Wiele osób kręciło nosem na tegorocznego Open’era. Że kiedyś to były czasy, teraz nie ma czasów i generalnie wszystko skończyło się na „Kill 'Em All”. Ale szybko okazało się, że to tylko zwykłe malkontenctwo. Wystarczy spojrzeć na frekwencję - w tym roku każdego dnia jest co najmniej 20 procent więcej ludzi niż przed rokiem. Z wyjątkiem soboty, ale nic dziwnego - tłumu jaki był na Linkin Park łatwo przebić nie będzie.
Środkowy palec skierowany ku niebu
No i środa to przede wszystkim gigantyczny środkowy palec w wykonaniu panów z Belfastu. Kneecap to „fuck the system”, „fuck the king”, „fuck the Brits”, „fuck Israel”, „fuck Orban” - no generalnie „fuck wszyscy”. A do tego powracające hasło „wolna Palestyna”. Dużo tu było politycznego i społecznego manifestu, ale też mnóstwo nieposkromionej energii. Pierwszy dzień Open’era należał do nich i do Florence. Reszta była miłym dodatkiem.
PRZECZYTAJ TEŻ: To będzie jeden z największych festiwali roku. Co trzeba wiedzieć przed Opene'rem?
Kneecap to współcześni irlandzcy rewolucjoniści. Walczą słowem i soundsystemem, a do tego świetnie korzystają z całego dobrodziejstwa inwentarza jaki zapewnia im panteon wielkich rapu z lat 90. Kapitalnie się tego słucha, kapitalnie się to ogląda i momentalnie chłonie się tę całą antyestablishmentową sieczkę. Nawet nie wiesz kiedy sam stoisz ze środkowym palcem w górze. Ta trójka z Belfastu przypomniała, o co chodzi w muzyce - to nośnik emocji i przekonań. Miło, że ktoś jeszcze tak korzysta z tego medium, które zwłaszcza w ostatniej dekadzie stało miałkie, nijakie i kompletnie bez treści.
Słoneczna Zara, senne The XX i wybitny Byrne
Zara Larsson, szwedzka gwiazda popu, która swoją pozycję zbudowała przede wszystkim na współpracy z najbardziej znanymi didżejami XXI wieku, zagrała w pełnym słońcu. Coś, co tego dnia miało się w ogóle nie wydarzyć. A jednak - idealna aura dla tej wakacyjnej, bezpretensjonalnej i wesołej muzyki. Ładna oprawa, ładnie zagrane, ładnie zaśpiewane - do zobaczenia i do zapomnienia. Ale na pewno jeśli pop ma się pojawiać na dużym festiwalu to właśnie w takiej formie. Żywe instrumenty, imponująca scenografia i zero autotune’owych udziwnień.
Matt Berninger pod namiotem tłumów nie ściągnął, ale frontman niezwykle popularnego swego czasu The National pokazał, że melancholijne alternatywne granie wciąż ma swoją moc. Niby to wszystko było przewidywalne, ale wszyscy, którzy pamiętają Open’ery budowane na około Indie-rockowym brzmieniu, byli zachwyceni. Taki trochę powrót do 2010 roku. Po drugiej stronie barykady za to było bezkompromisowe granie od Viagra Boys. Szwedzi to jednak w ten post-punk potrafią. Świetne to było. Aż szkoda, że tak mało takich wykonawców jest na Open'erze.
Później na głównej scenie pojawił się zespół The XX. Jeden z całkowicie przeze mnie niezrozumiałych fenomenów XXI wieku. Brytyjczycy już ładnych kilka lat temu w Gdyni byli. Po dłuższej przerwie zespół wrócił do koncertowania - jeszcze bez nowego materiału, ale jego powrót został bardzo ciepło przyjęty przez publiczność na całym świecie. I tak, jak doceniam jakość tej muzyki oraz wizualne przygotowanie koncertu, tak samo nie rozumiem wielkości osiągniętej przez The XX. Senne to przeokrutnie. Dobrze, że chwilę po 23 na scenę po drugiej stronie festiwalowego terenu wyszedł wspaniały David Byrne.
No i człowiek znany przede wszystkim z Talking Heads ponownie udowodnił, że solo również jest artystą wybitnym. Szkot po raz kolejny dał na Open’erze dopracowane do ostatniego szczegółu show, a właściwie niemal teatralny perfomance, od którego trudno było oderwać wzrok. Każda osoba na scenie ma swoją rolę, a on tym wszystkim zawiaduje. Byrne jest w fenomenalnej formie i możliwość oglądania go na żywo to zaszczyt. Jedyny w swoim rodzaju.
Wiedźma Welch i jej hipnotyzujący rytuał
O Florence and The Machine, którzy powrócili na Open’era po dziesięciu latach mógłbym napisać osobny tekst, rozpisując się o tym, jak cudowny był to koncert. A właściwie rytuał. Wiedźma Welch i jej sabat czarownic po prostu zahipnotyzowała publiczność w Gdyni. Każdy jej gest, każde słowo były kolejnymi zaklęciami. Staliśmy, tańczyliśmy, krzyczeliśmy i śpiewaliśmy razem z nią.
Rudowłosa Brytyjka, szalejąca boso po scenie, jest wybitna. Jej głos niesie się po kres. Nie wiem czy w XXI wieku w szeroko pojętej muzyce alternatywnej - a może i szerzej, popularnej - jest wokalistka o większym talencie. To było coś wspaniałego. Uczta.
Florence and The Machine mają na koncie nową płytę i oczywiście co nieco z niej usłyszeliśmy, ale jednocześnie ten materiał nie zdominował koncertu. Zespół zagrał iście festiwalową setlistę złożoną z największych przebojów. Koncert był dobrze poprowadzony - kiedy trzeba było, widzieliśmy niemal szamańskie rytuały, a kiedy należało zwolnić, Welch fantastycznie tonowała nastrój, wprowadzając publiczność w stan bliski mistycyzmu.
ZOBACZ TAKŻE: Globaltica 2026 skompletowała lineup. Kto domknął program festiwalu?
Dziś to jest koncertowa ekstraklasa - Florence and The Machine są zespołem wręcz skrojonym pod headlinerskie sloty na festiwalach. Zawsze można na nich liczyć. Nie inaczej było tym razem. Zresztą cały pierwszy dzień tegorocznego Open’era był bardzo udany. Dawno nie było tak wielu tak znaczących nazw i tak dobrych występów już na otwarcie festiwalu. Zobaczymy, co przyniosą kolejne trzy dni.


Napisz komentarz
Komentarze