Od Stolemów po dziś. Jubieluszowy spektakl Teatru Muzycznego na 100-lecie Gdyni

Pyszna zabawa, oderwanie się od rzeczywistości, to jest ten kierunek, w którym podążamy. Dajemy ludziom poczucie, że mogą obejrzeć duże widowisko – mówi Igor Michalski, dyrektor Teatru Muzycznego w Gdyni.
Od Stolemów po dziś. Jubieluszowy spektakl Teatru Muzycznego na 100-lecie Gdyni
Igor Michalski w latach 1982-2006 był aktorem Teatru Wybrzeże, między 2007 a 2014 kierował Teatrem im,. Wojciech Bogusławskiego w Kaliszu, a od 2014 szefuje gdyńskiemu Teatrowi Muzycznemu, flagowej instytucji kulturalnej tego miasta. Jest synem aktora Stanisława Michalskiego, mężem aktorki Doroty Kolak i ojcem aktorki Katarzyny Z. Michalskiej

Autor: materiał prasowy

Co ulubiony teatr Gdynian przygotował dla nich na setne urodziny miasta? 

Wspólnie z marszałkiem Mieczysławem Strukiem i Urzędem Marszałkowskim przygotowaliśmy specjalny program sylwestrowy i jedną jego część poświęciliśmy właśnie Gdyni. Jest to taki skrót historii powstania Gdyni od czasów Stolemów do dnia dzisiejszego, podany w bardzo lekkim sosie, bardzo moim zdaniem dowcipnym. Nie ma to nic wspólnego z tak zwanym koncertem jubileuszowym, w złym tego słowa znaczeniu, to fajna historia trzech miast, które bardzo pięknie się łączą. Jest prowadząca Gdynia, którą gra Karolina Trębacz, jest Alek Perski jako Sopot i Marek Richter w roli Gdańska. Oczywiście pojawiają się tam wszystkie te elementy, które są znakami Gdyni – powstanie i budowa portu, słynny Klub Marynarki Wojennej „Riwiera”, wojna, transatlantyk Batory, rok ‘70 i rok ‘89. Oprócz największego znaku, którym jest oczywiście Teatr Muzyczny (śmiech). 

Ale jest jego twórczyni, Danuta Baduszkowa. 

Tak, pojawia się w jednej ze scen. 

Tylko ile czasu można grać program sylwestrowy? Przecież nie przez cały rok jubileuszowy? 

Gramy do końca stycznia, łącznie prawie 20 koncertów, a to znaczy, że historię Gdyni w tej pierwszej części zobaczy około 20 tysięcy ludzi. Obecnie jesteśmy w trakcie rozmów z władzami Gdyni, żeby tę jedną część zagrać jeszcze we wrześniu – od 9 do 13, dwa razy dziennie, czyli jeszcze 10 spektakli, a może nawet więcej, za symboliczną kwotę 26 zł za bilet. Oprócz tego trwają rozmowy dotyczące serii małych plenerowych koncertów w różnych dzielnicach Gdyni z piosenkami i fragmentami naszych musicali. Coś z bieżącego repertuaru.

No właśnie. A co w takim razie nowego pojawi się w repertuarze? 

Dużo się dzieje. Skala tego przedsięwzięcia, jakim jest Teatr Muzyczny to 250 etatów, 1017 miejsc na widowni, 360 na Nowej Scenie i 148 na Scenie Kameralnej, to powoduje, że repertuar musimy planować z dużym wyprzedzeniem.

Jak dużym?

Do 2029 roku. I tak w tym roku odbędą się dwie premiery. W październiku na Nowej Scenie pokażemy „Moby Dicka” w adaptacji i reżyserii Wojciecha Kościelniaka. Będzie to spektakl z niemal wyłącznie męską obsadą. Wprawdzie pokażą się dwie kobiety, ale będą grały chłopców. 

Nie obawiasz się w związku z tym buntu żeńskiej części zespołu? 

Nie, bo angażujemy ją w przedstawienie, w którym z kolei liczebnie dominują role kobiece, mianowicie „Zakonnicę w przebraniu”. Premiera będzie we wrześniu. Taka sytuacja daje nam możliwość równoczesnego grania na dwóch scenach, jako że to będą dwie niezależne obsady. Oczywiście, jak zwykle, przygotowujemy wieczór sylwestrowy. Tym razem będzie to trochę nowe rozdanie, nowy język, nowy charakter pisma. 

Na wrzesień Teatr Muzyczny planuje premierę „Zakonnicy w przebraniu”, to komedia sensacyjna, którą chyba wszyscy znają z filmu z Whoopi Goldberg. Jedną z piosenek z musicalu zaprezentowano podczas koncertu sylwestrowego, ale sam spektakl wyglądać będzie zupełnie inaczej (fot. materiały prasowe)

W ubiegłym roku był język niemiecki... 

Były różne języki naszych północnych i zachodnich sąsiadów, choć niemiecki mógł najmocniej zapaść w pamięć. Ten koncert będzie reżyserowała Katarzyna Kurdej. Nie chcę zdradzać jeszcze koncepcji, ale na pewno będzie zupełnie inny niż dotychczasowe, w innej formule, w innej estetyce. Mam nadzieję, że widownia to zaakceptuje, bo będą to hity ikon polskiej piosenki i ikon piosenki światowej. 

Brzmi zachęcająco. Kiedy zaczyna się przygotowanie koncertu sylwestrowego? 

Już się zaczęło. Właśnie dzisiaj [rozmowa odbyła się 15 stycznia – red.] podjąłem o decyzję i ruszyła praca. Scenariusz jest gotowy, są wybrane piosenki, jest scenografia. 

Ile osób będzie w to zaangażowanych? 

Bardzo byśmy chcieli, żeby to był oczywiście cały zespół, ale zobaczymy. Na pewno nie będzie pewnych elementów, które były na trwałe wpisane w ten koncert w poprzednich latach. To będzie zupełnie nowe rozdanie, inna rzeczywistość na scenie.

Bardzo to zagadkowe, ale skoro nie możesz zdradzić więcej, to przejdźmy do planów na następne lata.

Na 2027 planowana jest premiera historii życia Agnieszki Osieckiej, oczywiście z jej wyjątkowymi piosenkami. Przygotuje ją Sławek Narloch, młody, fajny reżyser, który pochodzi z Kaszub. Niedawno robił adaptację „Chłopek” w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Myślę, że wprowadzi do nas jakiś nowy charakter.

W telewizyjnym serialu Osiecką grały dwie aktorki, a u was?

Być może też. To jeszcze odległa rzecz, chociaż termin i reżyser są „przyklepani”. 

A zgoda na wykorzystanie piosenek? 

Tu nie ma problemu. Jesteśmy w stałym kontakcie z Agatą Passent, córką poetki. W 2028 roku powróci stały bywalec naszego teatru – Wojciech Kościelniak z adaptacją „Znachora”, a w 2029, w czterdziestą rocznicę polskiej prapremiery w reżyserii Jerzego Gruzy, na naszą scenę powrócą „Nędznicy”. 

To będzie jakaś nowa adaptacja?

„Nędznicy” to jest format, tak jak „Notre Dame de Paris”. Są określone prawa licencyjne i zasady korzystania z tego materiału. Włącznie z tym, że właściciele licencji zatwierdzają obsadę i cały plan scenograficzno-kostiumowy przedstawienia, który jest identyczny wszędzie na świecie. Nie ma możliwości ingerencji w żaden element spektaklu, jest nawet tak zwana „biblia kostiumów”, gdzie wszystko jest dokładnie opisane, kolorystycznie, co i jak. Scenografię mieliśmy wynajętą z premiery paryskiej, po trzech latach i zagraniu 185 przedstawień, ta scenografia po prostu pojechała z powrotem do Francji.

Zakonnicy w przebraniu” to też dotyczy?

Nie, „Zakonnica” daje sporą wolność scenograficzną i kostiumową. Reżyserem będzie Paweł Aigner, który robił już u nas farsę „Wszystko w rodzinie”, zrobił też parę przedstawień w Teatrze Wybrzeże. „Zakonnica” to komedia sensacyjna, którą chyba wszyscy znają z filmu z Whoopi Goldberg. Pokażemy ją z całym fantastycznym kolorem kobiecej obsady Teatru Muzycznego, naszych wspaniałych aktorek, ze świetną muzyką, scenografią Wojtka Stefaniaka i kostiumami Magdy Gajewskej, które gwarantują pyszną zabawę, oderwanie się od rzeczywistości. To jest ten kierunek, w którym podąża Teatr Muzyczny. Dzięki naszym możliwościom, tej przestrzeni i skali, dajemy ludziom poczucie, że mogą obejrzeć duże widowisko. Potwierdza to frekwencja – teatr jest zapełniony w 98 procentach, co bardzo nas cieszy, ale korzystając z okazji bardzo serdecznie zapraszam do nas jeszcze te brakujące dwa procent. 

Czytaj też: Gdynia na liście UNESCO. Czy w lipcu zapadnie decyzja? Uzupełniony wniosek wrócił do resortu kultury

Widzowie koncertu sylwestrowego mieli już pewien przedsmak „Zakonnicy w przebraniu”. Pokazaliście fragment przedstawienia.

Niezupełnie. To był fragment skomponowany przez reżysera wieczoru sylwestrowego. Kostiumy też nie były zaprojektowane przez Magdę Gajewską, czyli to w żadnym wypadku nie daje obrazu tego co nas czeka na premierze. 

A skąd pomysł na „Moby Dicka”? Wieloryb w teatrze? Tego jeszcze chyba nie grali. Przyznam, że trochę się obawiam, bo choć należę do licznej grupy entuzjastów waszej inscenizacji „Quo vadis”, to muszę stwierdzić, że lew był tam najsłabszym ogniwem.

Wieloryb się nie pojawia, o nim się tylko mówi. Przecież w gruncie rzeczy to jest przypowieść filozoficzna. Zresztą sam jestem ciekaw, jak to wyjdzie, bo jeszcze nie czytałem adaptacji. Pierwsze czytanie będzie 28 stycznia. Ale wiadomo, że Wojtek Kościelniak jest specem od adaptacji, więc jestem spokojny o efekt. 

Z którymi spektaklami będziemy musieli się pożegnać? Na co warto kupić bilety już teraz, zanim zejdą z afisza? 

Staram się utrzymywać w repertuarze wszystkie te przedstawienia, które nieustannie przyciągają widzów. Dlatego wciąż gramy naszą – jak dotąd – ostatnią premierę, czyli „Producentów”, a także „Quo vadis”, „Wiedźmina” oraz „Chłopów” – spektakl, który miał premierę 13 lat temu. Już od 15 lat na scenie obecna jest również „Lalka”. Adaptacje polskiej literatury są dla nas szczególnie ważne. Zagraliśmy także setne przedstawienie „Mistrza i Małgorzaty”, a niedawno wydaliśmy dwupłytowy album winylowy z piosenkami z tego musicalu. Mamy znakomitą inscenizację „Dziewczyn z kalendarza”, w której nasze aktorki mogą w pełni zaprezentować swój talent. Od wielu lat gramy również „Piotrusia Pana” dla dzieci – kolejne sezony przynoszą nowe obsady, a kolejne pokolenia Piotrusiów i Wendy schodzą ze sceny, ustępując miejsca następnym. W repertuarze są także „Pchła Szachrajka”, „Pan Disney zaprasza” oraz znakomita komedia „Avenue Q” – pierwsza premiera mojej dyrekcji, grana nieprzerwanie od 2014 roku. Prowadzimy również tzw. inicjatywę aktorską, w ramach której aktorzy proponują autorskie projekty – recitale lub muzyczne duodramy. Często pytają: „Panie dyrektorze, chcemy coś zrobić, czy możemy?” Odpowiadam: „Proszę bardzo – jeśli tylko zmieści się to w repertuarze”. Podsumowując: zasada jest prosta – dopóki jest widz, spektakl trwa. Oczywiście, przy tak bogatym repertuarze na Dużej Scenie pojawiają się pewne trudności związane z magazynowaniem dekoracji, ale dajemy sobie z nimi radę.

A jak ma się zespół? Nie macie problemów z dużą rotacją aktorów?

Nie, wszystko jest pod kontrolą. Funkcjonujące przy teatrze Studium Wokalno-Aktorskie im. Danuty Baduszkowej sprawia, że mamy możliwości wydobywania stamtąd aktorskiego złota, pereł. I jak tylko zauważymy jakiś talent, to oczywiście próbujemy namówić tę osobę na pracę w naszym teatrze. W ten sposób wychowujemy nową kadrę. Inna sprawa, że nasz teatr wymaga kondycji i wszechstronności. To jest taki trochę multi-zawód: trzeba umieć tańczyć, śpiewać...

(fot. materiały prasowe)

To prowokuje pytanie o to, jaki jest „termin przydatności” aktora w Teatrze Muzycznym? 

Na pewno mniejszy niż w teatrze dramatycznym. Wiadomo, że z upływem lat traci się pewną sprawność fizyczną, szczególnie, że tutaj jest większe obciążenie stawów, strun głosowych itd. Natomiast nie rezygnujemy z kontaktu i udziału starszych aktorów w naszych przedstawieniach, nawet jeśli nie są z nami związani etatowo. W pewnych inscenizacjach różnorodność pokoleniowa jest niezbędna. 

A tych młodych zdolnych inne teatry nie próbują wam podkupywać?

Raczej nie. Nie bardzo są w stanie, bo jesteśmy w wyjątkowej sytuacji – mamy stały zespół. Oczywiście bywa, że do jakiejś inscenizacji brakuje nam określonego charakteru – aktora czy aktorki, czy jak to się dziś mówi, osoby aktorskiej – wtedy sięgamy po castingi zewnętrzne. Najpierw jednak zawsze staramy się wykorzystywać własne zasoby. Poza tym w obsadzie głównej roli, zawsze mamy dublury, bo dają teatrowi bezpieczeństwo repertuaru. Jeśli jedna osoba zachoruje, nie możemy pozwolić sobie na odwoływanie spektakli. Podwójna obsada jest dziś standardem, a młode pokolenie ma pełną świadomość, że wchodzi w zawód oparty na uczciwej konkurencji. 

Osoby aktorskie”? Myślałem, że akurat w teatrze można mówić: aktor, aktorka, bo przecież role dzielą się na męskie i żeńskie. 

Czemu wypowiadasz takie bluźnierstwa? Osoba aktorska jest wszędzie. W redakcji, w teatrze, w domu… Nawet teraz, jak Dorota [Kolak, prywatnie żona Igora Michalskiego – red.] straciła kompletnie głos i trzeba było odwołać „Brytanika”, to w teatrze ogłoszono, że to z powodu „choroby osoby aktorskiej”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
ReklamaPomorze i podróże