Pomysł włączenia się do olimpijskiego wolontariatu narodził się nieco przypadkiem. Podsunął im go przyjaciel, mający dom niedaleko Cortiny, jednocześnie proponując, że ugości ich na czas igrzysk. To ostatnie było na tyle istotne, że o ile organizatorzy zapewniają wolontariuszom posiłki, darmowy transport, a także ciepłe i eleganckie zarazem stroje (kurtki, ocieplane spodnie, bluzy, koszulki termiczne, buty, czapki, rękawiczki, plecaki – wszystko granatowe z turkusowymi i zielonymi wstawkami), tak o zakwaterowanie muszą zadbać we własnym zakresie. A ceny pokojów w Cortinie na długo przed igrzyskami skoczyły powyżej 500 euro za noc.
Rekrutacja zaczęła się już w czerwcu ub. roku. Ankieta wstępna była bardzo szczegółowa, jej wypełnienie zajmowało około 40 minut. Zgłosiło się blisko 120 tys. z chętnych z całego świata, z czego ostatecznie wybrano 18 tys.
Fontanowie, po tym, jak zostali zaakceptowani, musieli przejść długie szkolenia online. O tym, do których ekip zostali przydzieleni jako asystenci dowiedzieli się na tydzień przed przyjazdem do Cortiny, który był zaplanowany na 28 stycznia. Agnieszka – zgodnie z przewidywaniami – dostała pod opiekę biało-czerwonych. Fabio – Norwegów.
Co o tym zadecydowało, skoro nie zna norweskiego, ani nie ma związków z tym krajem?
– Język nie był kryterium – zapewnia Agnieszka. – Wśród wolontariuszy jest sporo osób, które mówią po francusku, a asystentem kadry Francji została osoba, która nie zna tego języka. Norwegia to jest bardzo poważna drużyna, lider medalowej klasyfikacji wszech czasów w igrzyskach zimowych. Może o wyborze Fabia na asystenta zadecydowało jego doświadczenie pracy w środowisku międzynarodowym, bo przez szereg lat pracował w Komisji Europejskiej.
Czego nie wolno Norwegowi, pod groźbą tortur?
Fabio bardzo ucieszył się z przydziału takich podopiecznych. Przestudiował historię ich sukcesów w sportach zimowych i już na wstępie zapunktował u szefowej misji i jej zastępczyni popisując się znajomością filmowego skeczu pt. „Człowiek, który nie interesował się mistrzostwami świata w narciarstwie”, wyprodukowanego w 2019 roku przez norweską telewizję publiczną. Film eksplorujący temat narodowego szaleństwa Norwegów na punkcie narciarstwa, stał się swego czasu viralem w tym kraju. Jego bohaterem jest jedyny człowiek w Norwegii, który nie interesuje się narciarstwem przełajowym. Kiedy ten brak zainteresowania wychodzi na jaw, zostaje poddany publicznemu ostracyzmowi, wyrzucony z pracy, a w końcu doprowadzony przez brutalnych agentów przed oblicze pani premier (w tej roli wystąpiła autentyczna szefowa ówczesnego rządu), która tłumaczy mu, że ktoś taki jak on jest zdrajcą swojego narodu. Kiedy bohater nadal domaga się uznania jego prawa do braku zainteresowania narciarstwem, zostaje poddany torturom. W ostatniej scenie widzimy go jak posiniaczony ogląda sportową transmisję, z trudem usiłując okazać entuzjazm.
Fabio usprawiedliwia to dość drastyczne poczucie humoru.
– Norwegia to pokojowy i demokratyczny kraj, gdzie nie tylko nie ma kary śmierci, ale nawet dożywocia. Natomiast sporty zimowe, szczególnie biegi narciarskie, uprawiane są niemal przez wszystkich i to jest ich narodowe dziedzictwo.
Akurat w samej Cortinie, gdzie dominuje narciarstwo alpejskie, saneczkarstwo, bobsleje i curling, zdobywanie kolejnych krążków do kolekcji nie przychodziło Norwegom szczególnie łatwo. Kiedy wreszcie w niedzielę Thea Louise Stjernesund zdobyła srebro w slalomie gigancie, Fabio dostał szczególne zadanie: został wysłany autobusem do miasta po zakup prosecco superiore oraz tortu.
– Tort musiałem sfotografować i wysłać zdjęcie do akceptacji.
Fritella pokonała krapfen
Dla Agnieszki jednym z najprzyjemniejszych zadań było zorganizowanie tłustego czwartku. Najpierw było próbowanie. Gdańszczanka z częścią ekipy ruszyła do cukierni. Początkowo w oko wpadły im tradycyjne pączki, nazywane tu z niemiecka – krapfen. Ale Regione Veneto, gdzie leży Cortina, ma też swój własny słodki przysmak, smażony na smalcu. Nazywa się on fritella i w środku nadziany jest kremem zabaione (żółtka z odrobiną alkoholu). No i fritella przebiła krapfen. Zamówiono ich 70 i wszystkie zostały zjedzone. Podobnie jak włoski odpowiednik faworków, które tutaj nazywają się crostoli.
Czy to nie za dużo kalorii w trakcie zawodów?
Agnieszka uspokaja, że wszyscy saneczkarze, bo ci muszą się ważyć przed startem, mieli i tak lekką niedowagę. Szczególnie jedna z zawodniczek to takie „chucherko”, że przed zawodami zakładała kamizelkę z dodatkowymi obciążnikami.
Na pytanie o wyżywienie Agnieszka nabiera głęboko powietrza w płuca.
– Stołówka dla sportowców (wolontariusze jadają w innej) otwarta jest 24 godziny na dobę. Wybór jest duży, ale – niestety – przetarg wygrała firma słoweńska. Jedzenie jest dobre, ale czuje się, że to nie jest tak do końca kuchnia włoska. Jakość mogłaby być według mnie trochę lepsza.
Skręcanie mebli i ciekawsze zadania
Wolontariusze dzielą się na dwie kategorie: „dedicated” czyli ci, którzy są przydzieleni jako asystenci poszczególnych ekip – po jednym na drużynę w każdej z czterech miejscowości, gdzie odbywają się igrzyska – oraz tak zwany „pool”, ci od przewożenia bagaży, pilnowania parkingów, pomocy przy posiłkach, pracy w recepcji etc.
W tygodniu poprzedzającym rozpoczęcie igrzysk Agnieszka i Fabio też wykonywali różnego typu fizyczne prace: skręcali meble z Ikei, naklejali na szyby kartki z nazwami krajów, wieszali flagi, rozkładali leżaki, układali materace. Pracowali tak nawet po 11-12 godzin. To się zmieniło odkąd przyjechali sportowcy. Teraz mają – jak mówią – ciekawsze zadania. W tym takie, których się nie spodziewali.
– Zdarza się, że zawodnicy zabierają nas ze sobą, żeby im asystować i kibicować podczas występów. To bardzo miłe z ich strony, bo nikt nam nie obiecywał możliwości oglądania zawodów. Wielu wolontariuszy, szczególnie tych od „pool”, którzy muszą stale przebywać w wiosce olimpijskiej, nie ma takich możliwości.
W ten sposób obejrzeli curling, obie rundy kobiecego gigantu, wszystkie zawody saneczkowe, a także – dzięki szefowej polskiej delegacji w Cortinie – skoki narciarskie na dużej skoczni w Predazzo.
Casa Polonia, czyli buty Łuszczka i jagodzianki
– Byliśmy również w Predazzo kiedy przyjechał tam Dom Polski, czyli Casa Polonia – wspomina Agnieszka. – To bardzo piękny mobilny pawilon przypominający dwupiętrowy autobus. Na parterze jest część muzealna, gdzie znajdują się różne eksponaty: medale naszych mistrzów olimpijskich, ale też buty Józefa Łuszczka, mistrza świata w biegu narciarskim na 15 km w 1978 roku. Do tego są dwa namioty. Jeden ze strefą kibica, gdzie na wielkim ekranie można śledzić transmisję z zawodów. Odbyło się tam też spotkanie ze słynnymi polskimi olimpijczykami Wojciechem Fortuną i Czesławem Langiem, w którym mogliśmy wziąć udział. Do tego była jeszcze część gastronomiczna, gdzie serwowano różne polskie specjały: pierogi, barszcz, rosół, jagodzianki, chleb ze smalcem i grzane piwo.
Dom Polski przyjechał specjalnie z Warszawy i stał po cztery dni w Mediolanie, Livigno i Predazzo.

Agnieszka nie może się nachwalić Doroty Goś, wiceszefowej polskiej misji, pod której opieką jest ekipa w Cortinie.
– Sama zaczynała jako wolontariuszka, a potem rozpoczęła pracę w Polskim Komitecie Olimpijskim. Ciężko tu pracuje, dla niej każdy sportowiec jest najważniejszy, stara się spełniać ich życzenia, tworzy cudowną, serdeczną atmosferę. Wszyscy mi zazdroszczą, bo u nas cały czas się coś dzieje, przeżywamy te igrzyska razem. Dzisiaj odwiedzali nas licealiści z Wielkopolski, pokazywałam im, jak wygląda codzienne życie w wiosce olimpijskiej. Polska organizuje dużo takich wydarzeń, nie wszystkie kraje tak działają.
Jakbyśmy byli na „chmurce”
A jaka jest atmosfera wśród polskich sportowców? Czy trzy medale [rozmawialiśmy jeszcze przed srebrem naszego duetu skoczków – D.S.] to nie jest trochę poniżej poziomu oczekiwań?
– Tutaj w Cortinie w ogóle nie słyszałam dyskusji o tym, kto ma szansę na medal – mówi Agnieszka. – Może między sobą o tym mówią, ale ogólnie to wszyscy tu wszystkim kibicują. Jak startują saneczki, to wszyscy bobslejowcy stawiają się na trasie, by ich wspierać. A jak komuś się coś nie uda, to inni starają się go pocieszać, pomóc pogodzić się z niepowodzeniem. Hejt? W mediach społecznościowych jest na pewno. Podobno były nawet narzekania, że polska ekipa ma nieładne stroje. Nieprawda, są bardzo piękne i nasi bardzo ładnie się w nich prezentują. W wiosce olimpijskiej w ogóle nie było żadnych nieprzyjemnych incydentów. Między drużynami też jest bardzo fajna atmosfera. Trochę jakbyśmy faktycznie byli tu na takiej „chmurce”, gdzie wojny, konflikty, kłótnie zostały zawieszone.
Fontanowie podkreślają, że nie było przewidywanego antagonizmu między sportowcami z USA i Danii, w związku z konfliktem wokół Grenlandii. Tak samo, jak nie ma ostracyzmu wobec zawodników z Izraela.
– Mogły być gwizdy ze strony kibiców w czasie ceremonii otwarcia, ale w wiosce żadne nieprzyjemne zachowania nie miały miejsca – podkreśla wolontariuszka.
To dobre samopoczucie usiłował zburzyć ukraiński skeletonista Władysław Heraskewycz, który pojawił się na treningu w kasku z podobiznami poległych ukraińskich sportowców. Kiedy odmówił jego zdjęcia – został zdyskwalifikowany.
– Igrzyska mają być apolityczne, bez żadnych akcentów odnoszących się do jakiejkolwiek wojny, antagonizmów między narodami. W związku z tym ja w jakiś sposób rozumiem Komitet Olimpijski – tłumaczy Agnieszka.
Ona sama nie słyszała, by sportowcy w Cortinie komentowali tę sytuację.
– Wiedzą, czego im nie wolno. Nie mogą nawet nosić ubrań czy butów, na których byłoby logo jakiejkolwiek firmy, która nie jest sponsorem igrzysk. I bardzo na to uważają. W związku z tym nikt się nie oburzał, bo wiedzieli, że to się może stać. Heraskewycz też wiedział.
Drugi raz to się już nam nie zdarzy...
Co państwo Fontana najbardziej zapamiętają z olimpijskiej przygody?
Fabio odpowiada bez zastanowienia: – Spotkanie z innymi ludźmi: starymi, młodymi, różnych narodowości, bardzo otwartymi, bardzo kolorowymi, niekiedy bardzo doświadczonymi, wykształconymi, ale czasem prostymi. Wszyscy oni okazali się niezmiernie interesujący. To coś, czego nie mieliśmy okazji doświadczyć w naszej pracy zawodowej. I to się zdarza w Cortinie, a więc w naszym regionie – Wenecji Euganejskiej.
– I drugi raz to się już nam nie zdarzy – dopowiada Agnieszka.
Oboje zachwycają się też samą wioską olimpijską, położoną malowniczo wśród gór, z zapierającymi dech widokami. Nawiasem mówiąc, krajobraz jest tu ściśle chroniony, więc domki zostaną później zdemontowane i przeniesione gdzie indziej, ale mimo kempingowego charakteru wyglądają bardzo atrakcyjnie, są wygodne i – co najważniejsze – ciepłe, bo w Cortinie, w przeciwieństwie do Mediolanu zima jest w pełni i na brak śniegu z pewnością nikt nie narzeka.
...chyba, że za dwa tygodnie
– Wszyscy na początku bali się „włoskiego bałaganu”, co zresztą było niesłuszne, a nawet trochę obraźliwe, ale organizacja do tej pory jest taka, że odwołują co drugie poranne zebranie szefów misji, bo mają one służyć omawianiu problemów, no i po prostu nie ma o czym gadać – zauważa Agnieszka.
– Po dwóch tygodniach pracy nadal nie słyszę żadnych narzekań ze strony wolontariuszy. A jeśli już, to takie, że niektórzy uważają, że mają za mało zadań. We włoskich mediach czytaliśmy, że niektórzy wolontariusze zrezygnowali i trzeba było ściągnąć wojsko, by ich zastąpiło. Możemy zapewnić, że to absolutny fake news. Zastanawiam się, dlaczego mediom wydaje się, że będą bardziej atrakcyjne, gdy będą pisać o złych rzeczach, a nie dobrych. My z Agnieszką jesteśmy tu po to, by dołożyć swoją cegiełkę do sukcesu tych igrzysk – podsumowuje Fabio.
W blasku tego sukcesu za długo grzać się jednak nie będą, bo już 6 marca w tejże Cortinie rozpoczną się zimowe paraigrzyska, gdzie też będą wolontariuszami. Agnieszka znów asystować będzie polskiej ekipie, a Fabio – tym razem – Kanadyjczykom.

























Napisz komentarz
Komentarze