Show na światowym poziomie
Dawid Podsiadło i jego ekipa od drugiej trasy stadionowej starają się podnosić produkcyjną poprzeczkę coraz wyżej. To kolejne koncerty z centralnie ustawioną sceną, którą po kolei na stadiony wprowadzali U2, Metallica czy Ed Sheeran. Dziś to rozwiązanie staje się coraz bardziej powszechne. Z dwóch powodów - lepsza widoczność dla widzów, ale też możliwość maksymalnego wykorzystania miejsca, a co za tym idzie wpływów ze sprzedanych biletów.
Tym razem Podsiadło postawił na połączenie rozwiązań Sheerana - jak zjeżdżające ledowe ekrany - oraz „Mety” w postaci „basenów” najbliżej sceny dla najwierniejszych fanów. Amerykańscy giganci metalu nazywają to „Snake Pit”. Tu można to roboczo nazwać „Dawciu Pit”. No i powiedzmy sobie szczerze - to wszystko robi wrażenie. Zwłaszcza na tych, którzy nie są stałymi bywalcami na koncertach.
Do tego ekipa wykorzystała znany od lat patent z opaskami led, które migoczą w rytm muzyki. Podczas Obrotowy Tour każda opaska przypisana jest do danego sektora, dzięki czemu naszym oczom ukazuje się dopracowana oprawa koncertu, a nie przypadkowo migoczące błyskotki w różnych kolorach.
O tym, że mówimy o światowym poziomie świadczą właśnie takie drobiazgi jak te opaski. Bo Dawid Podsiadło nie sięgnął po gotowy produkt, tylko wyszedł przed szereg i wziął model, z którego jeszcze nikt nie korzystał. Z pomocą przyszła kanadyjska firma PixMob, która zaopatruje w takie gadżety trasy Taylor Swift czy Coldplay. Opaski na tegorocznej trasie mają kilkanaście niezależnych diod, dzięki czemu można je programować w taki sposób, aby tworzyły wyjątkowe oświetlenie wśród publiczności. Do tej pory wykorzystywano zdecydowanie prostsze modele.
Zobaczyliśmy to, co już doskonale znamy
Najlepsza stadionowa trasa Dawida Podsiadły to była ta pierwsza. Rewelacyjne koncerty, pełne energii i jednocześnie ekscytacji samego wykonawcy tym, co udało mu się osiągnąć. Kolejne były już… nie powiem, że odcinaniem kuponów, bo to by było niesprawiedliwe. Ale trudno nie odnieść wrażenia bardzo dużej wtórności. Bo poza powiększaniem produkcji i zmian scen, to tu wielkich różnic nie ma.
Obrotowy Tour dobrze to pokazuje. Blisko trzydzieści dobrze znanych piosenek, żarciki, pogadanki, fikołki, goście, trochę innych aranżacji, ale nowego materiału niewiele. A płyta przecież zaraz ma ujrzeć światło dzienne. Sam Podsiadło również coraz bardziej przygaszony. Tyle że ja mu się w ogóle nie dziwię.
Od czasu X-Factora chłopak jest eksploatowany bardziej niż dzieci w fabrykach w krajach trzeciego świata. A od czasu męskograniowego boomu na Podsiadłę to już w ogóle jest nieustanna orka. On nie ma chwili wytchnienia. Przez te ponad dziesięć lat rok w rok trasy. Najpierw kluby, potem hale i festiwale, a teraz stadiony oraz jego autorski fest, czyli Zorza. Aby zadowolić fanów, dać im coś nowego, coś więcej, coś wow.

Widać to zmęczenie, ponieważ każdy kolejny koncert jest coraz mniej angażujący widza. To było czuć w Gdańsku - ale jak mówią uczestnicy poprzednich koncertów na trasie, w Chorzowie i Poznaniu było podobnie. Dawid Podsiadło jest po prostu zmęczony. Mimo wszystko jednak daje z siebie wszystko, aby widzowie wyszli zadowoleni.
Odbija się to na i koncertach, i twórczości, która z każdą kolejną płytą jest coraz bardziej taka sobie. Po debiutanckim krążku miał tak naprawdę jedną dobrą, błyskotliwą piosenkę - „Trofea”. Reszta to jest po prostu to samo - podobne melodie, podobne aranżacje, podobne historie. Jednak mając tak napięty grafik, trudno skupić się na muzyce.
Dawidowi dobrze by zrobiła przerwa. Po przyszłorocznej Zorzy powinien wziąć jakieś trzy lata urlopu od wszystkiego, zostawić wielką wytwórnię - bo może spokojnie dziś wydawać płyty niezależnie, co wpłynie tylko pozytywnie na jego twórczość i talent, którego mu przecież nie brakuje - i wrócić dopiero wtedy, gdy znowu poczuje tę radość i nieskrępowaną energię sprzed kilku lat. Dobrze zrobi to i jemu, i publiczności, która, mimo że wciąż ochoczo kupuje bilety, również zaczyna oczekiwać czegoś innego.
Największa machina w historii polskiej muzyki
Oczywiście, Dawid Podsiadło ma za sobą absolutne tłumy bezkrytycznych fanów, którzy bez względu na okoliczności będą piać z zachwytu. Ale z drugiej strony są ci, którzy nie patrzą tak zero-jedynkowo. I oni docenią ten wybitny spektakl, ale będą kręcić nosem na formę wokalisty. Rozumiem zarówno jednych, jak i drugich.
Bo jedni po prostu idą zobaczyć idola i pośpiewać ukochane piosenki, drudzy oczekują bardzo dobrego koncertu, po którym nie będą mieli poczucia straconego czasu. Więc w Gdańsku było to wszystko gdzieś po środku - show kapitalne, energia taka na pół gwizdka (chociaż im bliżej końca, tym Podsiadło bardziej się rozkręcał).
Nagłośnienie jak to na stadionie - gdzieś słychać lepiej, gdzieś gorzej, aczkolwiek trzeba przyznać, że ogólnie było bardzo przyzwoicie. Ale chyba nikt specjalnie nie powinien narzekać na kolejną wizytę wokalisty na Polsat Plus Arenie. Podsiadło - mimo wszystko - udowodnił, że jest gigantyczną koncertową machiną.

Było, co miało być. „Małomiasteczkowy” na otwarcie, później „Trofea”, „Wirus”, „Trójkąty i kwadraty”, „Mori”, „Szarość i róż”, „Post” czy dobrze znane z Męskiego Grania „I ciebie też, bardzo”. Nie zabrakło „Chłopców” i „Długości dźwięku samotności” Myslovitz, coveru Moby’ego czy utworu z „Cyberpunka”, a także gości - Sokoła i Vito Bambino. Były też nowe utwory, jak całkiem przyjemne „Na błysk”.
Ale ponownie - peak koncertu, jak za każdym razem, to był „Nieznajomy” zagrany gdzieś w środku stawki. Najlepsza piosenka w bogatym już dorobku Podsiadły. To był ten moment, którego brakowało podczas reszty koncertu - mocny, emocjonalny, niezwykle prawdziwy.
Dawid Podsiadło jest największym polskim artystą w historii. Największym - nie najlepszym, nie można tego mylić. Bo lepsi byli, są i będą. Jednak to, jak potrafił wykorzystać swój moment i stworzyć z niego gigantyczną machinę, budzi uznanie. Dziś to liga, do której żaden wykonawca na naszym podwórku przez najbliższe kilkadziesiąt lat się nawet nie zbliży. Inni również grają na stadionach, pewnie, ale takiej marki, jaką ma Podsiadło nikt jeszcze długo nie zbuduje.


Napisz komentarz
Komentarze