Reklama
ReklamaActiva - Kamienice Pruszczańskie

Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan [CZ. 11]

Znani i nieznani. Młodzi i starsi. Ci, którzy wciąż historię regionu tworzą i ci, którzy odeszli zostawiając tu swoje ślady. Mieszkańcy Pomorza otwierają przed nami rodzinne albumy, by opowiedzieć o swoich bliskich, ale i o własnych, nie zawsze prostych, drogach na Pomorze. Każda z fotografii to pretekst do opowieści. O ludziach i regionie. Tworzymy portret rodzinny Pomorzan. Oto 11 część naszej kolekcji – pisze Gabriela Pewińska-Jaśniewicz.
Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret Pomorzan
Pierwszą pracą Ireny Łebek była redakcja dwutygodnika „Kaszëbë”

Autor: archiwum prywatne

Wanda Baszanowska z d. Krajecka

Z narzeczonym Leonem (z prawej), lata 50. W tle rodzinny dom w Kamiennej Górze (fot. archiwum rodzinne)

Przychodzi na świat w roku 1926, w starym, krytym strzechą domu we wsi Kamienna Góra na Kociewiu. Ojciec jest stolarzem. Matka, Kaszubka, zajmuje się wychowaniem dzieci, pracą w polu i pielęgnowaniem ogrodu pełnego śliwek i porzeczek. Ten ogród to serdeczne wspomnienie sielskiego dzieciństwa Wandy. 

Edukację zaczyna w oddalonej o trzy kilometry wsi Gotelp. Droga do szkoły wiedzie przez las, przemierza ją codziennie, w pojedynkę. Naukę przerywa wojna. Na podwórzu domu lokuje się, z kuchnią polową, wojsko niemieckie. W ogrodzie Niemcy budują bunkier. W tym bunkrze ojciec Wandy ukryje dorastające córki przed nadciągającą Armią Czerwoną. 

Rok 1945 to wysiedlenie ich niemieckich sąsiadów. Przynoszą kwiaty w doniczkach, na przechowanie. Są przekonani, że niebawem po nie wrócą. Nie wrócili. 

Po wojnie Wanda kończy szkołę i podejmuje pracę w urzędzie gminy w Czersku. W 1950 roku wychodzi za mąż za chłopaka z sąsiedniej wsi Łubna, tam zbudują dom. Leon, jak jej ojciec, jest stolarzem. W 1951 rodzi im się córka Maria. W 1952 - Bogdan, który pójdzie w ślady dziadka i ojca, w 1958 - Józef. 

CZYTAJ TEŻ: „Zawsze Pomorzanie”. Urszula Skołek-Gromadzka miała urodę, talent i anielski głos

Wiodą życie skromne i proste, Maria wspomina dziś, że lekcje odrabiała jeszcze przy lampie naftowej...

Wanda jest pracowita i pełna życia, występuje w teatrzyku powstałym przy Kole Gospodyń Wiejskich. Pisze wiersze. Jest radną w gminie.

Pogodna, łagodna, dzięki niej rodzina długo trzymała się razem. Wraz z mężem hucznie obchodzili 50. rocznicę ślubu. 

Ostatnie lata, już po śmierci Leona, mieszkała u syna, który wybudował dom w Kielnie. Wrócił czas dzieciństwa, bo przy domu był ogród… Do dziś mówi się, że w okolicy, gdzie się wychowała, wielu ludzi dożyło późnego wieku w dobrym zdrowiu. Wanda doczekała 92 lat. 

Małgorzata Blok z d. Stencel

Kochała kwiaty, lubiła patrzeć jak rosną, rozkwitają, rozkoszowała się ich zapachem (fot. Lucyna Puzdrowska | Zawsze Pomorze)

Urodziła się miejscowości Mydlita w powiecie bytowskim, w czasie, gdy kwitną róże, 3 czerwca 1921 r. Wśród ośmiorga rodzeństwa była najmłodsza. Matka, Augustyna Stencel, zajmowała się domem i była akuszerką. Ojciec, Jan Stencel był kołodziejem, konstruował drewniane wozy i rzeźbił w drewnie. Był też kościelnym, śpiewał w chórze. W Ramlejach mieli 80 -hektarowe gospodarstwo. Jeszcze przed 1939 rokiem przenieśli się do Goręczyna. 

Podczas wojny Małgorzata była więźniem w obozie koncentracyjnym Stutthof. Obozową gehennę przerwał pewien niemiecki żołnierz, który pomógł jej uciec. Potem długo próbowała go odszukać, by podziękować. Bezskutecznie.

Po wojnie wychodzi za mąż za Zygmunta, murarza i zduna. Zawsze, gdy wracał do domu przynosił ukochanej żonie polne kwiaty. Mieli troje dzieci, doczekali się pięciorga wnucząt i trójki prawnuków. 

Przez większość życia Małgorzata zajmowała się domem. Lubiła haftować i robić na drutach. Ale pracowała też przy produkcji czekolady i piwa w Gdańsku, a później w ogrodnictwie w Gdyni. Kochała kwiaty, lubiła patrzeć jak rosną, rozkwitają, rozkoszowała się ich zapachem. Jej ulubione to czerwone róże i białe lilie. 

We własnym ogrodzie w Kiełpinie posadziła 150 róż. Ogród usytuowany przy stacji kolejowej był obiektem zachwytu miejscowych i przyjezdnych. Pełen ludzi był zawsze jej dom. Mimo wielu trosk, mimo ciężkich prób, których nie szczędziło jej życie, każdego gościa witała uśmiechem i z sercem na dłoni. Także po ukończeniu 101 lat! Jak mało kto, potrafiła wysłuchać, a i nakarmić. Nikogo nie wypuściła bez poczęstunku.

Zmarła 21 lutego 2023 r. Jej grób, w dniu pogrzebu, obsypany był różami.

Per Oscar Gustav Dahlberg

Na 70. urodziny ukazał się jego album biograficzny „Master” (fot. archiwum rodzinne)

Pisano o nim tak: „Bierze specjalny, twardy papier, polewa całą powierzchnię czarnym tuszem. Suszy. Skalpel w rękę i powoli, powolutku, powolniuteńko, delikatnie wyskrobuje z czerni pożądane kształty. Ale gdy się skalpel omsknie i za dużo wybierze, to miejsce zaczernia, suszy i zaczyna od początku. Kto tak pracuje, jakby stwarzał świat wydobywając z ciemności?”. 

Ów skandynawski grafik, bo o nim mowa, urodził się w Szwecji, od 1997 roku mieszka w Sopocie. Pokochał to miasto, jak Annę, dla której tu przyjechał. Poznali się w Londynie. 

Od lat jest kronikarzem Sopotu, poświęcił mu dwa albumy. Utrwalił też Gdańsk, osobny hołd oddał Oliwie. To – jak sam twierdzi - testament dla miast. Stara się je ocalić. Mówi: „Urodziłem się wśród fantastycznych lasów szwedzkich, swój rodzinny las odnalazłem w Niebiańskich Katedrach Miast. Dały mi to, co twórcy do życia niezbędne: wolność, radość, a przede wszystkim samotność”.

Dziś przyznaje, że to był świetny ruch, by rzucić kotwicę w dobrym, starym Sopocie. Kwitła tu bohema artystyczna, tętniły życiem niezwykłe miejsca spotkań: Kawiaret, Spatif i kultowa kawiarnia „Pod psią i kocią łapą". Szybko dał się poznać. Rzucał pomysłami. Posypały się zlecenia. Od dekorowania drzwi toalety kawiarni „Błękitny Pudel” po freski na ścianach Krzywego Domku. Z okazji premiery swojego albumu zorganizował mini wystawę w ...starej szafie. Wyposażył ją w kółka i jeździł po ulicach.  Momentem dlań przełomowym była propozycja wystawy w sali koncertowej na terenie Opery Leśnej. Tam narodził się Sopocianiem. 

Dwa lata temu, na 70. urodziny, ukazał się jego album biograficzny „Master”. Najnowszym jego dziełem jest mural na budynku przy ul. 3 maja 61 w Sopocie. Nawiązuje do historii dawnego młyna w Karlikowie.

Irena Łebek z d. Piotrowska

Jej pierwszą pracą była redakcja dwutygodnika „Kaszëbë” (fot. archiwum prywatne)

Urodziła się w 1936 roku w Gdyni, jako córka Kazimiery i Franciszka, którzy mieli już pięciu synów, więc radość w domu przy Chylońskiej, była wielka. W wieku 17 lat wyjechała do Warszawy studiować dziennikarstwo, a jej pierwszą pracą po powrocie na Wybrzeże w 1957 roku, była redakcja dwutygodnika „Kaszëbë”. Pisała o kulturze regionalnej, m.in. o powstających zespołach pieśni i tańca kaszubskiego (ale też o opieszałości lokalnych władz w tym temacie) i sprawach społecznych. Była autorką reportaży z Budapesztu, Bukaresztu i Sofii, a także ze Szwecji. Sztokholm zachwycił ją nie tylko architekturą, ale i uczciwością swych mieszkańców (zaginiona torebka z paszportem i pieniędzmi odnalazła się w dworcowej przechowalni!).

Na początku lat 60. porzuca dziennikarstwo. Podejmuje pracę w Przychodni Zdrowia Psychicznego w Gdańsku, potem w Gdyni, by ostatecznie zająć się organizacją pomocy społecznej. Była zastępcą dyrektora ds. społecznych ZOZ nr 1 w Gdyni, starszym specjalistą w gdyńskim MOPS i zastępcą dyrektora MOPS w Gdańsku. Umiała rozwiązywać najtrudniejsze sprawy, współtworzyła m.in. dzienne ośrodki pobytu, które często odwiedzała, obściskiwana przez podopiecznych. Pomagała ludziom w potrzebie, umiała słuchać, wspierać i doradzać. Mądra, życzliwa, obdarzona dużym poczuciem humoru. Jako wykładowczyni w szkole dla pracowników socjalnych zarażała pasją do działań na rzecz potrzebujących. W czasach, kiedy ludzie bali się zakażonych HIV, ona piła z nimi kawę i rozmawiała. Jej gabinet był zawsze otwarty, także dla pracowników borykających się z problemami. 

Pomagała żyć i kochała życie, książki, teatr, pływanie i brydża. Pielęgnowała przyjaźnie, zawsze pamiętała o bliskich. 

Zmarła 28 stycznia 2006 roku. Na cmentarzu w Sopocie, ksiądz stwierdził, że dawno nie widział na pogrzebie takich tłumów.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama