Reklama Radio Gdańsk Pomorskie na pełnym baku

„Zapraszamy do kryminału”. Krzysztof Bochus: Kryminał jest jak wizjer w drzwiach

Tym razem w cyklu „Zapraszamy do kryminału” przesłuchaliśmy Krzysztofa Bochusa. – Dbam, żeby czytelnik rozglądał się dookoła, w lewo i w prawo. I żeby patrzył szerzej, widział Wolne Miasto Gdańsk, chłonąc nie tylko urodę miasta, ale także jego ciemne, odrażające zaułki – mówi autor powieści.
Ryszarda Wojciechowska, Krzysztof Bochus
W cyklu „Zapraszamy do kryminału” Krzysztof Bochus – mistrz kryminału retro

Autor: Robert Rozmus | Zawsze Pomorze

Czy życie pisarza powieści kryminalnych jest znośne?

Nie narzekam. Uważam zawód, jaki wykonuję za rodzaj uprzywilejowania. Robię bowiem to, co lubię, i jeszcze mi za to płacą. Poza tym, warto zaznaczyć, że wprawdzie rozpocząłem swoją karierę literacką dość późno, ale starałem się dobrze do niej przygotowywać. Przez wiele lat byłem zawodowym dziennikarzem. Potem pracowałem w dużych korporacjach. Zawsze jednak gdzieś w tyle głowy siedziało marzenie, żeby do pisania wrócić. Aby jednak je spełnić, musiałem zabezpieczyć sobie jakiś materialny fundament. I tak się stało.

Zacząłeś pisać powieści w momencie, w którym można już odcinać kupony od życia i własnego sukcesu. Po co więc było pchać się do rzeki o rwącym nurcie?

Po dwudziestu kilku latach miałem już serdecznie dość zawodu dziennikarskiego. Odpowiedzialności, rutyny, pewnej powtarzalności. Chciałem czegoś nowego.

Zamarzyłeś o płodozmianie.

Pomyślałem, że kiedyś były pięciolatki, a ja sobie wdrożę taki plan siedmioletni – tym razem biznesowy. Zupełnie zmienię skórę, a na pewno otoczenie i profesję. W dużej firmie deweloperskiej zostałem rzucony na głęboką wodę. Odpowiadałem w niej za marketing. To była szkoła życia, bywało pod górkę – ale niczego nie żałuję. Utrzymałem się na powierzchni, a przede wszystkim czegoś nowego się nauczyłem oraz zebrałem nowe doświadczenia.

Od czasów dziennikarskich hołduję takiej teorii: że im więcej wiesz, im więcej poznasz ludzi, im więcej rozmów przeprowadzisz przy porannej jajecznicy, przy wódce czy na przystanku PKS, tym lepiej dla ciebie jako dziennikarza, a w przyszłości także pisarza. Zbierałem więc te doświadczenia życiowe.

Można powiedzieć, że jestem rodzajem kolekcjonera, zbieraczem ludzkich historii. Teraz dyskontuję ten zebrany kapitał jako pisarz.

Ale plan siedmioletni w biznesie się skończył...

A ja pomyślałem, że może już czas najwyższy na literaturę. Zwłaszcza, że w głowie kiełkował mi pewien pomysł na pierwszą książkę. Wtedy myślałem, że to będzie jeden literacki strzał. Tak powstał neogotycki czarny kryminał osadzony w mieście, które doskonale znam, czyli w Kwidzynie.

Mieszkasz w Warszawie. Dlaczego więc na akcję pierwszego kryminału wybrałeś Kwidzyn?

Nie tylko dlatego, że w Kwidzynie się urodziłem i spędziłem pierwsze lata życia. Pomyślałem, że jak mam znaleźć coś, co mnie odróżni od moich utalentowanych koleżanek i kolegów, to będzie to nie tylko fabuła książki, ale także miejsce, którego nikt wcześniej nie opisał.

Padło na Marienwerder: zakurzone, zachodniopruskie miasteczko w przededniu wielkich, epokowych wydarzeń, które zmienią i przeorają losy świata. Pojawili się w nim też mój bohater – małomówny, pedantyczny radca Abell, ze swoim towarzyszem, wachmistrzem Kukulką. W moim zamierzeniu ta para miała nie tylko rozwiązywać intrygujące zagadki kryminalne, ale także odgrywać rolę świadków pewnej epoki. Nie zabrałem się bowiem za pisanie książek tylko dlatego, żeby opowiadać ciekawe fabuły kryminalne. Zależało mi, żeby czytelnicy odnaleźli w nich coś więcej.

Dlatego staram się w nienachalny sposób przemycić w tych powieściach także prawdę o nas samych oraz trudnych wyborach moralnych, przed jakimi stawali ludzie w tamtej epoce.

Twoje literackie DNA to mieszanie prawdziwej historii z fabułą. Ale dla nas wartość ma także to, że na Pomorzu znalazłeś swoją literacką ziemię obiecaną. A twoje kryminały retro przypominają nam Wolne Miasto Gdańsk. Co cię tak fascynuje w jego historii?

Pochodzę z Kwidzyna, ale Gdańsk i Pomorze uważałem za znakomity temat literacki. Mówiłem o tym wielokrotnie w wywiadach oraz pisałem w różnych tekstach, że moim zdaniem, nie ma takiej drugiej krainy w Polsce, może poza Dolnym Śląskiem, która byłaby tak plastycznym, a także dającym ogromne możliwości tworzywem literackim. Tu przeplatają się losy ludzi, narodów, tu zaczynała się historia, jak w przypadku drugiej wojny światowej.

Swoje znaczenie mają także genius loci i uroda tego miejsca, która zawsze mnie niezwykle pociągała. Jestem wielkim admiratorem Gdańska z jego niezwykłą, złożoną historią. Nie ma chociażby takiego miejsca w Polsce, gdzie funkcjonowałyby na przestrzeni dziejów tak szczególne organizmy, jak dwa wolne miasta: jedno za czasów napoleońskich, a drugie w dwudziestoleciu międzywojennym.

Kiedy zaczynałem swoją karierę literacką, Gdańsk był jeszcze dla mnie taką niezaludnioną wyspą literacką. Szukając pisarskiego patentu na siebie, postanowiłem połączyć to pomorskie podglebie z pierwiastkiem kryminalnym.

Zawsze bowiem lubiłem kryminały. One nie tylko pobudzają serce do żywszego bicia, ale są rodzajem wizjera w drzwiach, przez który można pokazać coś więcej niż tylko sam moment zabójstwa. Oczywiście, każda śmierć wywołuje emocje, to swoisty koniec świata: dla ofiar, najbliższych… Śmierć jest niezmywalna, to jedyny stan, którego nie można odwołać. W literaturze gatunkowej ważne jest nie tylko, kto zabił i w jaki sposób, choć jest to oczywiście esencja kryminału. Równie ważne są jednak relacje społeczne oraz emocje, takie jak rozpacz, bolesne wspomnienia czy trauma najbliższych.

Dla mnie kryminał jest tylko ścieżką prowadzącą do celu. Dbam o to w swoich książkach, żeby czytelnik, krocząc tą ścieżką, rozglądał się dookoła, w lewo i w prawo. I żeby patrzył szerzej, widząc Wolne Miasto Gdańsk w całym jego realizmie, chłonąc nie tylko urodę miasta, ale także jego ciemne i odrażające strony. A także, aby lektura moich powieści była dla niego swoistą wycieczką w czasie: do miejsc, które drobiazgowo rekonstruuję, oraz do ludzi, którzy naprawdę wtedy żyli i działali. To moja literacka licentia poetica: przeplatanie fikcji z autentycznymi zdarzeniami, postaciami historycznymi. Ta technika przypomina nawlekanie różnych koralików na jedną spójną nitkę.

Powiedziałeś, że kryminał retro to rodzaj kagańca, który autor sam sobie nakłada.

Kiedy zaczynałem pisać, to usłyszałem w pewnym wydawnictwie: te kryminały retro dobrze ci wychodzą. Widać, że to taka twoja wizytówka. Jednak jeśli będziesz tworzyć tylko kryminalne powieści retro, ograniczysz sobie grono odbiorców, ponieważ ludzi, którzy chcą czytać książki retro, jest mniej niż takich, którzy lubią literaturę gatunkową, popularną i współczesną. 

Usłyszałem, że byłoby zdecydowanie lepiej, gdybym swój talent wykorzystał do kreowania prawdziwych, stuprocentowych kryminałów.

Nie zgodziłem się z takim podejściem. Po pierwsze dlatego, że robię swoje: tak jak czuję i potrafię. Nie uganiam się za modami, nie dopasowuję swojego literackiego emploi do zapotrzebowania rynku. Poza tym, nie uważam się wcale – co niektórych może zdziwi – za twórcę kryminałów. Piszę książki hybrydowe, takie, w których mieszają się gatunki, i w których ważną rolę pełnią także wątki społeczne oraz obyczajowe. 

A umiłowanie retro? Jest wpisane w moje DNA, a ponieważ sam jestem takim domorosłym historykiem, to lubię wplatać retrospekcje do swoich książek. I tak już pozostanie.

I jeszcze wzgląd najważniejszy. Oczywiście, zależy mi na satysfakcji czytelnika, ale ja także muszę czerpać zadowolenie, z tego, co piszę. A dla mnie ważna jest jakość tego, co oferuje się innym pod własnym nazwiskiem. 

Wiesław Myśliwski, niestety już świętej pamięci, którego miałem szczęście poznać, powiedział kiedyś, że literatura jest jak cmentarzysko. I na tym cmentarzysku tylko niektórzy zmartwychwstają. Bardzo sobie tę myśl zapamiętałem. Warto o niej pamiętać, zwłaszcza jeśli się chce, żeby twoja książka dziś, jutro oraz pojutrze jeszcze coś znaczyła, żeby ktoś po nią sięgnął za parę lat. A ja chciałbym.

Dla mnie wartość twoich kryminałów retro polega też na tym,że pokazujesz nam wpływ faszyzmu na ludzi przed wojną. I widzę, jak historia lubi się powtarzać. Jak w różnych krajach znowu stają się popularne nacjonalistyczne partie.

Swoje już przeżyłem. Późne lata PRL-u , narodziny „Solidarności” , wybuch wolności, kolejne zmiany rządów. Nie chcę politykować. Ktoś, kto czyta moje książki, wie, co myślę o polityce. 

Ważniejsza jest uniwersalna prawda, którą staram się przekazywać na kartach moich powieści. Uważam, że jako rodzaj ludzki nie wyciągamy żadnych nauk z przeszłości, nie wyciągamy żadnych wniosków z historii. Powtarzam to do znudzenia, choć wolałbym być zwolniony z tego obowiązku. Jako zwykły obywatel, ale i pisarz jestem bardzo zaniepokojony tym obrazem świata, który widzę dzisiaj. Jeszcze dziesięć lat temu wydawało się, że może być tylko lepiej. Niestety, tak nie jest.

Literatura nie jest tylko po to, żeby krzepić i lukrować, opowiadać historyjki, które pozwolą nam zapomnieć o smutku za oknami, ale to także przestrzeń do uczciwej rozmowy z czytelnikiem. Od takiego dyskursu, nie chcę powiedzieć moralitetu, zastanowienia się nad światem. I jeśli to wybrzmiewa w moich książkach, to chyba dobrze.

Porozmawiajmy o twoich dwóch ostatnich powieściach.

„Hipnoza” to chyba moje najbardziej ambitne przedsięwzięcie do tej pory. Wymarzyłem sobie retro kryminał osadzony w Gdańsku sprzed dwustu laty. Francuzi, którzy przebywają w tym czasie w wolnym mieście, zaprowadzają nowe porządki. Nowy bohater, gdańszczanin o ciekawym imieniu i nazwisku: Hamilkar Sterling, razem z tajnym francuskim agentem prowadzą złożone śledztwo, wykorzystując wymyślone i skonstruowane przez siebie machiny, np. do demaskowania kłamstwa, czyli pierwszy aerograf. 

Chciałem, żeby ta książka była trochę inna niż moje wcześniejsze. I żeby w stylu narracji przypominała rasowe dziewiętnastowieczne kryminały. A jednocześnie pragnąłem ukazać Gdańsk z czasów, które były słabo opisane. Pracując nad „Hipnozą”, naprawdę miałem duży problem, żeby znaleźć jakieś źródła z tamtego okresu.

„Lapis Lazuli” jest inne, nie tylko dlatego, że akcja dzieje się współcześnie.

Ta książka jest dla mnie szczególna. Na wielu spotkaniach, zwłaszcza w Gdańsku, często padały pytania, kiedy wróci radca Abell.

Długo nie mogłeś się z nim pożegnać.

Słyszałem te pytania i przewracałem oczami. Po prostu uznałem, że każda historia musi kiedyś wybrzmieć. Jak nie ma pomysłu, to trzeba cykl zakończyć. No i przede wszystkim, chciałem napisać kolejny tom z Adamem Bergiem, czyli współczesny thriller przygodowy.

Nagle na jakimś spotkaniu, kiedy pewna czytelniczka bardzo uparcie wracała do idei powrotu Abella, olśniło mnie, że może znalazłbym pomysł na książkę, w której spotkają się korespondencyjnie moi dwaj bohaterowie, czyli Berg z Abellem, z zagadką do rozwiązana, która ich obu w jakiś sposób połączy.

W dodatku obaj są spokrewnieni.

Gwoli przypomnienia: Berg jest wnukiem radcy Abella. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej ten koncept upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu mi się podobał. Szukałem tylko pomysłu na fabułę, który pozwoliłby mi spójnie zszyć tę historię. A ponieważ bardzo interesuję się sztuką, chodziła mi po głowie myśl, żeby wykorzystać postać Hana van Meegerena, najwybitniejszego w dziejach fałszerza mojego ulubionego malarza, genialnego Vermeera van Delft. 

I tak siedząc na plaży w Brzeźnie, zacząłem powoli łączyć te kropki, tworząc fabułę książki, w której losy obu bohaterów się przecięły. Dzięki temu, że literatura jest takim magicznym wehikułem, udało mi się połączyć dwa brzegi, które dzieliło 80 lat. Berg rozwiązuje bowiem zagadkę w pewnym muzeum w Amsterdamie, odkrywając obraz, który może być oryginalnym dziełem Vermeera, ale nie musi. A zwabia go do rozwiązania tajemnicy informacja, że w tej historii przed laty maczał palce jego dziadek, o którym niewiele wiedział, bo nigdy go nie spotkał.

Z dużym niepokojem czekałem, jak książka zostanie przyjęta.

I została przyjęta bardzo dobrze.

Mimo że to już jest moja siedemnasta książka, czułem ten dygot niepewności.

To dobrze świadczy o człowieku.

Zawsze się trochę boję. Nie tego, co sam zrobiłem, tylko jak to zostanie odczytane. Czy tak, jak chciałem, zgodnie z moimi odczuciami? Zwłaszcza że w tej książce, jak i pozostałych, zawieram cząstkę siebie, swoje myśli, swoje emocje, także pragnienia. Więc w jakimś sensie to jest taki minisąd, także nad autorem. Nad każdym jego kolejnym dziełem. „Lapis Lazuli” jest już kolejny tydzień na rynku.

I pnie się do góry.

Ale rozpycha się już bez mojego udziału. Teraz wszystko w rękach czytelników.

„Zapraszamy do kryminału”. Cykl „Zawsze Pomorze”

„Zapraszamy do kryminału” to cykl „Zawsze Pomorze”. Ryszarda Wojciechowska przepytuje w nim autorów kryminałów i thrillerów. Konkretne rozmowy bez lania wody: najlepsze cytaty, smaczki zza kulis i ciekawostki, których nie ma w opisach książek.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama