Reklama

Tomasz Chyła: Jazzman to taki muzyk, który nie boi się przekraczania barier

My tutaj w Trójmieście ewidentnie mamy coś takiego, czego nie ma gdzie indziej. I jesteśmy też przez innych postrzegani jako taki naprawdę wyjątkowy ośrodek – mówi Tomasz Chyła, trębacz jazzowy i… chórzysta.
Tomasz Chyła
Tomasz Chyła, trębacz jazzowy i chórzysta

Autor: Karol Makurat | Zawsze Pomorze

Poprzednia płyta twojego kwintetu została uznana za jazzowy album roku 2024 w plebiscycie magazynu „Jazz Forum”. Myślisz, że nowym wydawnictwem, które właśnie się ukazało, przebijecie tamto osiągnięcie?

Nie lubię mówić o takich plebiscytowych wyścigach. To było oczywiście bardzo miłe, że płyta została doceniona, nominowana do Fryderyka. Doceniono też moją osobę jako artystę roku. Natomiast z mojego punktu widzenia był to przede wszystkim znak, że promocja tej płyty dobrze nam wyszła.

Promocja, a nie sama płyta?

Oczywiście, podstawą było to, że moi kumple z zespołu i ja sami stanęliśmy na wysokości zadania, muzyka była świetna. Niemniej, do tego, aby poszła ona trochę szerzej w świat, trzeba zadbać o promocję. I to nam się też udało. Zwłaszcza że od 2021 roku nasze płyty są wydawane w małym trójmiejskim wydawnictwie Alpaka Records. W tym wypadku najwyraźniej wielkość nie miała jednak znaczenia.

Poprzednia płyta była zatytułowana „The Music We Like to Dance To”, czyli muzyka do której lubimy tańczyć. A co was napędzało w tworzeniu nowej płyty?

Ta płyta to kontynuacja myśli, która de facto podąża za nami od roku 2021, kiedy ukonstytuowały się obecny skład i brzmienie zespołu. Wydaje mi się też, że w tym czasie stałem się liderem z krwi i kości. Wierzę w swoją muzykę w stu procentach. Znalazłem też sposób, aby każdego w tym zespole uskrzydlić do jeszcze lepszego prezentowania siebie w naszym kwintecie.

Chyba nie jest łatwo liderować w grupie, gdzie są takie indywidualności. Trębacz Emil Miszk sam kieruje kilkoma formacjami i ostatnio zapowiadał, że ograniczy liczbę projektów, w których się udziela. Natomiast gitarzysta Krzysztof Hadrych, mimo młodego wieku, to muzyk niezwykle rozchwytywany.

Oczywiście, jestem w pełni świadomy tego, jak rozchwytywani są Emil i Krzysiek. Nikogo nie obliguję do tego, żeby był moim podwładnym, ale oni chyba po prostu lubią grać w tym zespole. Krzysiek gra już z nami od sześciu lat i myślę, że mu z tym dobrze. Zresztą, nigdy w niczym go nie ograniczam. Czasami może coś mu zasugeruję, ale on też dobrze wie, że ten zespół bardzo mocno stoi na jego barkach. Razem, w piątkę, pchamy to na równi, jeżeli chodzi o muzykę. W dodatku łączy nas zdecydowanie bliższa relacja niż tylko muzyczna.

Emil, Sławek Koryzno i Konrad Żołnierek to są moi przyjaciele od bardzo dawna. My naprawdę lubimy spędzać ze sobą czas.

Byliście już kilkakrotnie w Azji. Jaki był odbiór waszej muzyki na Dalekim Wschodzie? Mieliście bezpośredni kontakt ze słuchaczami?

Tak. Zdarzało się nawet, że graliśmy w klubach, w których występowaliśmy już w trakcie wcześniejszej trasy, i przychodzili ludzie, którzy nas już wtedy słyszeli, i mówili, że czekali na nowy materiał, nową płytę. Kiedyś myślałem, że to jest bardzo wstrzemięźliwa publiczność, ale to nieprawda. Jest tak jak w Polsce: sposób przyjęcia muzyki zależy od miejsca, w którym gramy, od organizatorów.

Inna sprawa, że nasze koncerty są już dzisiaj bardziej rockowe niż jazzowe. W związku z tym, energia, która płynie ze sceny, trafia głębiej w emocje słuchaczy, co odbija się w ich reakcjach.

No właśnie, funkcjonujecie jako zespół jazzowy, grywacie na jazzowych imprezach, ale ile jest tradycyjnie rozumianego jazzu w tym, co gracie?

Ja się śmieję, że najbardziej jazzowa jest... nasza nazwa. Tomasz Chyła Quintet kojarzy się z latami 50. czy 60., i brzmi jak nazwa bardzo mainstreamowego zespołu jazzowego. Czasem żartujemy, że z taką nazwą moglibyśmy grać country albo heavy metal, a i tak będziemy uchodzić za grupę jazzową.

Czasem mówi się, że jazz to każda muzyka, którą grają jazzmani, niezależnie od gatunku. Ale jak w takim razie zdefiniować, kto to jest jazzman?

Wydaje mi się, że jazzman to taki muzyk, który nie boi się przekraczania barier. W naszym wypadku dodatkowo działa fakt, że jesteśmy z Gdańska, gdzie tyle mówi się o wolności. Kocham tę atmosferę naszego miasta, w ogóle Trójmiasta. My tutaj ewidentnie mamy coś takiego, czego nie ma gdzie indziej. I jesteśmy też przez innych postrzegani jako taki naprawdę wyjątkowy ośrodek... 

Ośrodek czy może trochę mafia? Mówi się, że trójmiejskie środowisko jest dość hermetyczne. W dodatku z własną wytwórnią płytową i festiwalem jazzowym, na którym promowany jest jazz z Trójmiasta.

Nie, mafia nie. Owszem, mówi się o tym, że my się tutaj bawimy we własnym gronie, ale to wynika też z tego, że Trójmiasto po prostu jest odseparowane od Warszawy i innych dużych metropolii. A po co jeździć daleko, skoro mamy tutaj znakomitych muzyków i świetnie nam się współpracuje razem? 

Uważam, że to, co tutaj stworzyliśmy i nadal tworzymy, jest naprawdę wyjątkowe. Nie tylko moje pokolenie, ale jeszcze te wcześniejsze: Sławek Jaskułke, Irek Wojtczak, Maciej Sikała, Leszek Możdżer, no i kolejne. Mówiliśmy już o Krzyśku Hadrychu, który jest dwudziestoparolatkiem. Ale nawet o nim nie można powiedzieć, że jest tym najmłodszym pokoleniem. Na naszą rozmowę przyszedłem z Akademii Muzycznej, gdzie moi najmłodsi studenci to rocznik 2007!

To faktycznie nieco szokujące, zważywszy na to, że w gronie ich nauczycieli jest prof. Włodzimierz Nahorny, rocznik 1941, muzyk, który zadebiutował na festiwalu Jazz Jamboree jeszcze w 1962 roku. Można jeszcze mówić o jakiejś ciągłości między tą tradycją, jaką on reprezentuje, a tym, co napędza dzisiejszą jazzową młodzież?

Myślę, że są związki, i to bardzo namacalne. Oczywiście, Nahorny kojarzy się z utworem „Jej portret” czy pięknymi balladami fortepianowymi. Jeżeli jednak przestudiujemy sobie dyskografię pana Włodka, to trafimy czy to na nagrania jego tria na płycie „Heart” z serii Polish Jazz, czy jego „niecne” saksofonowe wyczyny z zespołem Breakout. I okazuje się, że to był właśnie taki gość, który w ogóle nie bał się barier. Można powiedzieć, że to była taka „trójmiejska” muzyka, trochę buntownicza, wychodząca z gatunkowych ram, a przy tym ponadczasowa.

Czy w ogóle widzisz sens w tym, żeby dziś grać jeszcze jazz mainstreamowy, rekonstruujący muzykę lat 50. i 60.?

A czy jest sens powielania Chopina? Jedni powiedzą, że oczywiście tak. Ale czy Chopin grany w jakimś podrzędnym domu kultury przyciągnąłby tłumy? Nie jestem przekonany. Tak samo można mówić o muzyce mainstreamowej. 

Dzisiaj bardzo ważną kwestią jest „opakowanie”. Oprócz tego, że ktoś ma świetny zespół, świetnie gra tę muzykę, musi jeszcze znaleźć sposób na skuteczną autopromocję, ubrać swój produkt w „pozłacane pudełko”. Nie powiedziałbym zatem, że granie mainstreamu nie jest dzisiaj opłacalne, bo wielkie festiwale wciąż zapraszają takie gwiazdy. Po prostu wszystko zależy od jakości muzyki i tego, jak się ją prezentuje. 

Grasz na skrzypcach, które cały czas uchodzą w jazzie za instrument, że tak powiem – nieoczywisty. Kiedyś wprawdzie mówiło się, że skrzypki to nasza narodowa jazzowa specjalność, ale z drugiej strony sam Michał Urbaniak powtarzał: „Jak ja nienawidzę tego rzępolenia”, i deklarował, że jego celem jest to, by nie brzmieć jak skrzypek.

Pytanie, dlaczego gram na skrzypcach, pojawia się praktycznie w co drugim wywiadzie. A moja odpowiedź jest prosta: bo tylko na tym instrumencie umiałem grać. Byłem zbyt leniwy, żeby uczyć się grać jeszcze na czymś innym. Z drugiej strony, za nic bym tego instrumentu nie zamienił.

Faktem jest też, że Polska to nadal silny ośrodek skrzypiec jazzowych. Scheda po Zbigniewie Seifercie i zmarłym, niestety, niedawno Michale Urbaniaku jest i będzie kontynuowana. Na aMuz, gdzie mam swoją klasę skrzypiec jazzowych, mam czworo studentów, którzy świetnie pracują.

To odłóżmy teraz na bok instrumenty i przejdźmy do muzyki wokalnej, bo poza graniem na skrzypcach, także zajmujesz się muzyką chóralną. Słuchając twojego jazzowego kwintetu i ostatniej płyty zespołu Art’n’Voices – „Pieces of Myself”, trudno oprzeć się wrażeniu, że to jednak dwa zupełnie odrębne muzyczne światy, muzyka odwołująca się do zupełnie różnej wrażliwości.

Rzeczywiście, jestem prawdopodobnie jedną z niewielu osób w Polsce, która łączy te dwa światy. Nawiasem mówiąc, Art’n’Voices to rezultat uboczny moich... niepowodzeń. Kiedy nie dostałem się na skrzypce jazzowe do Gdańska, wylądowałem na dyrygenturze chóralnej. Stworzyliśmy wtedy ten zespół w ramach praktyk studenckich. Działamy tak już prawie 16 lat i staliśmy się – nie boję się tego powiedzieć – jednym z lepszych zespołów tego typu w Europie. Wygraliśmy kilka lat temu najważniejszy konkurs dla zespołów wokalnych w Lipsku, koncertujemy, wydajemy płyty, które mają naprawdę dobre recenzje. W 2021 roku zdobyliśmy Fryderyka.

Jeżeli – jak niektórzy mówią – jazz to jest muzyka niszowa, to co dopiero powiedzieć o muzyce chóralnej? Margines marginesu?

Niestety, trochę tak, ale jeśli spojrzymy na najlepsze zespoły wokalne, takie jak The King Singers czy The Voice8, to potrafiły one skutecznie przezwyciężyć ograniczenia wiążące się z niszowością tego gatunku. My jesteśmy na tej samej drodze. Uważam, że nasz zespół zasługuje na to, żeby stać się ikoną muzyki wokalnej w Polsce. Walczymy z postrzeganiem tego gatunku jako czegoś nudnego, a także ze stereotypem muzyki chóralnej jako czegoś amatorskiego, hobby uprawianego gdzieś tam w domach kultury czy kościołach.

Już niebawem będzie cię można usłyszeć wraz z Tomasz Chyła Quintet na festiwalu Jazz Jantar, gdzie zaprezentujecie premierowo muzykę z nowej płyty „It’s Not a Fake, It’s a Replica”. Czego oczekujesz od tego występu i czego my możemy się spodziewać? 

Oczywiście oczekuję znakomitej frekwencji (śmiech). Po drugie, oczekuję tego, że damy upust energii, która w nas drzemie, bo już dawno ze sobą nie graliśmy w Trójmieście. Nawiasem mówiąc, to będzie nasz pierwszy pełnowymiarowy występ na Jazz Jantar. Graliśmy tam już wprawdzie w 2020 roku, ale była wtedy pandemia, nie było pełnej sali. A teraz w dodatku przed nami zagra świetna duńska saksofonistka Mette Rasmussen, którą uwielbiam. Cieszę się, że spotkamy się jednego dnia na tej samej scenie. 

Życzyłbym sobie, żeby Gdańsk po koncercie rozpłynął się w zachwycie, a cały nakład naszej płyty zniknął.


Koncert Tomasz Chyła Quintet na festiwalu Jazz Jantar

  • Tomasz Chyła Quintet wystąpi na festiwalu Jazz Jantar w gdańskim klubie Żak w sobotę, 28 marca o godz. 21.30.
Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama