Zacznijmy od genezy pańskiego filmu. Skąd pomysł, a właściwie: skąd bohater? Bo jak już się trafi na kogoś takiego jak Antoni Jaszewski, to historia „sama się opowiada”.
Z wsią Wdzydze jestem związany sentymentalnie, bo moja rodzina mieszka tam od lat 80. i często tam bywałem, jeszcze jako nastoletni chłopak. To dla mnie takie drugie miejsce na ziemi, po Gdyni, gdzie mieszkam i gdzie się urodziłem. No i w pewnym momencie zaczęła mnie bardzo interesować historia tego miejsca. Początkowo myślałem o albumie. Zresztą wcześniej wydałem już album „Jeziora kaszubskie”, gdzie Wdzydze się pojawiły. Dwa lata temu dowiedziałem się, że jest we Wdzydzach rzeźbiarz i gawędziarz, który ma dużo historii do opowiedzenia. Poszedłem do niego bez zapowiedzi, zapukałem do drzwi, przedstawiłem się, on mnie zaprosił i… wyszedłem stamtąd po dwóch godzinach. Ta nasza rozmowa prostu nie chciała się skończyć. Po tygodniu wróciłem z kamerą i mikrofonem. Spędziłem tam trzy dni, rejestrując jego opowieści i w zasadzie miałem już materiał na film. Oczywiście później kręciliśmy jeszcze w plenerach, w miejscach, o których opowiadał.
Czyli w tym wypadku stereotyp mówiący o nieufności Kaszubów wobec obcych się nie potwierdził?
Oczywiście skorzystałem z rekomendacji – mówiąc, że moja ciocia z wujkiem mieszkają we Wdzydzach, a oni się tam przecież wszyscy znają. Więc to był rodzaj klucza otwierającego drzwi. Teraz jednak mogę powiedzieć, że jesteśmy sobie bliscy z Antonim, jak rodzina. Całkowicie się przede mną otworzył, zdradził wiele sekretów, w tym takich, których nie wykorzystałem w filmie. Antoni jest człowiekiem wielu talentów. Jest nie tylko ludowym rzeźbiarzem, byłym leśnikiem, byłym pracownikiem skansenu, ale też wspaniałym aktorem. Kamera go w ogóle nie peszyła. Zachowywał się przed nią naturalnie i ekspresyjnie. Nie krył emocji, gestykulował, chwilami podnosił głos. Krótko mówiąc – był doskonały.
Dla niego to był pierwszy raz przed kamerą, a dla pana za kamerą? Do tej pory dał się pan poznać jako wzięty fotografik.
Tak, fotografiką zajmuję się od wielu lat i to jest moja pasja. Mam na koncie wiele wydawnictw. Zaczęło się to od albumu o Irlandii. Potem były m.in. cztery pozycje o Sopocie, o Gdyni, o Warszawie, a konkretnie o Mokotowie i Żoliborzu. Te albumy zwykle są wzbogacone treścią, która często pozyskuję z rozmów ze starszymi osobami, świadkami historii tych miejsc.

Umie pan dobrze słuchać.
Najwyraźniej wzbudzam zaufanie. Ludzie potrafią mi opowiedzieć wiele rzeczy, bo wiedzą, że to będzie spożytkowane w dobrej intencji, nie będzie wykorzystane przeciwko nim.
Film „Takie było nasze życie” zaczyna się od czytanego z offu nieco sielankowego opisu życia Kaszubów w początkach XX wieku. Kiedy jednak pan Antoni zaczyna opowiadać o swoim dzieciństwie, to wcale nie jest bajkowy obrazek. Bieda, czasem głód.
Te tereny charakteryzują się glebami niskiej jakości – polodowcowymi piachami i ludziom naprawdę bardzo trudno się tu żyło. A rodziny były duże – ośmio-, dziesięciodzietne. Wyżywić taką czeredę nie było łatwo. Ludzie żyli z tego, co uprawiali. Przeważnie były to ziemniaki, ale jak się trafiło suche lato, bez deszczu to nawet tych ziemniaków nie było.
Stąd powiedzenie powiedzenie: „Nie uważaj na smaki, aby napchaj flaki”.
Tak, Antoni ma wiele tych swoich powiedzeń. Podobnie w kwestii okrycia – ubierano się w to, co samemu można było wytworzyć. W tym celu Kaszubi trzymali po kilka owiec. Antoni opowiadał, nie w tej części filmu – bo zdradzę, że pracuję nad jego drugą częścią – jak wyglądało ich strzyżenie. Najpierw pędziło się owce do jeziora, gdzie się je myło, potem suszyło, później wiązało się im nogi i zaczynało się strzyżenie. Dalej był już cały proces suszenia, rozplątywania, wyczesywania wełny. Potem kobiety przy kołowrotkach wytwarzały przędzę. Stąd na Boże Narodzenie prezenty były dość przewidywalne – skarpety. A jak starczyło tej wełny, to ktoś dostał sweter. Ale i tak wszyscy się cieszyli.
W takich okolicznościach dzieciom chyba trudno było wierzyć w św. Mikołaja?
Nie wiem, czy wierzyły w Mikołaja, ale były otoczone pobożnością. A do kościoła trzeba było chodzić po kilkanaście kilometrów. Boso. Wracając do Antoniego – ma on genialną pamięć, jak na osobę w jego wieku. Do dziś potrafi wyrecytować wierszyki, których uczył się w szkole. Zna wiele różnych przyśpiewek czy żartobliwych powiedzonek. Antoni urodził się w 1929 roku, i gdy wybuchła wojna miał już 10 lat. Naprawdę dużo wtedy widział i dużo rozumiał. Początkowo mieszkał z wujem w Wąglikowicach, gdzie pasł krowy i pomagał w gospodarstwie. To typowa sytuacja, kiedy rodzice nie mogli utrzymać wszystkich dzieci – a Antoni miał siedmioro rodzeństwa – niektóre trafiały do krewniaków.
Gdzie, jak w przypadku Antoniego, były czasem cenione mniej niż krowa.
Przez wuja był traktowany po prostu jako parobek. Widać to z opowieści o ucieczce przed Niemcami w pierwszych dniach wojny. Rodzina wuja zapakowała się na wóz, a Antoni na bosaka szedł za tym wozem z krowami i swoim pieskiem Tuskiem.
Ciekawe imię.
Tusek, to było na Kaszubach bardzo popularne psie imię. Coś jak Azor.
Zaskoczyła mnie opowieść Antoniego o tym, że Niemcy nie pozwalali Kaszubom trzymać psów, a wszystkie, które znaleźli – zabijali.
I dla mnie było to duże zaskoczenie. Ponieważ w tych wojennych opowieściach Antoniego było trochę faktów historycznych, konsultowałem się z naukowcami z Instytutu Pamięci Narodowej i oni też byli bardzo zdziwieni tą relacją. Antoni twierdził, że to wynikało z tego, że Niemcy nie ufali Kaszubom i chcieli móc ich dyskretnie obserwować, podchodząc do domów bez ostrzeżenia. A wiadomo, że pies będzie szczekał, alarmując, że ktoś obcy się zbliża. I z tego powodu kazali wymordować wszystkie psy. Antoni opowiadał o tym mordzie i pokazał miejsce w Wąglikowicach, gdzie te psy zostały one zakopane. Mówił, że jak sypali piach, to jeszcze było widać, że niektóre z tych zwierząt się poruszają. Straszna opowieść. Poza wszystkim innym te psy były bardzo pomocne w czasie wypasu krów, bo ich pilnowały i zaganiały do stada te, które się próbowały oddalić. W czasie wojny, bez tych psów, trudno było upilnować krowy.
Okupacyjnym opowieściom Antoniego poświęcił pan w swoim filmie najwięcej czasu. Nie pojawia się tam jednak często ostatnio poruszany wątek wcielania Kaszubów do niemieckiego wojska.
To prawda. Wynika to z tego, że w zasadzie zostawiałem Antoniemu wolną rękę w jeśli chodzi o opowiadanie. Starałem się mu nie przerywać, nie wybijać go z rytmu jego myśli. Oczywiście były takie tematy jak „pusta noc”, czy palenie ognisk, które mnie interesowały, i o których na moją prośbę opowiedział. Wiele tematów pojawiało się też na takiej zasadzie, że kolejny wynikał z poprzedniego. Ale o wcielaniach do Wehrmachtu akurat nie mówił.
Mówił za to o „Hindenburgu”, charyzmatycznym organizatorze ruchu oporu.
O „Hindenburgu”, czyli Alojzym Grulkowskim, czytałem już wcześniej w książce „Rajska wyspa”, o położonym na jeziorze Wdzydze Ostrowie Wielkim. „Hindenburg” ukrywał się m.in. na tej wyspie, ale nie wiedziałem, że Antoni go tak dobrze znał. Niedawno zresztą dotarłem do źródeł, które mówią, że Grulkowski, miejscowy nauczyciel, plus jeszcze dwie inne znaczące osoby ze wsi, starały się o wybudowanie kościoła, albo przynajmniej kaplicy we Wdzydzach. Bo przed wojną wieś należała do parafii Wiele. Żeby tam dotrzeć drogą lądową trzeba była jechać albo iść kilkanaście kilometrów, póki nie powstał prom, o którym Antoni opowiada w filmie, który skrócił dystans o 10 kilometrów. Ale po wojnie władze prom zabrały, bo był bardziej potrzebny na Wiśle.
Byłem trochę zdziwiony, że tak mało miejsca w filmie poświęca pan artystycznej działalności pana Antoniego. Skoro jednak planowana jest druga część, zakładam że tam będzie więcej na ten temat.
Tak, pojawi się więcej rzeźb, które on stworzył. To niesamowicie utalentowany człowiek, bez szkół. Sam zaczął rzeźbić scyzorykiem, dopiero później kupił sobie jakieś bardziej zaawansowane narzędzia.
W dodatku, jak zrozumiałem, zajął się tym już jako dojrzały człowiek.
Tak, to było wtedy, kiedy pracował już w skansenie. Wydaje mi się, że to ta kultura ludowa, która go otaczała, spowodowała, że zaczął rzeźbić. Ale opowiadał też o tych Wdzydzach sprzed czasów masowej turystyki, które były bardziej tajemnicze, romantyczne. Odbywały się tam wtedy plenery rzeźbiarskie, w których i on uczestniczył. To też było pewnie zaczynem do jego twórczości. Co jest szczególnie interesujące – te jego rzeźby, choć współczesne, to świadectwo historii, bo odtwarza postacie, które pamięta jeszcze sprzed wojny. Opowiadał o tym, że wtedy była taka bieda, że co i rusz jakiś żebrak pukał do ich drzwi i prosił o cokolwiek, o jajko, może o coś do ubrania… Matka nie wiedziała co robić, bo sama miała ośmioro dzieci do wykarmienia. Wśród tych wyrzeźbionych przez Antoniego postaci jest żebrak i żebraczka. Pięknie przedstawione, z detalami stroju, guzikami. W ogóle charakterystyczne dla rzeźb Antoniego jest to, że wszystkie postacie: żebracy, kobieta z miską zupy, kobieta nad balią prania – mają bardzo smutne miny. Pytałem go dlaczego nikt się nie uśmiecha, a on na to: „Życie było tak ciężkie, że te wszystkie osoby były smutne”.
Rozumiem, że pan Antoni już widział film. I jak wypadła ta „kolaudacja”?
Obejrzeliśmy go we dwóch u niego w domu i był bardzo zadowolony. Nie mógł się nachwalić.
Nie miał pretensji, że chwilami go pan „wygłuszył”. Są sceny, gdzie widać jak idzie, gestykuluje, porusza ustami, ale zamiast jego słów słyszymy muzykę.
To celowy zabieg, bo muzyka jest w tym filmie bardzo ważna. Stworzyli ją: Szymon Burnos na instrumentach klawiszowych i syntezatorze, nie zawaham się powiedzieć – genialny muzyk, Adam Żuchowski – jeden z naszych najlepszych kontrabasistów, no i Paweł Osicki, znakomity perkusista.
Jak się panu udało pozyskać do filmu taki dream team?
To są moi koledzy. Jeszcze z dawnych czasów znam wielu jazzmanów, a Paweł Osicki jest moim przyjacielem. Zresztą z tą trójką pracowałem już wcześniej, kiedy przygotowywałem animowany film na podstawie starych, archiwalnych gdyńskich fotografii.
Muzyka w „Takie było nasze życie” nie odwołuje się w żaden sposób do kaszubskiego folkloru.
To absolutnie zamierzone. Chodziło o stworzenie nastroju, wykorzystanie potencjału tych muzyków. Obejrzeliśmy wspólnie film, powiedziałem im o co chodzi, jakie są moje intencje, co chciałbym uzyskać. Szymonowi zasugerowałem wręcz, żeby na koniec, kiedy pojawiają się napisy oraz kilka takich scenek z pracy nad filmem, gdzie my jesteśmy we dwóch z Antonim, przygotował coś nostalgicznego. I on zagrał taką piękną melodię w klimacie nokturnów Chopina. Zależało mi na takiej klamrze, bo reszta muzyki jest dobrana do sytuacji. Na przykład kiedy jest mowa o diable, muzyka robi się bardziej dramatyczna.
Pan Antoni naprawdę wierzy, że spotkał diabła w szkole, gdzie kwaterował niemiecki sołtys Wdzydz?
Wierzy, wierzy. Rozmawiałem z nim o tym wielokrotnie i zawsze powtarzał: „Tak było, tak było”. Zresztą diabeł to nie wszystko. No w tej drugiej części pojawią się czarownice, czarodzieje, różne magiczne sytuacje, które niegdyś miały tam miejsce. Ci ludzie tym żyli. Nie było radia, więc kiedy wieczorem po pracy w polu czy w obejściu siadali przy lampie naftowej, każdy opowiadał, co go spotkało, gdzie i kiedy spotkał diabła, gdzie widział czarownicę. To były najciekawsze historyjki. Ale jednocześnie byli bardzo rozmodleni. Modlono się codziennie w domu, dzieci razem z rodzicami, odmawiano różaniec, a później słuchano tych niesamowitych fantastycznych opowieści o diabłach, czarownicach itp.
A kiedy my je poznamy? Kiedy będzie druga część filmu?
Planuję ją zakończyć w grudniu. Mam bardzo bogaty materiał wyjściowy, pozostaje dogranie scen w plenerze z Antonim. Te wyprawy to dla niego prawdziwa przygoda. W tym miejscu, gdzie z wujem uciekali przed Niemcami nie był od czasu wojny. Mimo to rozpoznał je dokładnie i jak tylko zobaczył, kazał się zatrzymać. Dla mnie też te wspólne wycieczki to była ogromna przyjemność. Dlatego bardzo się cieszę, że poznałem Antoniego i mogłem wspólnie z nim zrobić ten film.
Gdzie zobaczyć film „Takie było nasze życie”?
- Gdynia: 18 marca o godz. 17:00 pokaz filmu odbędzie się w siedzibie Kaszubskiego Forum Kultury, Al. Piłsudskieho 18
- Kartuzy: Specjalny pokaz filmu z okazji Dnia Jedności Kaszubów odbędzie się w czwartek 19 marca o godz. 11:00, w Kartuskim Centrum Kultury, ul. Klasztorna 1.

























Napisz komentarz
Komentarze