Czy polskie kino unika tematów dotyczących Boga? "Twórcom nie jest z religią po drodze"

Przytłaczająca większość polskich twórców filmowych to ludzie, którym raczej z religią nie jest po drodze. A przynajmniej nas o tym nie informują w swoich filmach – mówi filmoznawca, prof. Krzysztof Kornacki
Czy polskie kino unika tematów dotyczących Boga? "Twórcom nie jest z religią po drodze"
Od jakiejś dekady mamy dwie, skrajnie odmienne ścieżki rozwoju tematyki religijnej. Z jednej strony wciąż powstają filmy hagiograficzne, z drugiej filmy w ten lub w inny sposób atakujące katolicyzm. Na zdjęciu kadr z filmu Piotra Domalewskiego „Ministranci”

Autor: Michał Charyton | Next Film

W historii polskiego kina nie znajdziemy wielu filmów, które dotykałyby takich problemów jak zmaganie się z Bogiem, poszukiwanie go czy buntu przeciw niemu. 

To prawda. W tym sensie polskie kino jest mało „teologiczne”, inaczej niż np. francuskie lub skandynawskie. U nas dominują wizerunki Kościoła katolickiego jako instytucji, Kościoła jako elementu walki narodowowyzwoleńczej czy obrazy z zakresu moralności chrześcijańskiej. Przed wojną kino polskie było bardzo prokatolickie, ale takim katolicyzmem tradycjonalistycznym, obrzędowym. To były filmy operujące melodramatycznym schematem. Trudno więc było w takich filmach jak „Pod Twoją obronę” czy „Ty co w Ostrej świecisz Bramie” doszukiwać się wielkich przeżyć duchowych.

CZYTAJ TEŻ: Jubileuszowy gdyński festiwal filmowy zakończony. „Ministranci” rozbili bank z nagrodami

A w czasach PRL?

Komunizm, jak wiadomo, był programowo materialistyczny i traktował religię jako „opium dla ludu”. Marksistom nie zależało na tym, żeby pokazywać walki duchowe czy religijne bohaterów. A jeśli już, to takie, w których ponosili oni sromotne porażki ze względu na swój fanatyzm, powierzchowność wiary czy niezrozumienie świeckich potrzeb człowieka. To przypadek „Matki Joanny od Aniołów” czy „Drewnianego różańca”. A jeśli mieliśmy do czynienia z obrazami, które pozytywnie waloryzują religię, to raczej wtedy, gdy odwoływały się do przeszłości i wpisywały wiarę w tradycję narodową, by wymieć choćby „Krzyżaków” – gdzie pokazany jest „dobry katolicyzm”, czyli nasz i „zły katolicyzm” Niemców, czy „Potop”. Sytuacja zmieniła się w późnym PRL, w kinie społeczno-politycznego protestu: można więc było pokazać religijny wymiar wydarzeń Sierpnia ‘80 („Człowiek z żelaza” Andrzeja Wajdy) czy próby nawrócenia niewierzącego („Przypadek” Krzysztofa Kieślowskiego).

Był też Krzysztof Kieślowski. W jaki sposób patrzy pan na „Dekalog”, cykl filmowy, który reinterpretuje dziesięć przykazań właśnie w realiach PRL?

Zanim odpowiem na to pytanie, relacje między kinem, a religią nieco skomplikujmy. Dużo łatwiej jest mówić o tematyce religii w kinie, niż o kinie religijnym. Co bowiem miałoby to znaczyć? Religijny, bo dotyka tematu religijnego? Ale w takiej sytuacji za religijne można by uznać nie tylko te filmy, które pokazują wiarę w sposób afirmujący (obrzędy, świętych, wierzących itp.) ale paradoksalnie też te, które wiarę krytykują, czyli są… antyreligijne. A może filmem religijnym jest ten, w którym poprzez treść obrazu twórca mówi z ekranu „wierzę w Boga!”? A widz odpowiada – „ja też!”. Dla filmoznawcy jest jeszcze trzecie rozumienie filmu religijnego, bardziej metafizyczne, niż konfesyjne, w którym dotyka się Tajemnicy, ale jej nie określa wprost. Tak właśnie jest w filmach Kieślowskiego. Kieślowski nigdy nie deklarował się poprzez swoje filmy ani też publicznie jako wierzący. Ale – jak pisał Michał Klinger – „podprowadzał do Wrót Tajemnicy”. Tworząc „Dekalog” – zadawał pytania nie tylko jak żyć, ale też czy jest jakaś instancja, która to życie czyni sensownym? Kieślowski, jak Robert Bresson, Andriej Tarkowski czy wczesny Krzysztof Zanussi nie byli wprost konfesyjni. Ich filmy operują symbolami i ascezą, które ewokują skojarzenia ze światem boskim, ale nie robią tego w sposób łopatologiczny. Przyznaję, że takie kino jest mi szczególnie bliskie.

Po 1989 roku cenzury już nie było… 

I wydawałoby się, że teraz polska kinematografia po dekadach posuchy, zaroi się filmami religijnymi, skoro społeczeństwo w swej masie było katolickie. Efekt był jednak niejednoznaczny i różny w różnych okresach tego blisko już czterdziestolecia. Tuż po Okrągłym Stole zaczęły powstawać filmy, na które wcześniej nie było szans, czyli hagiografie, by wymienić choćby „Życie za życie”, „Faustynę”, „Brata naszego Boga”, „Prymasa. Trzy lata z tysiąca” czy późniejszego „Popiełuszkę. Wolność jest w nas”. To filmy jednoznacznie zdeklarowane religijnie, dla konkretnego odbiorcy, powiedzmy sobie też szczerze – nie są to arcydzieła. Hagiografie to najmniej atrakcyjny dla każdego kinomana przekaz filmowy. Można powiedzieć, że jest to taka ekranowa Biblia Pauperum. Ale, jak to w demokracji, od razu pojawiły się również obrazy, które krytykowały Kościół katolicki, jego rolę w życiu publicznym oraz jakość polskiego katolicyzmu, by wspomnieć choćby „Psy”, „Człowieka z…”, „Porę na czarownice”, „Pokuszenie” czy „Wielki Tydzień” (przypadek antysemityzmu). Sporo było moralitetów chrześcijańskich z ducha by wspomnieć choćby filmy Jerzego Stuhra: „Historie miłosne”, „Tydzień z życia mężczyzny”, „Pogoda na jutro” czy „Edi” Piotra Trzaskalskiego. Sporo było też, że tak powiem, religijności rozrywkowo-widowiskowej: „U Pana Boga za piecem”, „Ogniem i mieczem”, „Quo Vadis”, „Anioł w Krakowie”, cała seria „Listów do M”.

Ale nie są to filmy o wadzeniu się z Bogiem, o rozterkach duszy…

Właśnie. Po upadku komunizmu powstało bardzo mało filmów, w których prezentowano by katolików, bo to wyznanie oczywiście bezwzględnie dominuje, duchownych i świeckich w ich walce duchowej. To przykłady filmów Zanussiego („Suplement”, „Obce ciało”), może też „Teraz i zawsze” Pilarczyka i najlepszy z tego zestawu „Wszystko będzie dobrze” Wiszniewskiego.

Dlaczego tak się dzieje?

Moim zdaniem wynika to z faktu, iż przytłaczająca większość twórców filmowych to ludzie, którym raczej z religią nie jest po drodze. A przynajmniej nas o tym nie informują w swoich filmach.

A jak jest dziś?

Od jakiejś dekady mamy dwie, skrajnie odmienne ścieżki rozwoju tematyki religijnej. Z jednej strony wciąż powstają filmy hagiograficzne, tyle że robione przez katolickich producentów, takich jak Fundacja Lux Veritatis („Zerwany kłos”, „Nędzarz i madame”), Stowarzyszenie Rafael („Karolina”, „Bóg w Krakowie”), Fundacja Filmowa im. św. Maksymiliana Kolbe („Miłość i miłosierdzie”, „Czyściec”, „Prorok”, „Ja jestem niepokalane poczęcie”) i twórców związanych z tym nurtem jak Witold Ludwig, Dariusz Regucki czy Michał Kondrat. Przy czym zarówno budżety, niewielkie, jak na polską kinematografię, jak i sposób ich zdobywania (często jest to zbiórka) oraz status reżyserów – samouków, sprawiają, że jest to zjawisko lokujące się niejako obok profesjonalnego przemysłu filmowego. Niszowe – co nie znaczy, że filmy te nie mają swojej publiczności. Niektóre osiągają w Polsce około ćwierć miliona widzów. A fenomenem okazał się film Kondrata „Miłość i miłosierdzie” o siostrze Faustynie, który z sukcesem pokazywano w USA. W efekcie czego globalnie zarobił 3,5 mln dolarów. W jednym z dziennych box-office’ów w Stanach znalazł się nawet na drugim miejscu, tuż za „Jokerem”! Drugi nurt, mniej więcej od dekady, to filmy w ten lub w inny sposób atakujące katolicyzm i katolików. Dobrym tego przykładem jest choćby „Kler” Wojciecha Smarzowskiego czy „Ministranci” Piotra Domalewskiego.

Może nie samą religię się w nich atakuje, ale raczej instytucję kościelną.

Nie można zapominać, że Kościół jest doktrynalną częścią katolicyzmu. Krytykując go, krytykuje się więc także religię. Zdecydowana większość ataków na Kościół dokonywana jest z perspektywy doktryny moralnej. Co sprowadza się zazwyczaj do apelu, aby ludzie Kościoła – duchowni i świeccy – zachowywali się tak, jak nakazuje Ewangelia, byli dobrzy, współczujący, kierowali się caritas. Takich filmów atakujących katolicyzm w jego instytucjonalnym kształcie, a także moralne defekty katolickiej wspólnoty jest wiele. To „Kto nigdy nie żył”, „Made in Poland”, „W imieniu diabła”, „Ostatnie piętro”, „Pokłosie”, „Sekret”, „W imię…”, „Obywatel”, „Cicha noc”, „Boże Ciało”, „Wszystkie nasze strachy”, „Ostatnia wieczerza”, „Dom dobry” itd.

A prezentowane są inne religie czy wyznania?

Bardzo rzadko. Silnie new age’owa była wczesna twórczość Jana Jakuba Kolskiego, łącząca magię, wierzenia pierwotne z chrześcijaństwem. Dzisiaj można mówić też o elementach neopogaństwa wyrastającego z ekofeminizmu („Wieża jasny dzień” czy „Pokot”). To filmy w wyraźnej, ideologicznej kontrze do katolicyzmu, ale jednocześnie proponują coś w zamian, np. myśl, że powinno się żyć w zgodzie z naturą, że to natura jest bogiem.

Zbliżają się święta i gdybyśmy chcieli podyskutować przy stole o religii w polskim kinie, to chyba nie bardzo jednak jest o czym.

To zależy. Jeśli miałaby to być rodzinna kłótnia to, jak próbowałem uzasadnić wcześniej, znajdziemy takich filmów wiele (śmiech). Ale jest kilka filmów i nazwisk, które skłaniać mogą do namysłu, kontemplacji, ćwiczenia duchowego. Ja np. chętnie wracam do klasycznych dzieł Kieślowskiego i Zanussiego. Mówiąc o Zanussim myślę o jego debiucie „Struktura kryształu”, a zwłaszcza o „Iluminacji”, bo to znakomite dzieło, które rozum empiryczny konfrontuje z pytaniami metafizycznymi, także religijnymi. Takie metafizyczne pytania są dobre w momentach, kiedy człowiek musi się zatrzymać i pomyśleć o swojej przyszłości już poza tym światem. I „Dekalog” Kieślowskiego, którego nikt i nic nie przeskoczy. To nie przypadek, że „Dekalog” jest od lat, mówiąc kolokwialnie, wałkowany na Zachodzie jako bardzo ważny tekst kultury. Nie przypadkiem też Stanley Kubrick uznał go za jeden z najlepszych cykli filmowych, jakie kiedykolwiek powstały. Ze współczesnych dodałbym jeszcze „Boże Ciało”, bo ono jest głębsze, niż inne filipiki przeciwko Kościołowi. A także „Idę”, utrzymaną w moim ulubionym ascetycznym kluczu. Sam Paweł Pawlikowski mówił, że chciał zrobić także film religijny. I trochę go zmartwiło, że cała dyskusja została zwekslowana na tory polsko-żydowskie. Dodałbym do tego nieco zapomniany film „Wszystko będzie dobrze”, bo o naturze chrześcijańskiej wiary, w tym zaufaniu do Boga, mówi więcej, niż niejeden traktat. Wiem, że wielu mocno przeżyło film „Johnny” (milion widzów w kinach), ale dla mnie to taki obraz katolickiego celebryty. Choć oczywiście trzeba docenić, bo to jeden z bardzo nielicznych, współczesnych obrazów pozytywnie waloryzujących księży.

Czy w rodzimym kinie często pokazuje się święta Wielkiej Nocy?

No właśnie, paradoksalnie nie często. A jak już, to krytycznie, jak np. w „Powrocie” czy w „Body/Ciało”. Oczywiście, można powiedzieć, że każde pokazanie na ekranie krzyża przypomina to święto, ale byłaby to zbyt szeroka formuła. Ciekawym, ale bardziej intelektualnie, niż duchowo, jest eksperyment z filmu „Młyn i krzyż” Lecha Majewskiego, o malowaniu przez Pietera Bruegela obrazu „Droga krzyżowa”. Z kolei rodzajem teologicznej uzurpacji jest, moim zdaniem, film Marka Koterskiego „Wszyscy jesteśmy Chrystusami” ze scenami niesienia krzyża. Koterski nie wyjaśnia, co to znaczy, że wszyscy jesteśmy Synami Bożymi – bo wszyscy, jak bohaterowie filmu, cierpimy? To trochę za mało… Dla wierzących cierpienie Chrystusa miało swój ponadczasowy sens – zbawczy.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze