Świeżość, która brzmi znajomo
No właśnie, w przyrodzie nic nie ginie. Sekwencje powracających trendów widzimy wszędzie - moda, polityka, lifestyle, a także muzyka. I, oczywiście, to nie jest moment, w którym rock and roll ponownie sięga po światowy prym w mainstreamie. Do tego wciąż daleka droga i kto wie, czy w ogóle do tego dojdzie, jednak widać rosnące zainteresowanie gitarowym brzmieniem.
Dzisiaj trendy kształtowane są inaczej i często przypadkowo. Jeśli coś stanie się viralem, jeśli „zażre” na TikToku, wówczas momentalnie ląduje w mainstreamie. Z Leap może nie do końca tak było, ale Brytyjczycy świetnie potrafią lawirować w tym, co dzisiaj działa.
Zespół złożony z czwórki młodych muzyków, których doświadczenia tworzą wielowymiarowy tygiel wymiany inspiracji, czerpie z wielu wielkich źródeł. Muzycznie to jest estetyka osadzona gdzieś pomiędzy U2, Bon Jovi, Tame Impala i Youngbludem. Dużo tu się dzieje, ale jednocześnie Leap nie tworzy chamskiej kalkomanii, tylko umiejętnie wykorzystuje to, co sprawdzone.
Energia, która udziela się wszystkim
O tej wielowymiarowości świadczy również image formacji. Na czele frontman z „jaggerowską” energią i podobnym sposobem oddziaływania na publiczność; mamy też basistę-żartownisia żywcem wyjętego z jakiegoś Puddle of Mudd czy innego Alien Ant Farm z początku Millenium; gitarzysta ewidentnie zafascynowany latami 90. i energią Rage Against The Machine. O dziwo w tym wszystkim najbardziej stonowany jest bębniarz - który zazwyczaj jest przecież największym freakiem w składzie. Ale i tak nie sposób nie skupić na jego naprawdę świetnej technice i potężnym brzmieniu.
Leap przyjechali do Gdańska w ramach trasy promującej album „Entropy”. W związku z tym, że to ich debiut, koncert skupił się właśnie na utworach z tego krążka, ale nie zabrakło również kompozycji z początków działalności. Dużo tu przyjemnego, tanecznego gitarowego grania. Najlepiej świadczy o tym fakt, ze publiczność ani na moment się nie zatrzymywała. Ale i tak raz po raz dodatkowo była nakręcana przez frontmana.
Brytyjczycy są u progu swojej wielkiej kariery, ale już grają po setkę koncertów w roku w całej Europie i wydaje się tylko kwestią czasu, kiedy ruszą za ocean lub na Antypody. Są bardzo konsekwentni i jednocześnie doskonale zdają sobie sprawę z istoty wdzięczności wobec fanów. W Gdańsku wielokrotnie im dziękowali i łechtali, a po koncercie zbili piątkę i chwilę pogadali podczas spotkania przy stoisku z merchem. Wiele zespołów w ten właśnie sposób urosło w bardzo krótkim czasie - połączeniem konsekwentnej pracy i budowaniem bliskiej relacji z fanami.
Więcej niż chwilowy hype?
Oczywiście Leap to nie jest zespół, który nagle zmieni rynek. Ten wydaje się dziś sformatowany pod bardzo konkretnego odbiorcę oraz pędzący świat social mediów. Niemniej, na pewno warto docenić, że takie zespoły powstają i są w stanie przebić się dalej niż tylko poza swoją bańkę. W B90 było to dobrze widać, ponieważ publiczność była mocno zróżnicowana - od die hard fanów po osoby, które po prostu przyszły posłuchać nowej twarzy brytyjskiej alternatywy.
Należy również cieszyć się, że wciąż są też organizatorzy - w tym przypadku DM Agency - którzy dostrzegają takich wykonawców i ściągają ich do Polski. W tym do Gdańska. Oczywiście wciąż nie możemy u nas liczyć na taki urodzaj jak w Warszawie, ale jednak od czasu do czasu trafi się koncert wykonawcy, na którego warto zwrócić uwagę. Jest to odświeżające w kalendarzu rokrocznie zdominowanym przez tych same nazwy.
Leap tymczasem ruszają dalej i - kto wie - może podczas kolejnej wizyty w Polsce będą już zespołem o ugruntowanej marce. Widzieliśmy już kilka takich przypadków i naprawdę nie zdziwię się, jeśli to będzie kolejny. To nie jest przypadkowy zespół - ma na siebie pomysł, brzmi dobrze, świetnie funkcjonuje na scenie i wydaje się odnajdywać w schematach dzisiejszego mainstreamu.
























Napisz komentarz
Komentarze