Reklama
ReklamaActiva - Kamienice Pruszczańskie

Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan

Znani i nieznani. Młodzi i starsi. Ci, którzy wciąż historię regionu tworzą i ci, którzy odeszli zostawiając tu swoje ślady. Mieszkańcy Pomorza otwierają przed nami rodzinne albumy, by opowiedzieć o swoich bliskich, ale i o własnych, nie zawsze prostych, drogach na Pomorze. Każda z fotografii to pretekst do opowieści. O ludziach i regionie. Tworzymy portret rodzinny Pomorzan. Oto 12 część naszej kolekcji – pisze Gabriela Pewińska-Jaśniewicz.
Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan
Janina Wieczorek na Pomorze przybyła w latach 70. z Dolnego Śląska

Autor: archiwum prywatne

Katarzyna Rukojć

Jest fundatorką jednej z piszczałek organów kościoła św. Trójcy w Gdańsku (fot. archiwum prywatne)

Pochodzi z Pisza na Mazurach. To tam, po skończeniu liceum, staje przed wyborem studiów. Kierunek jest oczywisty - anglistyka. Trudniej podjąć decyzję o miejscu studiowania: Poznań? Kraków? Gdańsk? Decyduje bliskość morza. Wychowana w Krainie Wielkich Jezior, pływanie ma we krwi.

Przede wszystkim jednak lubi uczyć. Zaczyna już na studiach, końcówka lat 90. to wysyp kursów i szkół językowych. Zostaje nauczycielem, potem dyrektorem jednej z nich. Równocześnie wykłada na uczelni, która dziś nazywa się Uniwersytet WSB Merito, współpraca trwa do dziś.

Na cztery lata – najpierw jako tłumaczka, potem jako korespondentka wiąże się z włoskim dziennikiem „La Repubblica”. Wśród jej rozmówców byli – w jednym tygodniu - Lech Wałęsa i Wojciech Jaruzelski.

Najważniejsze jednak jest nauczanie. Tak jak tłumaczenie otworzyło jej drogę do pełnego zrozumienia tekstu literackiego, najwięcej nauczyła się ucząc innych. Jest przekonana, że nauka jest formą terapii. Terapii, której potrzebujemy - choć w różnym stopniu - wszyscy. Wierzy, że rolą nauczyciela jest nie tylko przekazywać wiedzę, to też tłumaczyć świat, bywa – rozświetlić drogę. Stąd decyzja o podyplomowych studiach psychotraumatologicznych.

ZOBACZ TEŻ: Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan [CZ. 11]

Jest współautorką pierwszego podręcznika do nauczania języka polskiego jako obcego dla dzieci. Jej pasje: literatura, muzyka, malarstwo, pływanie. Z nich najważniejsza jest literatura. Pracę doktorską poświęciła swym ulubionym pisarzom: Julianowi Barnesowi i Paulowi Austerowi.

Czego lubi słuchać? Rachmaninowa. Na co patrzeć? Na „Burzę” Giorgione. Wraz z mężem od lat podróżują do swoich ukochanych obrazów rozsianych po muzeach i galeriach Europy.

Jest fundatorką jednej z piszczałek zrekonstruowanych organów kościoła św. Trójcy w Gdańsku.

Antoni Wąsiewski

Antoni Wąsiewski z żoną Małgorzatą w Sopocie (fot. archiwum prywatne)

Pierwszy po wojnie kierownik szkoły podstawowej w Sopocie urodził się w 1903 roku w Bełku koło Lidzbarka. W roku 1924 kończy Państwowe Seminarium Nauczycielskie w Lubawie. Podejmuje pracę nauczyciela geografii w powiecie chojnickim. W maju 1941 r. zostaje aresztowany i wywieziony na roboty przymusowe, do zakończenia wojny prowadzi tajne nauczanie w Czystochlebie koło Wąbrzeźna. W kwietniu 1945 roku przyjeżdża do Sopotu, tu otrzymuje upoważnienie do zorganizowania szkolnictwa i zabezpieczenia mienia szkolnego. Obejmuje kierownictwo Szkoły Podstawowej nr 1 przy ul. Stalina (dzisiaj Kościuszki 18). Żona, Małgorzata od zakończenia wojny także pracuje w sopockiej edukacji, uczy matematyki.

Ich córka, Ewa pamięta ojca z opowieści matki, jak chodził obładowany atlasami, globusami i innym sprzętem potrzebnym dla organizacji szkoły, a wieczorami ślęczał nad układaniem planów lekcji tak, by wszystkim dogodzić. Był łagodnym i życzliwym człowiekiem. Niezwykle zaangażowanym w misję, jaką mu powierzono.

W 1950 zostaje kierownikiem Szkoły Podstawowej nr 3 przy ul. Wejherowskiej, pracuje tu aż do przejścia na emeryturę w 1966 roku. 

Jednak to sopocka Jedynka, pierwsza, którą tworzył po wojnie, była szczególnie bliska jego sercu. Z czasem nadmiar uczniów, związany z napływem na Wybrzeże ludności z całej Polski, przyczynił się do zmiany siedziby szkoły i podziału na inne placówki. SP 1 zostaje przeniesiona do gmachu przy ul. Książąt Pomorskich, gdzie ulokowano tam klasy I-VII oraz licealne. 

Wkrótce zapada decyzja o budowie pierwszej w Sopocie Tysiąclatki, 23 kwietnia 1963 roku wmurowano akt erekcyjny pod nową SP nr 1 przy ul. Armii Krajowej. Już 26 sierpnia 1964 r. szkoła została oddana do użytku. Antoni Wąsiewski umiera dwa lata później, ledwo przeszedł na emeryturę. Zostaje pochowany na cmentarzu komunalnym w Sopocie.

Janina Wieczorek z d. Nycz 

Na Wybrzeże wraz z mężem przyjeżdża w latach 70. (fot. archiwum prywatne)

Miała 5 lat, gdy zmarł jej ojciec. Do dziś pamięta to uczucie, jak za nim tęskniła. A tęskniła tak bardzo, że w kościele kapucynów, w ukochanym przedwojennym Lwowie, uklękła przed świętym obrazem, złożyła rączki i modliła się żarliwie: Panie Boże, zabrałeś mi tatusia, daj mi chociaż dobrego męża... Ten kościół to też dla niej wspomnienie Pierwszej Komunii. Najbardziej zapamiętała uroczyste śniadanie, na które zaproszono dzieci. 

- Dostaliśmy kakao, szynkę, bułeczkę. To było śniadanie moich marzeń, trudno się dziwić, dopiero skończyła się wojna… Takie szczęśliwe chwile zostają w człowieku na zawsze. 

Po wojnie z matką i czwórką rodzeństwa przyjeżdża na Dolny Śląsk. Tu zaczyna edukację. We Wrocławiu kończy liceum muzyczne. Gra na fortepianie, flecie prostym, klarnecie i na fagocie. Zdolności muzyczne odziedziczyła po babci.

Trudne warunki materialne w domu nie pozwalają na dalsze kształcenie, musi szybko podjąć pracę. W miejscowości Leśna prowadzi bibliotekę.

Na Wybrzeże przyjeżdża w latach 70. Mąż, jej wielka i jedyna miłość, dostaje pracę w stoczni. Pierwsze pięć lat mieszkają na Oksywiu, potem przeprowadzają się na Przymorze, gdzie mieszka do dziś. Wychowali trójkę dzieci.

Mówi, że najważniejsza dla niej zawsze była muzyka, kocha zwłaszcza preludia Bacha. W Gdańsku przez wiele lat uczyła gry na fortepianie. 

Uważa, że w dobrej kondycji trzyma ją ruch, kiedyś - pływanie, które uprawiała przez długie lata, najpierw na jeziorach, potem na krytym basenie. 

W minionym roku skończyła 90 lat. 

Maria Wojciechowska z d. Kuźniar

W rodzinie nazywana „Stalową Magnolią”, bo mimo wielu tragedii, niemal do końca zachowała optymizm (fot. archiwum prywatne)

 Zwyczajna i nadzwyczajna. W rodzinie nazywana „Stalową Magnolią”, bo mimo wielu tragedii, jakie przyniosło jej życie, niemal do końca zachowała optymizm.

Dziecko wojny, gdy wybuchła, miała osiem lat, mieszkała w Przemyślu. Często wracała do tamtych, traumatycznych zdarzeń, na przykład do roznoszonych przez mieszkańców opowieści, że Niemcy... obcinają dzieciom języki. 

- Kiedy o tym myślałam, „stygła” mi krew - wspominała. Tamten czas to w jej wspomnieniach także głód. Może dlatego potem chciała wszystkich, nie tylko w rodzinie, nakarmić.

Pierwsza, prawdziwa rozpacz dotknęła ją, kiedy była młodą matką. Dwuletni synek umiera w dniu, w którym ona rodzi córkę. Koklusz przed 70 laty był nieuleczalny. Ledwo podniosła się z tragedii, przychodzi kolejna. Mąż dostaje zawału serca, ma ledwie 35 lat. Wtedy zapada decyzja o przeniesieniu się do Gdańska. Jest 1970 rok. Od tamtej pory, jak mówiła, to miasto stało się jej ziemią obiecaną. Tu odkryła w sobie żyłkę do biznesu. Mając chorego męża i dwoje, uczących się dzieci, zaryzykowała, stawiając na tzw. handel ajencyjny w PRL-u. Latami, bez urlopów, pilnowała interesu, żeby dzieciom niczego nie brakowało.

W roku 1982 roku Los znów wystawia ją na próbę. Umiera mąż. Kilka miesięcy później okradziono jej mieszkanie, traci oszczędności i pamiątki. Na lament ciotki, że po czymś takim chyba odechciewa się żyć, odparła: - A ja jestem szczęśliwa, że w tym czasie mojego syna nie było w domu, bo może i jego by skrzywdzili...

Choć życie boleśnie ją doświadczyło, nigdy się nie poddawała, kochała żyć. Zmarła w styczniu 2026 roku w wieku 95 lat. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama