Reklama Radio Gdańsk Pomorskie na pełnym baku

Orban przegrał i co dalej? Polityczny krajobraz Węgier i Europy po niedzielnych wyborach

Po przegranej Viktora Orbana na Węgrzech polityczni eksperci widzą chwilowy oddech dla demokracji i cios dla populizmu. Ale ostrzegają: walka z alt-prawicą, prorosyjskimi wpływami i autorytarnymi tendencjami w Europie Środkowej dopiero się zaczyna.
Orban przegrał i co dalej? Polityczny krajobraz Węgier i Europy po wyborach
Porażka Viktora Orbána w wyborach parlamentarnych na Węgrzech to ważny moment dla demokracji w Europie Środkowej. Eksperci podkreślają jednak, że walka z populizmem i prorosyjskimi wpływami dopiero się rozpoczyna.

Autor: Facebook | TISZA Párt

Stawka wyborów parlamentarnych na Węgrzech była dużo wyższa niż przyszłość tamtejszej demokracji. Politolodzy patrzą na to, co stało się w minioną niedzielę nad Dunajem, jako poligon walki z populizmem o tendencjach autorytarnych. Patrzą z umiarkowanym optymizmem. 

Magyar znał tę partię od środka

Adam Balcer, dyrektor programowy Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego pytany o przyczynę porażki Viktora Orbana i Fideszu wskazuje przede wszystkim na problemy węgierskiej gospodarki: inflację, deficyt, stagnację, recesję i bezprecedensową w Unii Europejskiej korupcję. 

– Pewne oznaki słabości Fideszu widać było już od paru lat, ale kluczowe było pojawienie się realnej politycznej alternatywy. W poprzednich wyborach Fides walczył z opozycją podzieloną albo zjednoczoną w ramach koalicji. Zawsze była ona jednak zróżnicowana wewnętrznie. Teraz miał naprzeciwko siebie nie pospolite ruszenie, ale karną armię, zorganizowaną hierarchicznie, w ramach której było dużo wolontariuszy, działaczy, aktywistów i był klarowny lider – Peter Magyar, który jest politykiem o wiele bardziej dynamicznym, niż Viktor Orban. Ruszył w teren, gdzie miał znacznie więcej spotkań, niż dotychczasowy premier – wyjaśnia warszawski politolog.

Jego zdaniem te wybory pokazały jak ważny – niezależnie od aktywności w mediach społecznościowych – jest bezpośredni kontakt z ludźmi. 

– Żeby nie było wątpliwości: mówimy o populiście, polityku, który jest też charyzmatyczny, ma „gadane”, i który niedawno odszedł z Fideszu więc zna tę partię od środka. To wszystko, w połączeniu z historyczną frekwencją, która doszła do 80 proc. i ordynacją wyborczą stworzoną przez Orbana „pod siebie”, przyniosło TISY większość dwóch trzecich w parlamencie.

Nowe Węgry, rozliczenia i rachuby Orbana

Pytany o priorytety Magyara Adam Balcer wskazuje na konieczność szybkiego odblokowania pieniędzy z Unii Europejskiej, bardzo potrzebnych węgierskiej gospodarce.

– Na pewno ludzie oczekują rozliczeń, chcą rządów prawa, chcą reformy wymiaru sprawiedliwości. W odróżnieniu od sytuacji w Polsce po wyborach w 2023, ta ekipa ma naprawdę dużą władzę. Słychać nawet takie głosy, że trzeba zbudować „nowe Węgry” i przegłosować nową konstytucję, która zagwarantuje, że Fidesz nie wróci do władzy. Ale też media i społeczeństwo obywatelskie muszą patrzeć tej władzy na ręce, bo ona ma naprawdę bardzo duże kompetencje. Czy nie poczują pokusy, żeby nie zmieniać wszystkiego i część tych kompetencji sobie zostawić? 

Zwolennicy TISZY świętuja w powyborczą noc (fot. Facebook TISZA Párt)

Politolog zwraca uwagę, że Viktor Orban nie poniósł on totalnej klęski. Został znokautowany, przegrał walkę, ale to nie koniec jego kariery. Ma 62 lata, jest więc młodszy niż Donald Tusk czy Jarosław Kaczyński, nie wspominając o Donaldzie Trumpie. Zdobył prawie 40 proc. głosów. Fidesz kontroluje też wszystkie władze wojewódzkie, poza Budapesztem. 

– Z jego perspektywy kluczową kwestią jest jak daleko pójdą rozliczenia. Zakładam, że nie ucieknie z kraju, tylko będzie starał się maksymalnie wydłużyć ewentualne proces sądowe. Szczególnie, że węgierskie sądownictwo to stajnia Augiasza, która wymaga bardzo poważnych reform, a przede wszystkim odpolitycznienia. Ta władza będzie chciała to zrobić, ale to zajmie trochę czasu. Niewykluczone więc, że Orbanowi uda się dotrwać bez wyroku do do kolejnych wyborów – przewiduje Adam Balcer..

Polityczna walka toczy się dalej

Czy przegrana Viktora Orbana faktycznie zwiastuje odwrócenie trendu przejmowania władzy w Europie Środkowo-Wschodniej przez polityków o tendencjach antydemokratyczny, w dodatku mniej lub bardziej otwarcie sprzyjających putinowskiej Rosji?

– Oczywiście trendy funkcjonują także w polityce, ale polityka nie jest punktowa, jest grą, która trwa ciągle – prostuje dr Agnieszka Bryc, politiolożka z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, specjalizująca się w polityce zagranicznej Rosji. – Orban przegrał, a zarazem świat poszedł do przodu. To znaczy jesteśmy już po tym fakcie, a te środowiska, które popierały Orbana zauważyły i przyjęły do wiadomości tę wielką porażkę – zarówno z punktu widzenia Moskwy, jak i Waszyngtonu. 

Analityczka wysnuwa z tego wniosek, że walka toczy się dalej. To może być motywacja do jeszcze większego zwierania szyków przez tę populistyczną alt-prawicę. Więc to jest tak, że teraz proeuropejscy demokraci mogą odetchnąć z ulgą. Będzie jeszcze wiele okazji do tego, żeby jednak ta populistyczna prawica osiągnęła jakieś sukcesy. Za chwilę mamy wybory w Bułgarii, za rok wybory w Polsce. Przed nami są jeszcze Francja i Niemcy, gdzie w ostatnim sondażu poparcia partii politycznych AfD przegoniła chadeków. 

Fałszywi konserwatyści

Zdaniem dr Bryc owo sprzęgnięcie europejskich ruchów alt-prawicowych z Putinem wynika przede wszystkim z ich bliskości ideologicznej, której komponentem jest nie tyle konserwatyzm, co „narodowe chrześcijaństwo”.

– Konserwatyzm to fałszywa kategoria w odniesieniu do tych ruchów, które mają raczej charakter rewolucyjny. One nie chcą przywracać starego porządku, przeciwnie – chcą go zrewolucjonizować. a One chcą rewolucjonizować, prawda, za stały porządek. Mamy z jednej strony zapatrzony w Trumpa ruch MAGA w Stanach, z drugiej narodowych chrześcijan w Rosji, którzy mówią o Władimirze Putinie, jako o katechonie, czyli o sile dobra, która powstrzyma deprawację liberalnego zachodniego świata. To jest taka wspólna soczewka, filtr przez który patrzą na świat, podobne wartości więc to sklejenie jest naturalne. Co jednak nie znaczy, że europejska prawica nie może nie być prorosyjska. Oczywiście pod warunkiem, że nie będzie miała w sobie tego komponentu fundamentalistycznego. Może się ożywić taka konserwatywna chadecja. Zobaczymy.

Putin zły, ale jego koledzy niekoniecznie...

Pytana o to czy nowa mapa podziałów politycznych w Europie może teraz przebiegać według kryterium antyputinowski-proputinowski politolożka zaznacza, że można być proputinowskim otwarcie, albo „krypto”, czyli oficjalnie deklarować antyrosyjskość, ale jednocześnie bardzo być antyzachodnim i antyliberalnym. 

– Polska prawica, w którą wpisuje się PiS, oficjalnie nie dopuszcza sojuszu z Putinem, ale jednocześnie to im nie przeszkadzało w „romansie” z politykami proputinowskimi, takimi jak Viktor Orban, Marine Le Pen i tak dalej.

Zdaniem politolożki to bardzo niejednoznaczna sytuacja, bo na zewnątrz polska prawica deklaruje antyrosyjskość i oburza się, kiedy ktoś próbuje to kwestionować, ale nie widzi problemu w tym, że to co robi sprzyja przede wszystkim Putinowi, czyli wzmacnia wszystkie te ruchy, które rozsadzają Unią Europejską od środka i wzmacniają to całe środowisko „patriotów”, czyli alt-prawicy europejskiej. Te frakcje, choć mówią o sobie: „reformatorskie”, wcale nie myślą o zmianie tego, co jest europejskim mainstreamem, tylko o rozsadzeniu Unii od środka. 

– Niby myślą w kategoriach suwerenistycznych, ale hasła, które głoszą powielają narrację, którą szerzą ideolodzy MAGA, czy propaganda spod znaku Alekandra Dugina. To są dylematy naszej naszej prawicy – podsumowuje Agnieszka Bryc. 

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama