Wielkanoc w kuchni. Dlaczego warto gotować razem zamiast kupować gotowce

Wspólne przygotowywanie świątecznych potraw może być nie tylko kulinarnym wyzwaniem, ale przede wszystkim sposobem na budowanie relacji i pielęgnowanie rodzinnych tradycji. Eksperci podkreślają, że warto wrócić do dawnych zwyczajów i rozłożyć przygotowania do Wielkanocy na kilka dni zamiast zostawiać wszystko na ostatnią chwilę.
Wielkanoc w kuchni. Dlaczego warto gotować razem zamiast kupować gotowce
Jak przygotować Wielkanoc bez stresu? Ekspert kulinarny radzi, by planować świąteczne gotowanie z wyprzedzeniem i dzielić obowiązki w rodzinie. Wspólna praca w kuchni to także budowanie tradycji.

Autor: Canva | Zdjęcie ilustracyjne

„Śledziu, śledziu,/ nie będziesz więcej naszych żołądków głodzić,/ bo cię pobijem i na drzewie powiesim./ Skończyło się twoje panowanie,/ bo żur się do ziemi dostanie,/ święci się święcone”.

Tekst tej ludowej przyśpiewki odnotowany przez Bożenę Stelmachowską, przedwojenną badaczkę etnografii Pomorza, wiąże się ze znamiennym momentem w okresie Wielkiego Postu. W jego ostatnich dniach dochodziło do symbolicznego pogrzebu żuru i powieszenia śledzia na drzewie (lub na kapocie wioskowej ofiary losu). 

Był to symbol kończącego się rygorystycznego postu, a zarazem sygnał by powyciągać naczynia używane do przygotowania potraw z dodatkiem tłuszczu, odłożone przed Popielcem na sam spód szafy, a w niektórych przypadkach wyrzucone nawet do ogródka przez okno izby kuchennej. Oczywiście powyciągać po to, by rozpocząć przygotowywanie świątecznych potraw.

Pierwsze zabiegi czynione były zresztą gdzieś około połowy postu. Ze względu na specyfikę przygotowywania wędlin przez peklowanie rzeź wieprza musiała odbyć się odpowiednio wcześnie, by dla przykładu szynka lub baleron nie miały sinego oczka w środku przekroju.

CZYTAJ TEŻ: Co będzie otwarte w Wielkanoc 2026? Poradnik

Pasztet musiał być zmielony nie mniej niż trzy razy

Myśląc o świętach, które w naszym kraju są zawsze poważnym przedsięwzięciem logistycznym i organizacyjnym, zacząłem się zastanawiać nad organizacją tych przygotowań. Nasunęły mi się pytania o zaopatrzenie, zakupy, ale również o żmudne czynności związane z przygotowaniem pasztetów, ciast, bab, mazurków. Zacząłem się zastanawiać czy prościej kupić składniki sałatki, czy może lepiej ugotować pęczek jarzyn i kroić je samemu. Nie ominęło mnie rozważanie na temat jajek, które będziemy spożywać w okresie świątecznym. Czy można było zapomnieć o świątecznym obiedzie i pieczeni? Oczywiście, że nie. 

Żyję na tym świecie już kilkadziesiąt lat, więc pamiętam z dzieciństwa udrękę kilkugodzinnego kręcenia korbą maszynki do mięsa, bo przecież pasztet musiał być zmielony nie mniej niż trzy razy. Pamiętam też zakaz wyjadania masy na pasztet. Nie dlatego, że było jej mało, ale dlatego, że był post i mięsa jeść nie należało. 

Zastanawiam się nad tym wszystkim, ale z tyłu głowy mam to, że współcześnie sieci handlowe oferują produkty gotowe, które wystarczy rozpakować, a inne włożyć w przygotowanej foremce do piekarnika by uzyskać coś na kształt świątecznej pieczeni. Od kilku tygodni oferują też ciasta, które są tak zakonserwowane, że być może w szczelnym foliowym opakowaniu dotrwają do następnych świąt.

Wędzenie wymaga pokory

Jesteśmy na tyle zalatani, że przygotowania zostawiamy na ostatnie dni, często na Wielką Sobotę. Czy to dobre rozwiązanie, czy może lepiej pracę rozłożyć na więcej dni lub przygotowania zrealizować w rodzinnym zespole? Z tym pytaniem zwróciłem się do Krzysztofa Roberta Szulborskiego, prezesa Stowarzyszenia Kucharzy Polskich.

– Zdecydowanie nie zostawiałbym wszystkiego na ostatnią chwilę – radzi prezes Szulborski. – Święta to nie sprint, tylko proces, który wymaga czasu i zaangażowania. Kiedyś przygotowania trwały kilka dni i uczestniczyła w nich cała rodzina. Dziś wszystko robimy w pośpiechu, a pośpiech w kuchni zawsze oznacza spadek jakości. Tradycja wymaga czasu – i tego nie da się oszukać.

Oczywiście, osoby mieszkające w mieście, w bloku nie mają raczej szans na własnoręczne uwędzenie wędliny, ale le już właścicielom domku z ogródkiem może się zamarzyć próba uwędzenia w beczce. Krzysztof Robert Szulborski zachęca, tych którzy mają po temu warunki, by spróbowali wędzenia, ale jednocześnie przestrzega, że to nie jest zabawa „na jeden raz przed świętami”. To rzemiosło.

– Dziś wielu osobom wydaje się, że wystarczy obejrzeć film w internecie i już wszystko wiedzą. A tak nie jest. Wędzenie wymaga doświadczenia, wyczucia i pokory. Bez tego efekt będzie daleki od tego, co pamiętamy z dzieciństwa.

Pytany o to dlaczego tradycyjne pieczenie, przygotowywane pieczołowicie dla całej rodziny, dziś zastępowane są przez gotowce konfekcjonowane przez zakłady mięsne, prezes SKP zauważa, że problem nie polega na tym, że nie potrafimy – problem polega na tym, że coraz mniej nam się chce. 

– Młode pokolenie bardzo często idzie na skróty. Nie chce poznawać rodzinnych receptur, nie chce uczyć się od rodziców czy dziadków. Woli kupić gotowy produkt, który jest „szybki i wygodny”. Tylko że to nie jest prawdziwa kuchnia. To są produkty naszpikowane chemią, konserwantami, wzmacniaczami smaku. Tam nie ma serca, nie ma tradycji, nie ma jakości. Pieczeń kiedyś była dumą domu – przygotowywana godzinami, doglądana, podlewana, dopieszczana. Dziś zastępują ją gotowce, które wystarczy podgrzać. I to jest ogromna strata. Bo kuchnia to nie tylko jedzenie – to proces, zapach, emocje. Gotowiec nigdy tego nie odda.

Kuchnia spokojna i pełna szacunku

Rozważając wspólne, rodzinne przygotowywanie świąt zastanawiam się czy da się odszukać analogie między pracą kuchni zawodowej a domowym przygotowaniem świąt. Czy podział obowiązków będzie równie dobry w domu, czy zredukuje stres gospodyni, a jednocześnie zintegruje rodzinę? Da się to zrobić spontanicznie, czy należy stworzyć listę zadań i odpowiedzialności za nie? 

Zdaniem Krzysztofa Roberta Szulborskiego kuchnia zawodowa uczy organizacji i współpracy. W domu powinno być dokładnie tak samo. Podział obowiązków to nie tylko wygoda, ale też sposób na budowanie relacji. Jeśli wszystko robi jedna osoba, pojawia się stres i frustracja. Jeśli robimy to razem – pojawia się radość i sens.

– Świąteczna kuchnia powinna być spokojna i pełna szacunku. To nie jest miejsce na nerwy. Ale pamiętajmy – atmosfera bierze się też z podejścia. Jeśli idziemy na skróty, kupujemy wszystko gotowe i robimy to „na szybko”, to trudno mówić o magii świąt. Magia rodzi się w pracy, w zapachu gotujących się potraw, w rozmowie i wspólnym działaniu 

Posiłki świąteczne powinny być doniosłym, niezapomnianym wydarzeniem. Może się nad tym nie zastanawiamy, ale zrzucenie zadań związanych z ich przygotowaniem na panią domu (czasami z pomocniczką w postaci matki) sprawia, że osoba je przygotowująca spędzi ostatnie godziny przed świętami na ciężkiej pracy. Bo przecież praca w kuchni, gdy chcemy zrobić coś z zaangażowaniem, a nie wyłącznie odgrzać gotowca, do lekkich nie należy. Efekt jest taki, że w chwili, gdy domownicy i zaproszeni goście siadają do stołu i cieszą się tym, co zostało przygotowane, gospodyni odczuwa zmęczenie, stres związany ze spełnieniem oczekiwań biesiadników i tak na serio, to chętnie chciałaby szybko skończyć ten posiłek i odpocząć.

Każdy jest w czymś mistrzem

Można jednak inaczej. Nic nie stoi na przeszkodzie temu, by dwa lub trzy tygodnie przed świętami odbyć roboczą naradę. W jej trakcie ustalone może być menu świątecznego posiłku. Jak wiadomo, od menu blisko do listy zakupów, a co za tym idzie do deklaracji, kto się ich podejmie.

Planowanie jest ważne, ale nie jest najważniejsze. O wiele ważniejsze jest to, by każdy członek rodziny zabrał się w decydującym momencie do przygotowania czegoś, w czym jest mistrzem. Są przecież mistrzowie pieczeni, są mistrzowie precyzyjnego cięcia składników na sałatkę jarzynową, która będzie miała domowy smak, a wyglądać będzie jak wykonana przez maszynę z laserowymi nożami. Wielu z nas nie ma ręki do ciast, ale jest też jedna osoba, która nie tylko upiecze sernik, który nie opadnie, ale jeszcze idealnie rozprowadzi kajmakowy krem na mazurku i wykona wzory będące przeciwieństwem przemysłowego kiczu. Oczywiście, umiejętność wykonania sernika i zdobienia mazurków nie musi iść w parze z umiejętnością pracy z ciastem drożdżowym. Do tego trzeba mieć rękę, więc najlepiej zaprosić nestorkę rodu, która niejedną babę wielkanocną już upiekła. 

Wspólna praca w kuchni męczy, więc nie odmawiajcie sobie przyjemności w postaci dobrej muzyki, przekąsek, a nawet napojów. Rozmawiajcie, śmiejcie się, gdy ktoś obsypie się mąką lub ubrudzi nos majonezem. Jeżeli nie boicie się, rozważajcie eksperymenty. Choćby nawet pozwólcie dzieciom barwić jajka naturalnymi barwnikami i obserwować efekty. Jeżeli jecie żur na świąteczne śniadanie, to rozważcie zastosowanie żuru owsianego, który był w częstym użyciu przed laty.

Spotkajmy się jeszcze w niedzielę rano

Przede wszystkim zaś pamiętajcie, że dobrze wyglądające dania, a więc i stół biesiadny musi cechować się świeżością, więc nie róbcie błędu polegającego na przygotowywaniu w sobotę gotowych półmisków na niedzielne śniadanie. Jakkolwiek w wielu miejscach znajdziecie ofertę cateringu świątecznego, to jednak, dla przykładu talerz wędlin pokrojonych poprzedniego dnia nigdy nie będzie wyglądać tak, jak te nakrojone na świeżo wedle wcześniej ustalonego planu. Jeszcze gorzej będzie z wszelkimi jajkami faszerowanymi pastami na bazie majonezu. Te mogą wyglądać jak zmęczone produkty gastronomii dworcowej z czasów PRL. Rozwiązaniem jest przygotowanie w sobotę wszystkich półproduktów i ponowne spotkanie rodzinnego zespołu w niedzielę rano by połączyć składniki i ułożyć je na półmiskach.

Pamiętajcie, że wspólne gotowanie na święta to nie tylko kwestia smacznego jedzenia, ale przede wszystkim czas spędzony na byciu razem, czego najczęściej na co dzień nie doświadczamy. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze