Od kilku miesięcy oglądamy pana w kabarecie jako prezydenta Karola Nawrockiego. Jak to jest być prezydentem?
To wyjątkowe uczucie, ponieważ wcielam się w barwną postać publiczną. Ale rozpoczęcie przygody z tą rolą nie było łatwą decyzją. Musiałem się zastanowić, czy chcę, czy nie chcę wchodzić do politycznej rzeki. Prywatnie staram się, by polityka nie zajmowała dużo miejsca w moim życiu, mało się na niej znam, nie wypowiadam się na jej temat publicznie. Taki jestem. A tutaj mocne wejście. Ale zgodziłem się, bo uważam, że w tym programach po równo śmiejemy się z wszystkich polityków, którzy się wystawiają na satyrę. W skeczach punktujemy raczej głupoty, które mówią i robią politycy z wszystkich stron. To była poważniejsza część odpowiedzi. A skończę lżej, że od pewnego czasu "na dzielnicy" zdarza mi się usłyszeć "dzień dobry, panie prezydencie", a ja odpowiadam: "dzień dobry obywatele".
Sektor prezydencki", do którego scenariusz pisze prezes z "Ucha prezesa", czyli Robert Górski, próbuje żartem rozbrajać to, co się dzieje w polityce. Ale zapytam prowokacyjnie - czy to jeszcze ludzi bawi w czasach, kiedy polityka sama stała się kabaretem?
Wszystko zależy od widza. Jedni chcą oglądać politykę w krzywym zwierciadle, a inni mają jej dosyć i chcą rozrywki bez polityki. To kwestia gustu, czy woli się dramat, czy komedię. Natomiast po ilości widzów naszych programów, można uznać, że jeszcze wiele osób bawi to, że politykę przekuwamy w żart. Może dzięki takim skeczom człowiek nabiera trochę dystansu i ostrożniej podchodzi do najrozmaitszych manipulacji.
CZYTAJ TEŻ: O Kaszubach z przymrużeniem oka. Kabaret Kuńda wystąpił w Sierakowicach
Pana kolega Robert Górski już na zawsze zostanie prezesem. Panu marzy się być prezydentem na wieki wieków kabaretu?
Od momentu, kiedy okazało się, że te skecze podobają się publiczności, w naszej garderobie słyszę: - No to przygotuj się na kilka sezonów, a przynajmniej na tak długo, jak będzie trwała kadencja tego prezydenta. Leży mi ta postać, bo podobną grywałem w Limo za czasów programu "Dzielnia", z Leszkiem i Blachą. Ale po jednej kadencji obecnie pełniącego urząd chętnie bym się rozejrzał za nową rolą.
Długą drogę przebył pan z rodzimego Gdańska do Pałacu Prezydenckiego. Życie kabaretowe ma pan bogate. Najpierw była grupa Muflasz, potem kabaret Limo, Trójmiejski Teatr Improwizacji "W gorącej wodzie kompani". Takie były początki.
Prawdziwy początek zaczął się w Teatrze Wybrzeżak. I wszystkie wymienione przez panią podmioty artystyczne mają korzeń w Wybrzeżaku właśnie. Poszedłem w ogólniaku na zajęcia do teatru i szybko się przekonałem, że ja i teatr do siebie pasujemy.
Taka miłość z wzajemnością?
Tak, wierzę, że tak. W Wybrzeżaku poznałem Abelarda Gizę i Szymona Jachimka, przyjaciół już na zawsze, z którymi założyliśmy grupę Muflasz. Następnie dołączyłem do Kabaretu Limo, który Abelard założył w swoim liceum. Potem zainteresowaliśmy się teatrem impro, jednocześnie ciągle grając też poważniejsze sztuki. Takie faktycznie były moje początki.
Improwizacja to ciężki kawałek chleba. Ale pan to lubi.
Z jednej strony nie jest to aż taki ciężki kawałek, bo już po kilku zajęciach z impro można sobie wesoło improwizować. Na samym początku to jest dość łatwe w obsłudze. Ale impro jest jak mięsień - wymaga stałego ćwiczenia i rozwijania się. Z partnerem na scenie należy słuchać się tak, że będzie się potrafiło nawzajem przewidywać, a dzięki temu tworzyć na bieżąco wspólną opowieść, zmierzającą we wspólnym kierunku. Impro było dla mnie tak wciągające, że od pewnego momentu spróbowałem improwizować także solo. I to jest dopiero przygoda, bo podczas takiego spektaklu można się kompletnie zapomnieć w postaciach, które się odgrywa i osiągnąć stan, w którym nie ma kontroli. Wtedy zdarza mi się samemu siebie zaskakiwać tym, co mi się wyimprowizuje.
Popularność przyniósł też panu improwizowany serial kabaretowy "Spadkobiercy". W roli Warrena, przyjaciela domu Owensów, pojawiał się pan w niezwykle doborowym towarzystwie m.in: Roberta Górskiego, Artura Andrusa, Piotra Bałtroczyka, nieżyjących już Joanny Kołaczkowskiej czy Marii Czubaszek. To była dopiero jazda bez trzymanki na scenie.
Zaczęło się tak, że podczas festiwalu kabaretowego w Dąbrowie Górniczej podszedł do mnie Darek Kamys i spytał, czy chciałbym wziąć udział w takim projekcie. Niemal wyskoczyłem z butów, bo ta propozycja była dla mnie spełnieniem marzeń. Jako nastolatek stałem się fanem kabaretu "Potem", a do tego od jakiegoś czasu byłem zakochany w improwizacji. Więc na skrzydłach do "Spadkobierców" dołączyłem. To była cudowna i intensywna przygoda. W ciągu jednego dnia nagrywaliśmy dwa dwu i pół godzinne spektakle, z których montowało się cztery odcinki. I to przepychanie się na scenie z takimi tuzami nie tylko ze świata kabaretu, przynosiło fantastyczny, satysfakcjonujący efekt. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś zmajstrujemy coś w podobnej ekipie.
Zdarzało się panu ugotować przy takiej improwizacji?
Wiele razy. Ale czasami puszczam to, że się "gotuję" ze śmiechu, nie staram się powstrzymać. O ile nie jest tak, że my na scenie bawimy się lepiej, niż widzowie, to takie szczere, spontaniczne gotowanie się w pewien sposób udowadnia widzom, że idziemy na żywioł, że nas też to kompletnie zaskakuje, i że nie jesteśmy z żelaza - pękamy tak samo jak widzowie. Pamiętam pewną scenę ze "Spadkobierców". Grałem w niej z Marią Czubaszek i z... jogurtem w dużej misce, który miał być - jak nam wcześniej zasugerował Darek Kamys - ważnym elementem sceny. Pani Maria w akcie swojego małego szaleństwa postanowiła nakarmić jogurtem Warrena, czyli mnie. Była zdeterminowana i uparta, karmiła mnie nim, szybko machając łyżką. Jadłem i się śmiałem.... Albo te wszystkie wspaniałe sceny z nieodżałowaną Asią, w których jej Dorin flirtowała z Kenem Wojtka Kamińskiego, a potem też trochę z moim Warrenem. Sceny pełne połączenia poważnych spraw miłosnych z kompletnym absurdem. Wiele razy wspólnie pękaliśmy w tych scenach i uważam, że to dodawało im tylko uroku.
Z wykształcenia jest pan polonistą. Ale wykonuje pan wiele zawodów: aktora, reżysera, scenarzysty, improwizatora, konferansjera. Coś pominęłam?
Systematycznie prowadzę jeszcze warsztaty teatralne z improwizacji, jestem więc także edukatorem. Mam również kanał youtubowy, na którym publikuję nagrane sesje gier fabularnych RPG.

A cóż to za gry?
Polegają na tym, że grupa ludzi, siedząc przy stole, a od czasów pandemii także online, opowiada sobie historię. Większość graczy ma po jednej postaci, którą stworzyli według reguł danej gry. I za te postaci podejmuje decyzje w stylu - co ma zrobić dalej, co powiedzieć do tego kogoś, itp. Co gra, to inna konwencja. Można grać w fantasy, science fiction, cyberpunka czy horror. Tu tylko wyobraźnia twórców tworzy limity. Taka rozgrywka to od 2 do 6 nawet godzin. Opowiadamy, rzucamy kostkami by sprawdzić, jak naszym bohaterom udają się kolejne przedsięwzięcia, improwizujemy dialogi, itd. Świetne hobby i rozrywka, jako alternatywa dla komórek i komputerów.
A co panu z tego zestawu rozmaitych zawodów sprawia największą przyjemność?
Zastanawiałem się, kim właściwie zawodowo jestem. I pomyślałem, że te wszystkie rzeczy, które zawodowo wykonuję, łączy opowiadanie. Jestem więc opowiadaczem. Tylko narzędzia opowiadania są różne. To przyjemne sprzęgnięcie umysłu i duszy, kiedy czuję, że widzowie są ze mną w tej opowieści, to najlepsza rzecz w tych wszystkich moich zawodach. Tego właśnie w nich szukam.
Rynek kabaretowy jest ciasny. Ale panu udało się przetrwać na nim ponad 20 lat. Po drodze nie było zwątpienia, zmęczenia?
Ależ tak. Mieliśmy przecież moment przesycenia w kabarecie Limo. Zastanawialiśmy się, czy chcemy robić to dalej. Zwłaszcza, że autor wszystkich tekstów Abelard Giza mówił, iż ma dość pisania skeczów i chciałby się zająć stand-upem. Otrzymał więc od nas sygnał, że nie będziemy bardzo płakać. Też chętnie zajmiemy się czymś innym. Rozstanie z Limo nie obyło się jednak bez łez i uścisków oraz najcudowniejszej trasy pożegnalnej, ale koniec końców była też duża ulga. Ja od 2014 roku, po rozstaniu z Limo, miałem dosyć długą przerwę od kabaretu. Dopiero kilka lat temu wróciłem jako wolny strzelec do telewizyjnych programów kabaretowych.
ZOBACZ TAKŻE: Krzysztof Skiba jako Donald Trump w utworze „Ruskie wpływy”. To satyryczna piosenka o zagrożeniach dla Europy
Czy dzisiaj w kabarecie są jakieś świętości? Tematy, których się nie rusza? Pamiętam, ile hałasu było po skeczu Abelarda Gizy o papieżu.
Nie widzę świętości, których nie można byłoby obśmiać. W komedii powinno się móc żartować z wszystkiego. Kwestią zasadniczą jest tylko kontekst danego żartu i jego forma. Poczucie humoru to bardzo indywidualna rzecz. Dla jednego żart będzie smaczny, a dla drugiego granica dobrego smaku będzie w nim przekroczona. Widzowie na szczęście są różni, więc komedii też może być wiele, różnych form. To i tak wszystko rynek weryfikuje. Natomiast uważam, że komentarz komediowy jest cały czas potrzebny. Nie tylko polityczny, ale też przede wszystkim społeczny, obyczajowy. Kabaret jest ludziom potrzebny tak, jak kiedyś królom potrzebny był błazen.
Polityka w kabarecie jest takim rodzajem rozbrajania miny w społeczeństwie, zgodzi się pan?
Tak właśnie jest. Oczywiście pojawią się tacy, którzy stwierdzą, że poprzez nasze polityczne skecze utrwalamy jedynie podziały społeczne. Ale moim zdaniem, one się utrwalają raczej w sferze medialnej, a nie kabaretowej.
Przeczytałam, że w życiu prywatnym jest pan raczej pogodnym, wesołym człowiekiem. To pomaga?
Zaintrygowała mnie ta część zdania, że pani to przeczytała. Bo jestem ciekaw, gdzie coś takiego powiedziałem?
W jednym z wywiadów w 2016 roku, czyli dawno. To jak to jest?
To nie do końca prawda. Jestem człowiekiem, który lubi się śmiać, oczywiście, ale mam dość dziwaczne poczucie humoru. Nie jestem też duszą towarzystwa, która sypie anegdotami. Raczej należę do słuchaczy. Natomiast chyba bardziej niż komedię, lubię opowieści dramatyczne. Dlatego chętniej obejrzę dramat psychologiczny czy thriller, niż sitcom.
Kabaret się zmienia?
Tak, zwłaszcza od czasu, kiedy zajął mocne miejsce w telewizji. To miało wpływ na kabaretowe życie, które się ujednoliciło. Rzeczy szalone, nowatorskie, musiały ustąpić miejsca skeczom, które podobały się większej widowni. Żeby być w telewizji, która jest drzwiami do kariery, trzeba się było wpisać w pewien sznyt programu telewizyjnego. Telewizja położyła mocno ręce na kabarecie, a od widzów można było usłyszeć komentarze w stylu, że ciągle kabarety są takie same i że te skecze bywają już "dziaderskie". Ale widzę światełko w tunelu i odwrotną tendencję. Pojawiają się nowe osoby i nowe rodzaje kabaretowego komentowania rzeczywistości.
Publiczność niesie podczas występu?
W komedii publiczność jest kluczowa. Daje natychmiastowy sygnał, że to co mówimy, jest fajne. I jesteśmy na dobrej drodze. Taki szczery śmiech jest jak paliwo dla występujących. Tylko trzeba uważać, żeby wtedy nie przeszarżować.
Skąd się wzięła ksywka Termos w pana życiu? O nazwiska?
Mój tata pochodzi z dużej rodziny. Miał sześcioro rodzeństwa i kiedy jego rodzina po wojnie sprowadziła się do Gdańska, urzędnicy zapisując kolejnych członków rodziny w urzędzie, zmienili zapis naszego nazwiska. Miałem więc wujków Treniszewskich albo Tryniszewskich. Okazało się, że mamy elastyczne nazwisko. W ksywie też się literki pozamieniały i najpierw mój starszy brat stał się Termosem, a potem ja ksywkę odziedziczyłem, stając się młodszym Termosem. I tak jest do dziś - godnie i radośnie nosimy to przezwisko.






















Napisz komentarz
Komentarze