Reklama
ReklamaActiva - Kamienice Pruszczańskie

Znachor cię pokocha, internetowy troll wyedukuje. A czy dezinformacja medyczna może cię zabić?

Państwo uderza w pseudomedyków. Do maja br. mają zakończyć się prace legislacyjne przy Lex Szarlatan, szeregi zwierają uczelnie, instytucje i NASK, kluczowy podmiot w obszarze cyberbezpieczeństwa państwa. Jak twierdzą eksperci, dezinformacja medyczna może zbieżna z linią zagranicznych ośrodków wpływu.
Państwo walczy z pseudomedycyną. Lex Szarlatan ma ukrócić „cudowne terapie”
Lex Szarlatan ma ukrócić pseudomedycynę i dezinformację zdrowotną. Nawet milion zł kary za „cudowne terapie”. W działania włączają się NASK, GIS i uczelnie medyczne.

Autor: Canva | Zdjęcie ilustracyjne

Martwe przepisy, martwi pacjenci

Przepisy mówią, że w Polsce mogą leczyć tylko osoby z wykształceniem medycznym.

Przepisy są martwe, podobnie jak dwie pacjentki niejakiego Oskara D., gwiazdy TikToka, absolwenta gimnazjum, który leczył raka jodem, witaminą D3 i lekami własnej produkcji. Tylko przez rok zarobił na tym 4,2 mln złotych.

Ofiar jest więcej. Prof. dr hab. n. med. Jacek Jassem, onkolog, prezes Polskiej Ligi Walki z Rakiem przypomina głośny przypadek uzdrowiciela z Podhala, „leczącego” witaminami ostrą białaczkę limfoblastyczną u kilkuletniego chłopca, którego przy właściwej terapii można było uratować. Dziecko umarło, sprawa trafiła do sądu. Niedawno media informowały o chorej na raka piersi, która odmówiła leczenia onkologicznego i przyjmowała preparaty przysyłane pocztą przez szarlatana. Ta historia również zakończyła się tragicznie.

Ocenia się, że w „branży leczniczej” działa od kilku do kilkunastu tysięcy osób lub firm. I nie jest to działalność charytatywna. 

- Na pseudomedycynie zarabia się ogromne pieniądze rzędu kilku, a nawet kilkudziesięciu milionów złotych rocznie - mówi Bartosz Fiałek, reumatolog, popularyzator nauki. - Po uważnym prześledzeniu wpisów o „cudownych” terapiach na końcu często trafia się na stronę osoby, która sprzedaje albo swoje konsultacje, albo suplementy. Docelowo jest to duży biznes. 

Dlaczego tolerujemy działalność takich ludzi?

- U podłoża tego zjawiska leży często źle rozumiane prawo wyboru: „Będę się leczyć, jak chcę, nikomu nic do tego” – uważa prof. Jassem. - W takiej sytuacji trudno ścigać osoby oferujące tego typu usługi, zwłaszcza gdy pacjent formalnie wyraża na nie zgodę.

Kolejka na NFZ kontra „cudowny środek”

Na wizytę u lekarza trzeba czekać nawet miesiącami w kolejce. Doktor nie ma czasu, przepisuje lek i wzywa kolejnego pacjenta. Albo mówi, że leczenie będzie długie, bolesne, bez gwarancji powodzenia.

- Poradzimy sobie – słyszy chory w gabinecie tzw. medycyny alternatywnej i od razu czuje się otoczony miłością i troską.- Dostanie pan miksturę, zrobimy dożylny wlew lewoskrętnej witaminy C, wszystko będzie super.

Potem lekarze zauważają, że pacjent nagle znika. - Niestety, widzimy jedynie wierzchołek góry lodowej - przyznaje prof. Jassem. - Chorzy unikają rozmowy na ten temat, bo się wstydzą albo obawiają drwin czy gniewu lekarza. Naszą rolą jest spokojnie wytłumaczyć pacjentowi, że takie postępowanie niesie poważne ryzyko – może na przykład zwiększać toksyczność leczenia onkologicznego lub zmniejszać jego skuteczność.

Z „usług” uzdrowicieli najczęściej korzystają pacjenci w zaawansowanych, nieuleczalnych stadiach choroby. - Zdesperowany człowiek potrafi uwierzyć w każdą obietnicę – mówi onkolog. -Jeśli lekarz szczerze informuje, że medycyna wyczerpała możliwości leczenia przyczynowego, pacjent lub jego rodzina bywają gotowi wydać na takie „terapie” wszystkie oszczędności. Sprzedają samochód, dom, dorobek życia. Pacjent nie uzyskuje pomocy, a rodzina zostaje z długami i poczuciem krzywdy.

ZOBACZ TAKŻE: Pielęgniarki wystawią L4? Ministerstwo Zdrowia szykuje zmiany w przepisach

Milion złotych kary?

Przypadek Oskara D. przyspieszył prace nad projektem ustawy o zmianie ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta, zwanym krócej Lex Szarlatan. Przewiduje on za prowadzenie pseudoterapii medycznych i szerzenie medycznej dezinformacji nawet milion zł kary. 

- To prawo jest bardzo potrzebne, bo dziś sytuacja jest w dużej mierze nieuregulowana – uważa dr Fiałek. - Jestem jak najbardziej za wolnością słowa i przeciw cenzurze, ale niektóre treści mogą być po prostu groźne - np. promowanie odrobaczania w depresji, co może prowadzić do zaniechania wizyty u specjalisty. A depresja nieleczona może zakończyć się zgonem. Samo założenie jest dobre, natomiast pojawia się pytanie, czy nie będzie to martwe prawo. W sieci nikt nie jest anonimowy, ale ustalenie i skuteczne ściganie osób, które komentują albo rozpowszechniają fake newsy, bywa niezwykle trudne, a czasem nawet niemożliwe. Jakimi narzędziami będą dysponować służby, które mają badać i egzekwować przepisy dotyczące dezinformacji? Jeśli zabraknie realnych możliwości egzekwowania prawa, pozostanie ono martwe - i tego trochę się obawiam.

- Dotąd osoby oferujące „cudowne metody” były w praktyce bezkarne – dodaje prof. Jassem. - Lekarz, który leczy niezgodnie z aktualną wiedzą medyczną i dowodami naukowymi, podlega odpowiedzialności zawodowej i karnej. Szarlatani funkcjonują poza systemem. Póki rodzina pacjenta nie złoży zawiadomienia – na przykład gdy zamiast leczenia onkologicznego chory otrzymywał wlewy z witaminy C – sprawa często pozostaje bez konsekwencji.

Kilka lat temu Polska Liga Walki z Rakiem zwróciła się do prokuratury z pytaniem o liczbę wszczętych postępowań w takich sprawach. W odpowiedzi prokurator spytał… jaki jest interes społeczny w udostępnieniu danych. Onkolodzy odpisali, że tego typu praktyki mogą prowadzić do śmierci pacjentów, ale nie otrzymali już odpowiedzi.

- Zgłosiłem kiedyś działalność firmy, w której lekarze stosowali metody noszące znamiona szarlatanerii – prof. Jassem podaje inny przykład. - Poproszono mnie o przedstawienie dokumentacji medycznej takich pacjentów. Czy mam sam prowadzić śledztwo? Wystarczyłaby kontrola lub analiza publicznie dostępnych informacji o oferowanych tam „terapiach”. Firma działa do dziś.

Wrogowie „narodu i zdrowia”

Na razie jedynie wIzbach Lekarskich przed rzecznikami odpowiedzialności zawodowej toczą się sprawy lekarzy, którzy mimo wykształcenia medycznego i posiadania stopni naukowych, głoszą teorie sprzeczne z aktualną wiedzą medyczną.

- Czy wręcz ze zdrowym rozsądkiem – podkreśla dr Maciej Dziurkowski, rzecznik odpowiedzialności zawodowej w gdańskiej Izbie Lekarskiej. - Dotyczy to m.in. leczenia boreliozy, chorób psychicznych, czy też nowotworów dziwnymi falami i urządzeniami.  Oraz szerzenia antyszczepionkowej dezinformacji. W gdańskiej Izbie rozpatrywaliśmy szereg takich spraw, zwłaszcza po okresie covidowym.

Jeżeli wina lekarza zostanie udowodniona, sprawa jest przekazywana do Sądu Lekarskiego. Kończy się najczęściej albo dotkliwą karą finansową z ogłoszeniem publicznym winy lekarza w mediach medycznych, albo zawieszeniem czy wręcz odebraniem prawa wykonywania zawodu. Na Pomorzu prawo wykonywania zawodu utracił jeden lekarz.

W sprawach antyszczepionkowych dr Dziurkowski występował jako rzecznik odpowiedzialności, czyli w funkcji prokuratora. 

- Pod Izbą Lekarską dział się cyrk – wspomina. - Były tłumy, pieśni kościelne, ludzie, wdzierający się na salę z dyktafonami, interweniowała policja. Otrzymywałem też pogróżki, korespondencja była nawet kierowana na mój adres domowy. W internecie publikowano listę lekarzy, którzy są „wrogami narodu i zdrowia”.

Anonimowe pogróżki wielokrotnie otrzymywał także prof. Jassem, dostają je również medycy, propagujący szczepienia.

Zagraniczne ośrodki wpływu?

- Dezinformacja pojawia się głównie w kontekście działań antyszczepionkowych – mówi dr Tadeusz Jedrzejczyk, wicedyrektor Departamentu Zdrowia Urzędu Marszałkowskiego. - Widać przy tym, ze środowisko medyczne nie jest w 100 proc. solidarne i konsekwentne w tym zakresie. Widać także, że nie jest to robione w pełni bezinteresownie. Warto zwrócić uwagę na niebezpieczne dla państwa podważanie instytucjonalnych wartości, będących dla społeczeństwa zabezpieczeniem i ochroną.

17 lutego br. lutego Główny Inspektorat Sanitarny podpisał z Instytutem NASK, prowadzącym działalność operacyjną na rzecz bezpieczeństwa polskiej cywilnej cyberprzestrzeni, porozumienie o współpracy w zakresie przeciwdziałania medycznej dezinformacji. Wskazano przy tym na płynące z medycznych fałszywek zagrożenia dla bezpieczeństwa publicznego.

W prezentacji przedstawionej w GIS przez Katarzynę Lipkę, analityczkę w Ośrodku Analizy Dezinformacji NASK pojawia się teza, że medyczne „fałszywki” stanowią zagrożenie dla bezpieczeństwa publicznego. Dzieje się tak poprzez oswajanie odbiorców z dezinformacją w celu zwiększenia ich podatności na dezinformację innego rodzaju – zbieżną z linią zagranicznych ośrodków wpływu, wykorzystanie narracji zdrowotnych w operacjach FIMI ((Foreign Information Manipulation and Interference), odwołujących się do bieżących sytuacji kryzysowych, a nawet ataki fizyczne na pracowników sektora publicznego.

- Aby wesprzeć społeczeństwo i uodpornić je na dezinformację jako NASK podpisujemy kolejne porozumienia: z Warszawskim Uniwersytetem Medycznym, z Uniwersytetem Medycznym w Białymstoku i Gdańskim Uniwersytetem Medycznym – informuje Katarzyna Lipka. - Widzimy potrzebę skoordynowania działań i współpracy pomiędzy instytucjami oraz ułatwionej ścieżki przepływu informacji. NASK posiada narzędzia i zasoby analityczne, które pozwalają analizować dezinformację w sieci, natomiast brakuje nam wiedzy merytorycznej z zakresu zdrowia. Będziemy posiłkować się wiedzą ekspercką i współpracować przy różnych kampaniach edukacyjnych.

ZOBACZ TAKŻE: Cenzura? Nie, gdy mamy do czynienia z blokowaniem nielegalnych i niebezpiecznych treści

Jak się uodpornić?

Dlaczego tak łatwo wierzymy w medyczne bzdury i ulegamy szarlatanom?

- Patrząc na to, jak działają algorytmy, często jesteśmy na trudniejszej pozycji – podkreśla Bartosz Fiałek. - W praktyce pozostaje jak najszybsze prostowanie viralowych kłamstw, które rozprzestrzeniają się bardzo dynamicznie. I często to robimy - jako osoby popularyzujące wiedzę naukową oraz fact-checkerzy (np. z Demagoga), którzy biorą na tapet dezinformujące tezy, rozkładają je na czynniki pierwsze i tłumaczą krok po kroku, dlaczego coś, co staje się viralem, jest po prostu niebezpiecznym kłamstwem. 

Dr Fiałek przypomina, że skala dezinformacji medycznej rośnie od czasów pandemii COVID-19, kiedy media społecznościowe stały się jedną z głównych platform przekazywania informacji. Obecnie algorytmy mediów społecznościowych sprzyjają treściom emocjonalnym, niekoniecznie prawdziwym. 

- Wiemy, że dezinformacja częściej niesie silny ładunek emocjonalny niż przekaz oparty na dowodach – tłumaczy lekarz. - Nauka bywa zniuansowana i trudniejsza w odbiorze. Badacze z Massachusetts Institute of Technology pokazali, że fałszywe informacje w internecie rozchodzą się szybciej niż prawdziwe - nawet kilkukrotnie. Często są to „porady” medyczne lub informacje dotyczące interwencji, których wdrażanie może prowadzić z jednej strony do zagrożenia zdrowia, a nawet życia, a z drugiej - do opóźnienia skorzystania z metod o udowodnionej skuteczności i bezpieczeństwie. 

Dr Dziurkowski tłumaczy, że pseudonaukowe fantazje były w każdej epoce. Natomiast teraz jest łatwiejszy dostęp do masowego odbiorcy. Mamy Internet i wolność komunikowania się, kiedy w jednej chwili w świat płyną tysiące informacji. 

- Stąd bardzo szybkie przekazywanie tego typu bzdur i organizowanie się grup fanatyków – mówi lekarz. - A zpseudonauką można walczyć jedynie rzetelną informacją. Takiej informacji brakuje na przykład w mediach publicznych, które mają misję informowania społeczeństwa o prawidłowych zachowaniach prozdrowotnych, o prawidłowym leczeniu. Kiedy jej nie ma, to pojawia się miejsce dla nierzetelnej informacji, okłamywania ludzi dla doraźnych korzyści finansowych. 

- Jednym z głównych problemów jest brak powszechnej edukacji zdrowotnej – uważa prof. Jassem. - Zajęcia w szkołach są nieobowiązkowe i uczestniczy w nich niewielu uczniów. Kto więc ma edukować społeczeństwo? Jako lekarze możemy kształcić studentów i specjalistów oraz wypowiadać się w mediach. Jednak systemowa edukacja zdrowotna to zadanie państwa. Jeśli z tego rezygnuje, bierze na siebie odpowiedzialność za konsekwencje. Nie możemy oczekiwać, że obywatele będą studiować literaturę medyczną. Internet pełen jest ofert „cudownych terapii”, a osoba bez podstawowej wiedzy medycznej często nie potrafi odróżnić manipulacji od rzetelnej informacji.

Profesor dodaje, że Polska Liga Walki z Rakiem planuje szeroką kampanię przeciw dezinformacji medycznej. 

- Staramy się zainteresować nią Ministerstwo Zdrowia, bo chodzi o bezpieczeństwo zdrowotne społeczeństwa. Chcemy wskazywać miejsca, gdzie można znaleźć rzetelną informację, oraz piętnować źródła promujące niesprawdzone terapie i „uzdrowicieli” – mówi Jacek Jassem.

Ile kosztuje kłamstwo medyczne i kto na nim korzysta?

Rozmowa z Katarzyną Lipką, analityczką w Ośrodku Analizy Dezinformacji NASK monitorująca dezinformację w przestrzeni informacyjnej.

Jaka jest skala dezinformacji medycznej?

Skala dezinformacji jest bardzo trudna do oszacowania. W Ośrodku Analizy Dezinformacji w NASK monitorujemy przestrzeń cyfrową również pod kątem dezinformacji medycznej. Wykorzystujemy do tego narzędzia, które pozwalają nam monitorować media społecznościowe, ale każde z nich ma swoje ograniczenia. Z ponad 2,3 tys. treści dezinformacyjnych zidentyfikowanych przez OAD w 2026 roku około 20% zawierało wątki zdrowotne. Musimy jednak pamiętać, że dezinformacja nie ogranicza się wyłącznie do cyfrowego ekosystemu informacyjnego, a jest także rozprzestrzeniana analogowo przez różnego rodzaju gazety, ulotki, książki, wydarzenia w formie konferencji czy szkoleń.

Dlaczego w sieci najpierw napotykamy reklamy pseudomedyków, a dopiero na kolejnych stronach widzimy zweryfikowane informacje?

Algorytmy zamykają nas w bańce informacyjnej, podsyłając treści zgodne z wcześniejszą historią naszego wyszukiwania. Jeżeli ktoś zainteresował się jakimś przekazem dezinformacyjnym, to będzie mu podsyłana inna treść, która nosi znamiona dezinformacji, a treści ją dementujące nie będą do tej osoby docierać. To bardzo zaburza nasze postrzeganie rzeczywistości.

Czy ktoś oszacował koszty dezinformacji?

To już pytanie do Ministerstwa Zdrowia. Z naszej perspektywy mogę podkreślić, że to są nie tylko koszty finansowe. Na przykład rezygnacja z profilaktyki czy odwodzenie od korzystania z profesjonalnej opieki medycznej, co w tych narracjach jest bardzo częste, mogą nieść zagrożenie bezpośrednie dla pacjenta. Mogą skutkować odwleczeniem diagnozy czy odwleczeniem lub całkowitym porzuceniem leczenia, co wiąże się z ryzykiem powikłań czy nawet utratą szansy na wyleczenie. Kiedy mówimy o ryzyku epidemicznym, zagrożenie obejmuje całą populację. W jeszcze większej skali te narracje bardzo często powodują brak zaufania do nauki, do medycyny, uderzają w instytucje, które zajmują się zdrowiem publicznym. Przez to osłabiają zaufanie obywateli, tworząc zagrożenie, że w sytuacjach kryzysowych możliwość reakcji publicznych instytucji będzie osłabiona. W trakcie monitoringu widzimy już takie narracje popularne w środowiskach szerzących dezinformację zdrowotną w kontekście szczepień. To próba zniechęcenia obywateli do prawidłowej reakcji na działania służb w sytuacji kryzysowej.

Kto na tym korzysta?

Podsycanie braku zaufania do instytucji publicznych działa na korzyść zagranicznych ośrodków wpływu i bywa wykorzystane w operacjach FIMI (Foreign Information Manipulation and Interference). Zauważamy to bardzo często, aczkolwiek przeważnie nie wskażemy bezpośredniego połączenia. Wracając do kosztów finansowych, warto jeszcze wspomnieć o pojawiających się w mediach społecznościowych oszukańczych reklamach. Za pomocą technologii deepfake są manipulowane wizerunki popularnych lekarzy, które mają przekonać odbiorców, żeby weszli na stronę, do której prowadzi odnośnik. Witryna ta przypomina popularne ogólnokrajowe serwisy medialne i namawia do skorzystania np. z cudownej terapii. To zazwyczaj może się wiązać z utratą środków finansowych przez odbiorców albo zamówieniem produktów z zagranicy o nieznanym składzie i pochodzeniu. Często też może być wykorzystywane do wyłudzenia danych.

Jak zweryfikować fałsze medyczne?

Narzędzia wykorzystujące sztuczną inteligencję do tworzenia takich nagrań są cały czas udoskonalane, stąd też ich weryfikacja jest coraz trudniejsza. W NASK-u funkcjonuje Ośrodek Badań nad Bezpieczeństwem Sztucznej Inteligencji który analizuje takie materiały. Jeśli ktoś trafi na treść, która nosi znamiona dezinformacji, może wysłać zgłoszenie do NASK-u. W zeszłym roku przesłaliśmy do platform społecznościowych 46,5 tys. zgłoszeń ogółem (dezinformacja zdrowotna stanowiła część tych zgłoszeń), a 9 tys. z nich było wynikiem aktywnego zaangażowania obywateli, którzy m.in. wypełnili formularz na stronie zgłos-dezinformacje.nask.pl. Nagrania audiowizualne budzące wątpliwości można zgłaszać na adres[email protected]. Ponadto na stronie incydent.cert.pl lub poprzez aplikację mObywatel (w zakładce „Bezpiecznie w sieci") obsługiwane są zgłoszenia podejrzanych wiadomości e-mail oraz materiały typu deepfake służące wyłudzeniu danych lub środków finansowych.

A jak się na nie uodpornić?

Każdy z nas jest narażony i nikt z nas nie jest odporny na dezinformację, ale każdy z nas ma wpływ na jej rozprzestrzenianie. Jeżeli mamy do czynienia z treścią, która budzi nasze podejrzenia, możemy zweryfikować ją w kilku innych bardziej zaufanych źródłach. I jej po prostu nie udostępniać, bo naprawdę czasami świat się nie zawali, jeżeli czegoś nie udostępnimy. Często dezinformacja próbuje w nas wywołać określone skrajne emocje i ważne jest, żebyśmy obserwowali, jak reagujemy na daną treść. Jeżeli budzi u nas strach, wzmaga poczucie zagrożenia, lub nastawia przeciwko jakiejś określonej grupie społecznej, to być może komuś na tym zależy i ktoś ma z tego korzyści.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama