Reklama
ReklamaActiva - Kamienice Pruszczańskie

Między ciszą a hałasem wojny. Póki oddycham, nie tracę nadziei

Jedni walczą na froncie, inni próbują budować nowe życie. My przypominamy, że trzeba mieć nadzieję – mówi Dana Yakymchuk, kuratorka wystawy ukraińskich i polskich artystów „Dum spiro, spero”. Może na tym polega ich zadanie? Pokazywać, jak cienka jest linia między domem a jego utratą
Między ciszą a hałasem wojny. Póki oddycham, nie tracę nadziei

Autor: Krzysztof Ignatowicz | Zawsze Pomorze

– Gdyby teraz trzeba było zostawić wszystko i wyjechać do obcego kraju, co ze sobą zabrać? Które z tych rzeczy, zbieranych latami, byłyby tak ważne, żeby ruszyć z mną w podróż do nowego życia? – pyta Dana Yakymchuk. – Patrzę na to, co wokół mnie, przypominam sobie, co zostało i z każdym dniem widzę wyraźniej to, co zapakowałabym do walizki.

Mijają cztery lata od chwili, gdy tysiące Ukraińców musiało zadać sobie to pytanie, w panice pakując do walizek i plecaków to, co wydawało się najważniejsze w ich życiu – po tym, gdy Rosja rozpoczęła w ich kraju pełnoskalową wojnę. 

Póki oddycham

Wśród tych, którzy po wybuchu wojny przyjechali do Gdańska, było wielu artystów. Dana Yakymchuk, która zamieszkała w Gdańsku jeszcze przed wojną, w pierwszą rocznicę zorganizowała – razem z Agnieszką Babińską – wystawę prac kilkunastu z nich, zatytułowaną „ParaBellum”. Tytuł był częścią łacińskiego przysłowia (Si vis pacem, para bellum - dosł. „Jeśli chcesz pokoju, przygotuj się do wojny”). 

– Wierzyliśmy naiwnie w zwycięstwo demokracji i wolność po zakończeniu zimnej wojny, ale wojna wróciła – mówiła wówczas Dana. – Dzięki sztuce trudniej nam odwrócić wzrok i wycofać się do bezpiecznej codzienności.

Dana jest także kuratorką najnowszej wystawy ukraińskich – i nie tylko – artystów, która w przededniu rocznicy wybuchu wojny została otwarta w gdańskiej przestrzeni Sztuki WL4 w Mlecznym Piotrze na terenie Stoczni Cesarskiej. 

– Wtedy jedyne, o czym myśleliśmy, to obrona i próba przetrwania. Tamta wystawa pokazywała, że sztuką też można walczyć i dlatego daliśmy jej taki tytuł – mówi dzisiaj. – Teraz, po czterech latach od ataku Rosji Ukrainę, mamy już inne doświadczenia. Wojna przestała być najważniejszym tematem, ale przecież nie może stać się normą. Nie wiemy, w jakim momencie historii dziś jesteśmy ani gdzie nas ona poprowadzi, ale wszyscy przecież mamy nadzieję, że będzie lepiej. 

Dlatego najnowsza wystawa ma tytuł „Dum spiro, spero” (Póki oddycham, nie tracę nadziei – red.). 

Całe moje wspaniałe życie

W przedwojennym życiu Dana mieszkała we Lwowie, skończyła studia artystyczne, zrobiła doktorat z filozofii, współzakładała grupy artystyczne, wystawiała swoje prace w Ukrainie i w Polsce. Praca, którą pokazuje w WL4, sięga do tamtego życia. Zatytułowała ją „Całe moje wspaniałe życie zmieści się w jedną walizkę”. 

– Majątek i złoto można stracić w mgnieniu oka – mówi. – Co jest najważniejsze w moim życiu? Co wezmę ze swego domu w pierwszej kolejności? Kim jestem bez tytułów społecznych, bez socjalnych wyróżnień? Chcę pokazać, że najważniejsze jest to, co zostaje w naszej pamięci.

Dlatego Dana do swojej pracy wplotła np. zdjęcie z mamą i siostrą. Dlaczego akurat to? 

– Pamiętam swoje emocje, gdy je robiono. Mama była prosto od fryzjera, siostra też miała ładną fryzurkę, a ja dwa przekrzywione kucyki. Bardzo byłam na to zła, a dzisiaj patrzę na to zdjęcie ze łzami. Albo zapisany papier nutowy, pamiątka po babci – bezcenna pamiątka mojego dawnego świata. Bez wartości dla innych, a dla mnie, ich właścicielki, bezcenne. Wojna nam to odebrała, tę ciągłość naszego życia, nasze pamiątki, zapachy naszych domów, widoki z okien, nawoływania z podwórek. Wszystko to trzeba mieć w swoich walizkach pamięci, bo nawet gdy wróci się do domu, to już będzie zupełnie inny świat. 

Ściana nie ochroni

– Ludzie, których nie dotknęło doświadczenie wojny, mają złudne przekonanie, że świat, w którym żyją, jest w stanie ich ochronić – mówi projektantka Lina Savchenko, która na wystawie pokazuje swoją pracę „Niesłyszalne drgania”. 

Lina wraz ze swoimi dziećmi prowadzi w Gdańsku galerię „Savchenko”, założoną przez jej męża, wybitnego ukraińskiego malarza, kilka lat przed wojną. 

– Takimi wystawami, jak ta w Mlecznym Piotrze, chcemy przypominać, że zło może pojawić się wszędzie – tłumaczy. – Wiem, że każdy woli myśleć, że jego nic złego nie spotka. Ja też tak myślałam. Ale to nieprawda, te drgania, na które nie zwracamy uwagi, mogą zniszczyć wszystko, co mamy. My, Ukraińcy, których dotknął koniec naszego świata, możemy o tym zaświadczyć. Nawet najgrubsza ściana może nie osłonić.

Między ciszą a hałasem wojny

Dzvinka Kostshyn, malarka ze Lwowa, pokazuje swoją pracę na pierwszym poziomie WL4, na wystawie, zorganizowanej przez Fundację Widzialne, towarzyszącej wystawie „Dum Spiro, spero”. Przed wojną wystawiała w Ukrainie i za granicą, jej prace znajdują się w prywatnych kolekcjach w Anglii, Niemczech i Polsce. Po wybuchu wojny przyjechała do Gdańska, teraz mieszka w Stegnie, pracuje w domu kultury, tworząc projekty artystyczne dla dzieci i młodzieży. 

– To było podczas mojego pierwszego spaceru po plaży po przyjeździe do Polski – mówi. – Szłam po piasku i usłyszałam popod stopami chrzęst muszli. Były piękne, delikatne i tak łatwo pękały… To uczucie natychmiast przywołało moje życie w Ukrainie. Spokojne, jasne, uporządkowane, ciche. 

Ale wystarczy jeden krok, żeby wszystko zniszczyć. 

Jej dyptyk „Poczucie cienkiej granicy” to właśnie zapis tych emocji, które towarzyszą jej do dziś. 

– Te rozdeptane muszle wyobraziłam sobie jak ślady przemocy i chaosu, jak przerwaną codzienność, jak świat, który w jednej chwili przestał być bezpieczny. 

Dzvinka chciałaby, żeby ludzie pamiętali, jak niewiele dzieli spokój od katastrofy, ciszę od hałasu wojny. 

– Mijają cztery lata, a ja często myślę o tym pierwszym spacerze. Może na tym polega nasze zadanie? Pokazywać, jak cienka jest linia między domem a jego utratą.

Jak wyjść z bańki 

Podobnie myśli Marianna Łoboda z Fundacji Widzialne. Na wystawie jest jej obraz, przedstawiający dwie postaci.

– Są do siebie podobne, nie wiadomo, która z nich jest narodowości ukraińskiej, a która na przykład polskiej. Nie wiesz, która jest „u siebie” – mówi. I podkreśla: – Poczucie wspólnoty i pamięć o tym, co się dzieje w Ukrainie, to jedna z najważniejszych spraw, o które warto zabiegać.

Fundacja zorganizowała rocznicową wystawę, bo – jak mówi Marianna – warto przypominać, dlaczego cztery lata temu Polacy gotowi byli do każdej pomocy. – Wojna trwa, ale przez te lata świat się do niej przyzwyczaił, zmieniły się nastroje. Nie pamiętamy już, co czuliśmy, gdy wojna wybuchła i eskalowała, co czuliśmy, widząc pierwsze bomby w telewizji – zauważa. – Dlatego tworzymy przestrzenie spotkań pomiędzy osobami z Polski i osobami z Ukrainy, gdzie można opowiedzieć nawzajem sobie historię.

Marianna ma poczucie, że to, co robią w Fundacji, można porównać do plastra zakładanego na głęboką ranę. 

– To, jak politycy grają strachem przed migrantami, jak zrzucają na nich to, co złego dzieje się w kraju, bardzo wpływa na społeczne emocje – uważa. – Zrobiłyśmy plastyczny konkurs dla dzieci i młodzieży i mieliśmy pod informacją o nim bardzo dużo niemiłych komentarzy – delikatnie mówiąc. Cztery lata temu takie rzeczy się nie działy, hejtu na osoby z Ukrainy było mało, teraz z każdym miesiącem ich przybywa. Przy tym trudno tu o jakąś logikę, z jednej strony niektórzy mówią, że Ukraińcy zabierają pracę, drudzy mówią, że zabierają nam socjal… Powtarzają jakieś zasłyszane kalki, nie myśląc, że to się przecież wyklucza.

Dziewczyny z Fundacji widzą, że takich ataków jest coraz więcej. – Organizujemy spotkania z psycholożką, kręgi kobiet, które wzajemnie się wspierają. Po tych czterech latach nie zawsze niestety chodzi o traumy wojenne, coraz częściej trzeba wspierać kobiety, stykające się z codzienną wrogością. 

Ludzie zobojętnieli? Zależy, kto

Dana nie ma takich doświadczeń, jak podopieczne Fundacji Widzialne. 

– Oczywiście wiem, że w różnych środowiskach są antyukraińskie nastroje – mówi. – Czytam o tym, słyszę w mediach. Może ja mam takie szczęście, że mnie to nie spotyka? Mam takie otoczenie, przyjaciół, którzy są bardzo przyjaźni i wobec mnie, i wobec mojego państwa… 

Jednak Marianna uważa, że trzeba szukać sposobu na docieranie do najróżniejszych środowisk. 

– Trzeba wychodzić poza swoją bańkę, moim zdaniem im więcej wydarzeń, im różniejsze formy, tym bardziej to się udaje. 

– To prawda – przyznaje Karol Szostak, który przyszedł do WL4, bo dowiedział się o wydarzeniu z mediów społecznościowych Zupy na Monciaku. Dostał ciasto i herbatę, a przy okazji wpłacił na konto fundacji kilkadziesiąt złotych. Fundacja od początku pełnoskalowej wojny organizuje zbiórki najpotrzebniejszych mieszkańcom i żołnierzom rzeczy i ich transport do Ukrainy. 

Kilka tygodni temu zorganizowali już 37. transport humanitarny – z generatorami prądu, oponami do samochodów, materiałami opatrunkowymi, kocami, śpiworami, lekami i żywnością. 

– Pomoc kolejny raz udało się zorganizować dzięki wpłatom pieniężnym osób prywatnych i firm – przyznają przedstawiciele fundacji. – To znaczy, że mimo upływu czasu, zmęczenia wojną, ludzie nadal chcą pomagać.

– Ludzie zobojętnieli na los Ukrainy? – zastanawiała się Aleksandra Kamińska, założycielka fundacji, podczas organizacji poprzedniego konwoju w listopadzie ubiegłego roku. – Pewnie jak wszędzie, zależy, kto. Udało nam się zebrać potrzebne do organizacji konwoju 50 tysięcy złotych, a to znaczy, że nadal są setki ludzi i firm, którzy chcą pomagać.

Każdy chce do domu

– Wojnę każdy widzi inaczej – mówi Dana. – I każdy walczy, jak potrafi. My, artyści, przypominamy i chcemy dawać nadzieję. Bez tej nadziei nie bylibyśmy w stanie funkcjonować. Każda Ukrainka, każdy Ukrainiec, których spotykam, żyje nadzieją powrotu do domu. Kilka dni temu moja koleżanka wróciła z Hiszpanii do Lwowa. Jak tam jest, to jest, ale to mój dom – tak mówi. A przecież każdy chce do domu. 


Wystawa „Dum spiro, spero”

Wystawę „Dum spiro, spero”, zorganizowaną przez grupę ukraińskich i polskich artystów, można oglądać do 15 marca w Przestrzeni Sztuki WL4 Mleczny Piotr na terenie Stoczni Cesarskiej w Gdańsku. Jej kuratorką jest Dana Yakymchuk, przy organizacji współpracowali z nią Lina Sevchenko, Magdalena Hinz i Mariusz Filipowicz. 

Zapraszając na nią, artyści piszą: W „Poradniku bezpieczeństwa”, który otrzymali obywatele Polski, pojawia się zdanie: „Nie bądź bierny”. To wezwanie pozostaje aktualne. Pozostańmy ludźmi wobec przemocy i chaosu. Sztuka jest jednym z narzędzi, dzięki którym możemy wyrażać sprzeciw, solidarność i wrażliwość – tu i teraz”. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama