeświadczenie, że opozycja zajmuje się tylko sobą i tym kto z kim chce, a kto nie chce, a nie konkretnymi założeniami, jak po wyborach powinno wyglądać sprzątanie po rządach Zjednoczonej Prawicy. I ta dyskusja nad listami to już jest duża strata wizerunkowa dla całej opozycji. Dlatego mam nadzieję, że wkrótce przestaniemy mówić o jednej liście. Zresztą Szymon Hołownia zdaje się jednoznacznie ją pogrzebał. Co świadczy o jego niedojrzałości politycznej i o tym, że nie do końca rozumie, jak ważne dla Polski są nadchodzące wybory. Mówienie Hołowni, że idąc w rozproszeniu nie szkodzimy sobie, jest dziecinadą. Podobnie jak twierdzenie, że jedna lista nie będzie świadczyć o naszej sile. Nic bardziej błędnego. Każdy, kto choć trochę interesuje się polityką i wie, jak wygląda system wyborczy, rozumie, że pójście osobno to błąd – komentuje poseł Wałęsa.

Ale dodaje, że nie czas płakać nad rozlanym mlekiem.

- W tej chwili najważniejsze jest to, żeby mówić konkretnie o programie tak, żeby PiS nie narzucał nam w kampanii swojej narracji. Samym "antypisem" się nie wygra, zwłaszcza w sytuacji kiedy elektorat opozycji będzie miał do wyboru kilka list.

Przyznaje, że teraz praca nad programem jest bardzo trudna, bo z jednej strony trzeba pokazać ludzką twarz, a z drugiej zdusić w sobie populistyczne ciągoty, które jeszcze bardziej będą rujnowały polską gospodarkę.

- To jest jak poruszanie się po kruchym lodzie. Nikt jednak nie obiecywał, że będzie łatwo - kończy Wałęsa.

(fot. Karol Makurat | Zawsze Pomorze)

Agnieszka Buczyńska, sekretarz generalna ugrupowania Polska 2050 słysząc, że Szymon Hołownia jeszcze cały czas mami Donalda Tuska jedną listą, nie zgadza się z tak postawioną tezą.

- Rozmowy toczyły się i toczą. A namacalnym dowodem współpracy partii opozycyjnych jest porozumienie w sprawie paktu senackiego. Udało się nam wypracować wspólnych kandydatów. Doszliśmy w tej sprawie do porozumienia, bo to sprawdzona i skuteczna metoda. Dlatego nikt się jej nie sprzeciwia – tłumaczy.

Na stwierdzenie, że pakt sejmowy byłby ważniejszy od senackiego, odpowiada: - Wszystkie badania wykazują, że przy jednej, wspólnej liście demobilizujemy wielu odbiorców, którzy nie znajdują dla siebie reprezentacji ani na liście pod szyldem PIS, ani PO. Jeżeli Platforma Obywatelska nie wyciągnie wniosków z sześciokrotnie przegranych wcześniej wyborów parlamentarnych i samorządowych to przegra kolejne. Według naszych badań, gdyby wszystkie demokratyczne partie opozycyjne stworzyły jeden komitet wyborczy, to około 10 procent opozycyjnego elektoratu zostałoby w domu. My to wiemy. Do tego język pogardy, którego ostatnio doświadczaliśmy ze strony sympatyków PO to nie jest dobra droga na szukanie partnerów dla naprawy Polski.

Głównym celem Polski 2050 jest odsunięcie PiS od władzy. Zrobimy wszystko, żeby oni już nie rządzili. Ale demobilizowanie wyborców jedną listą to na ten moment błąd.

Agnieszka Buczyńska / Polska 2050

I dodaje: - Głównym celem Polski 2050 jest odsunięcie PiS od władzy. Zrobimy wszystko, żeby oni już nie rządzili. Ale demobilizowanie wyborców jedną listą to na ten moment błąd.

Na stwierdzenie, że jednak system d'Hondta premiuje większe komitety wyborcze, wyjaśnia: - Trzeba pójść szeroko, ale z naszych badań wynika, że najbardziej skuteczne mogą być dwa bloki wyborcze. Szukamy optymalnego i najbardziej skutecznego rozwiązania, które nie pozwoli też na to, aby jakiekolwiek ugrupowanie opozycji demokratycznej znalazło się poniżej progu wyborczego.

Zdaniem Agnieszki Buczyńskiej warto mieć też na uwadze fakt, że przy jednej, opozycyjnej liście sondażowo „puchnie" Konfederacja, otrzymując premię jako „trzecia opcja”. Jak mówi Buczyńska, wskazuje na to wiele badań. A Konfederacja, jak zauważa, może po wyborach wejść do koalicji z  PiS.

Szymon Hołownia zapowiada, że decyzje w sprawie list wyborczych podejmie w lutym.

 

Spotkanie liderów Polski 2050 i PSL

7 lutego (powyższy tekst powstał przed tym spotkaniem), Władysław Kosiniak-Kamysz i Szymon Hołownia potwierdzili, że zrobili "pierwszy krok" do… współpracy, ale nie do jednej listy.

- Tak, chcemy stworzyć jedną listę spraw do załatwienia - stwierdził w Senacie szef Polski 2050 Szymon Hołownia na wspólnej konferencji z szefem PSL Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Nie jest to jednoznaczne ze wspólną listą wyborczą. W tej kwestii liderzy niczego nie zadeklarowali.

Według Hołowni to porozumienie to coś, "na co Polacy czekają już od tak dawna, mając dość politykierstwa, sporów i zabijanek, które toczą się nad ich głowami".

- Wszyscy, i Władek i ja, i pewnie nie tylko my, dostajemy setki wiadomości, setki telefonów: "kiedy wreszcie zajmiecie się tym, co naprawdę nas żywo dotyczy". Dzisiaj jest wielka wojna o to, za których rządów ludziom żyło się biedniej, a my chcemy wreszcie, żeby ktoś powiedział, jak sprawić, żeby ludzie w Polsce byli choć trochę bogatsi – powiedział.

- Dlatego zdecydowaliśmy się z Władkiem Kosiniakiem-Kamyszem na ten krok, który jest pierwszym krokiem w naszej, mam nadzieję, długiej i owocnej współpracy - tłumaczył.


Podziel się
Oceń

Napisz komentarz
Komentarze
Reklama
Reklama
Reklama