Reklama Activa - Kamienice Pruszczańskie

Od biało-czerwonych koszulek Gwiazdy Gdyni po dom w Olkuszu

Na początku czerwca na łamach portalu „Zawsze Pomorze” przybliżyliśmy historię polskiej drużyny piłkarskiej „Gwiazda Gdyni” z Marsworth. Tekst wywołał odzew, który pozwala nam dopisać niezwykły ciąg dalszy do dziejów emigracyjnej społeczności. Stanisław Jakubas, dziś ceniony krakowski grafik, a przed laty dziecko dorastające w cieniu angielskich baraków i kanadyjskiego Toronto, dzieli się wspomnieniami o ojcu - żołnierzu Andersa, pieczarkarniach w schronie i trudnym powrocie do Polski w 1957 roku.
Od biało-czerwonych koszulek Gwiazdy Gdyni po dom w Olkuszu
Tablica upamiętniająca obecność Polaków w Marsworth

Autor: Archiwum Stanisława Jakubasa

Klub miał trzy sekcje, ale najmocniejsi byli piłkarze

Zaraz po II wojnie światowej do hosteli w Marsworth i Wing w Anglii trafili Polacy, byli żołnierze armii gen. Andersa oraz ich rodziny. W bardzo skromnych barakach w Marsworth, w których w czasie wojny stacjonowali lotnicy RAF-u szybko zaczęło odradzać się normalne życie, a jednym z jego elementów był sport. Kombatancki Klub Sportowy „Gwiazda Gdyni” powstał w 1949 roku z inicjatywy m.in. J. Będkowskiego i J. Gabrysia. 

Klub miał trzy sekcje, oprócz piłki nożnej funkcjonowały jeszcze sekcje siatkówki i tenisa stołowego. Piłkarze byli jednak najmocniejszą wizytówką „Gwiazdy Gdyni”. Do ich największych sukcesów należały: 

  • mistrzostwo Leighton and District League w sezonie 1951/52,
  • finał Pucharu Ligi, mistrzostwo Leighton and District League w sezonie 1952/53, 
  • zdobycie Leighton Charity Cup,  
  • wygrana w Marsworth Charity Cup, 
  • triumf w Rosebury Cup, 
  • mistrzostwo Aylesbury and District League w sezonie 1953/54, już pod nazwą Gdynia Star FC (Polish Hostel), 
  • dwukrotne zdobycie Pucharu Generała Andersa.

Dla ośmioletniego wówczas chłopca boisko w angielskim Marsworth było centrum świata

Stanisław Jakubas, urodzony w grudniu 1948 roku, pamięta niedzielną wrzawę i piłkarzy wybiegających na murawę w pasiastych strojach. Mecze odbywały się zazwyczaj w weekend, bo w dni powszednie ich uczestnicy pracowali. Choć czarno-białe fotografie mogą mylić, w pamięci wzrokowej 78-letniego dziś artysty zapisały się koszulki w biało-czerwone poprzeczne pasy, w których występowali zawodnicy „Gwiazdy Gdyni”.

Stanisław Jakubas w Marsworth (archiwum rodzinne)

- Na tych meczach zawsze było dużo ludzi, ciężko było się dopchać do boiska – wspomina Stanisław Jakubas. - Czuło się że to jest duże wydarzenie, bo po meczach rozmawialiśmy o nich, pisały o tym gazety. Z kibicowaniem drużynie nie miałem problemu, bo mieszkaliśmy jakieś 150 metrów od boiska, więc ja się tam zawsze kręciłem. 

Życie w Marsworth było zorganizowane wokół ciężkiej pracy i prób normalizacji codzienności. Ojciec pana Stanisława, przedwojenny instruktor silników wysokoprężnych i mechanik, pracował w cementowni, ale po godzinach wykazywał się niezwykłą przedsiębiorczością. W schronie przeciwlotniczym, położonym tuż obok boiska piłkarskiego, urządził… pieczarkarnię. Gotowe produkty rozwoził motorem do okolicznych sklepików. Matka w tym czasie pracowała w fabryce zegarków, a mały Stanisław uczęszczał do szkoły, gdzie polskie dzieci z rodzin wojskowych przystosowywały się do życia w nowej rzeczywistości.

Wyjazd do Kanady i zderzenie z gomułkowską Polską 

W 1956 roku, gdy wielu emigrantów rozważało dalszą drogę. Rodzina Jakubasów zdecydowała się na wyjazd do Kanady. Po krótkim pobycie we francuskojęzycznym Montrealu osiedli w Toronto, gdzie głównym językiem był angielski. Tam ojciec pana Stanisława znalazł zatrudnienie przy obsłudze ciężkiego sprzętu na Alasce, gdzie budowano osiedla dla poszukiwaczy złota. Choć zarobki były doskonałe, a życie na zachodzie oferowało nieznane w Polsce luksusy, jak np. sklepy samoobsługowe, nostalgia okazała się silniejsza.

- Wiadomości o „odwilży” 1956 roku i listowne zapewnienia rodziny z kraju skłoniły rodziców do podjęcia decyzji o powrocie – mówi Stanisław Jakubas.

Zderzenie z gomułkowską Polską było bolesne już na samej granicy. Podczas noclegu u gościnnego kolejarza, magazyny kolejowe, w których złożono ich trzy kufry z dobytkiem, zostały okradzione. Dalej nie było łatwiej. Podróż pociągiem w stronę Kielc odbywała się w potwornym ścisku, a ojciec pana Stanisława musiał „wiosłować łokciami”, by rodzina mogła wysiąść z pociągu.

- Początki w rodzinnych Nasiechowicach pod Miechowem były trudne – wspomina Stanisław Jakubas. - Ojciec, mimo wysokich kwalifikacji, nie mógł znaleźć pracy, gnieździliśmy się „kątem” u wujka. 

Gdy zdesperowany mężczyzna chciał już wracać do Anglii, urzędnicy w Miechowie wyśmiali jego prośbę o paszport. Dopiero interwencja u pełnomocnika do spraw repatriantów w Warszawie zmieniła wszystko.

- Oferowano mu pracę i mieszkanie w Szczecinie lub Wrocławiu, całe ziemie odzyskane były do dyspozycji, ale to było za daleko od rodziny. W ciągu pięciu minut ojciec otrzymał przydział na pracę w hucie w Bolesławiu, mieszkanie w nowo budowanych blokach w Olkuszu i pieniądze na zagospodarowanie.

Dziś Stanisław Jakubas jest emerytowanym adiunktem krakowskiej ASP, aktywnym drzeworytnikiem, który wciąż tworzy. Choć jego rodzice, zmarli w latach 70. do końca życia niekiedy żałowali powrotu do kraju, on sam patrzy na te wydarzenia z perspektywy czasu jako na zamknięty rozdział długiej rodzinnej drogi, której przyświecała kiedyś „Gwiazda Gdyni”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Pomorskie na pełnym baku! Ruszaj w drogę z Radiem Gdańsk
Reklama
Reklama Pomorskie na pełnym baku! Ruszaj w drogę z Radiem Gdańsk
Reklama