Reklama Activa - Kamienice Pruszczańskie

Skrzydlata rodzina Zygmunta Paschilke. Jego ptaki zdobią domy na całym świecie

Chociaż swoje powołanie odkrył dość późno, bo będąc już na emeryturze, to efekty przerosły jego najśmielsze oczekiwania. Zygmunt Paschilke z Osiecznej, w powiecie starogardzkim, emerytowany kolejarz, rzeźbiarz, gawędziarz, a także człowiek, który kolekcjonuje stare przedmioty „z duszą”.
Skrzydlata rodzina Zygmunta Paschilke. Jego ptaki zdobią domy na całym świecie
Zygmunt Paschilke wyrzeźbił już tysiące ptaków, a co jeden to piękniejszy

Autor: Krystyna Paszkowska I Zawsze Pomorze

Po czym można poznać człowieka z pasją? 

Chyba najlepszym wyróżnikiem jest umiejętność opowiadania o niej godzinami, a gdyby tylko dano takiej osobie możliwość, to byłoby o czym opowiadać i przez kilka dni. Zygmunt Paschilke mieszka od wielu lat na skraju Osiecznej, w starym domu, który ponad sto lat temu był budynkiem stacji. Rzeźbieniem zaczął się zajmować dopiero kiedy przeszedł na emeryturę. Od lat przyjaźni się z ptakami, rozmawia z nimi, dokładnie się im przygląda, a potem je rzeźbi. Jego ptaszki, te maleńkie i większe zawędrowały już nawet w najbardziej odległe krańce świata. Ich twórca przekonuje, że człowiek może z ptasich żywotów czerpać garściami mądrość, oczywiście, jeśli tylko otworzy się na piękno otaczającego go świata. Dla pana Zygmunta stały się clou jego życia na emeryturze. 

W jednym z pokojów ma mnóstwo rozmaitych ptaków. Właściwie wszystkie, jakie można spotkać w tutejszej okolicy. O każdym z nich potrafi opowiadać z miłością. Tak jakby na bieżąco obcował z nimi. Wszystkie jego ptaki są fachowo pomalowane, te, których nie zna dobrze, najpierw obserwuje a także wspiera się informacjami z podręczników o ptakach. 

Kiedy odwiedziłam Zygmunta Paschilke, jego "ścianka" była skromniejsza niż zazwyczaj. Jego skrzydlaci przyjaciele znaleźli nowych właścicieli (fot. Krystyna Paszkowska) 

Pan Zygmunt w tym roku ukończył już 82 lata, ale pozytywnej energii, dobrego humoru ma tyle, że mógłby spokojnie obdzielić nimi jeszcze kilka osób. Już otwierając drzwi na jego twarzy gości szeroki uśmiech, od progu żartuje. Prowadzi do pokoiku na parterze, w którym przyjmuje gości i kupców – kolekcjonerów jego ptasiej menażerii. Na ścianie znajduje się wielka tablica, a na niej Zygmuntowa skrzydlata rodzina. O każdym z jej członków może powiedzieć coś ciekawego. Zna ich jak przysłowiową własną kieszeń. 

Pan Zygmunt jest synem znanego rzeźbiarza Alfonsa Paschilke ze Smętowa, który wyrzeźbił m.in. ołtarz wita Stwosza. Jak przyznaje, jednak to nie ojciec zainspirował go do rzeźbienia. Bardzo ceni dorobek artystyczny swojego taty, ale sam zapragnął rzeźbić dopiero gdy przeszedł na emeryturę. 

– Rodzice pochodzili z pobliskiego Kasparusa – opowiada pan Zygmunt. - Tata był szewcem, rymarzem i tapicerem. Ja chowałem się u babci. O! To dobra kobieta była! Wszystkich musiała nakarmić. Wszedł listonosz? Zjadł. Wszedł kominiarz? Zjadł. Mam to po niej. A talent do rzeźbienia? To chyba po bracie mamy – wujek to potrafił dosłownie wszystko zrobić. Dom z drewna postawił, meble od niego, stoły, szafy też sam zrobił. A na stodole miał takiego „chłopka”, policjanta, który machał rękoma. 

Pan Zygmunt przyznaje, że zawsze się zastanawiał, jak wujek to wyrzeźbił. Siostra taty była hafciarką – haftowała sztandary. 

- Było chyba po kim dziedziczyć smykałkę do drewna – mówi Zygmunt.

Gdyby dziś wybierał zawód, byłby pewnie weterynarzem, albo ornitologiem

I chociaż przyglądał się rękodziełu wujka i ciotki, zazdrościł im, ale chciał zostać elektrykiem, galwanizerem, a nawet ogrodnikiem. Ostatecznie został blacharzem, ale nie dachowym, a naczyniowym. W szkole robił wanny, wiadra, konewki, miski, ampułki do lekarstw. Jak sam przyznaje był i nadal jest przysłowiową złotą rączką. Nie było zadania, którego by nie zrealizował.

W pracy na kolei, kiedy było coś bardziej precyzyjnego do zrobienia, ze wszystkim przychodzono do mnie – uśmiecha się wspominając dawne czasy. - Udawała mi się zegarmistrzowska robota, ba nawet jubilerska. Koleżanka z pracy kiedyś zaniosła do jubilera złoty łańcuszek. On był taki delikatny, nie jak teraz młodzi noszą. Była niepocieszona, jak jubiler odmówił przyjęcia, twierdząc, że tego nie da się naprawić, bo jest zbyt delikatny. Spojrzałem na ten łańcuszek i mówię, daj mi, ja go naprawię. Nie za bardzo wierzyła, że dam radę, ale skoro jubiler się podjął, to zaryzykowała. Jaką miała radosną minę, gdzy godzinę później oddałem jej łańcuszek bez żadnych uszkodzeń. A spawać potrafię tak, że nikt dziś już tak nie robi – dodaje nasz rozmówca.

Zaraz jednak podkreśla, że gdyby dziś wybierał zawód, byłby pewnie weterynarzem, albo ornitologiem. Kiedy ludzie znajdują poranione ptaki to pierwsze kroki kierują do pana Zygmunta. Ten jak trzeba to kontaktuje się ze stacjami ornitologicznymi – tyle wie o ptakach.

Do rzeźbienia zainspirował go sąsiad, który również rzeźbił. 

- Stwierdziłem, że też tak potrafię – mówi rzeźbiarz. - Pierwszego ptaka rzeźbiłem prawie dwa lata, a na koniec jeszcze utrąciłem mu ogonek. Teraz, w zależności od wielkości ptaka i tego jak skomplikowana jest jego fizjonomia, zajmuje mi to od 40 minut do około dwóch godzin. 

Nawet po tym, jak stracił prawy kciuk. Co prawda, jakiś czas musiał poczekać, aż rana się zagoiła, jednak po kilku próbach, czy nadal może swobodnie dłubać swoim nożykiem, szło mu to coraz lepiej. Jak teraz się śmieje, ten brakujący kciuk pozwolił mu lepiej operować nożykami. 

Swoje ptaki Zygmunt Paschilke rzeźbi w drewnie. Jak podkreśla, teraz najważniejszym dla niego celem jest to, aby w młodych ludziach zaszczepić miłość do przyrody... Robi to z pomocą drewnianych ptaszków. Szczególnie ceni możliwość pracy z osobami niepełnosprawnymi. To dla niego źródło ogromnej radości.

Jak zauważa, każdy gatunek ptaka ma swoją osobowość i niepowtarzalne zachowania.

- Dostałem kiedyś od znajomego rzeźbiarza z okolicy dwa małe ptaszki – wspomina pan Zygmunt. - Ten pierwszy mój ptak, to miała być sójka, jednak wyszło coś trochę innego – za duża głowa, ogon na końcu odleciał. Była taka trochę „ludowa”

Potem Zygmunt Paschilke zaczął bardzo dbać o odwzorowanie ptaka z natury. Początkowo rzeźbił swoje ptaki japońskimi nożami, dziś rzeźbi angielskimi, stanleyami. I to są noże szewskie, po tacie.

- Syn Piotr, który jest marynarzem, jak wypływa w rejs to przywozi mi takie noże, czasem też specjalne farby - opowiada ptasi rzeźbiarz.

O ptakach może opowiadać godzinami

W niewielkim biurowym pokoju na specjalnej tablicy na ścianie, na niewielkich gałązkach wiszą gile, pliszki, wróble, sójki, mazurki, sikorki. Kiedy tylko pytam o kolejne ptaki z tablicy, zaczyna się wręcz „bajkowe” opowiadanie o rzeźbionych przyjaciołach, które tak dobrze zna.

– Taki mysikrólik, na przykład, to najmniejszy ptak Polski – mówi rzeźbiarz. - Zdawać by się mogło, że mały ptaszek, to mało energii. Tymczasem mysi­królik potrafi przelecieć bez żadnego odpoczynku przez Bałtyk! Z Polski do Norwegii. A jak jest z jerzykiem zwyczajnym? On potrafi w powietrzu latać bez siadania dwa lata. Jakim cudem? Kiedy chce spać, frunie na wysokość trzech tysięcy metrów, tam zasypia w locie i niosą go te prądy powietrzne. Z kolei sikorka bogatka kiedy zimą siedzi w dziupli, to można ją nawet dotknąć jakimś patykiem, a ona dalej zaspana. Śpi i śpi, tylko wychodzi na żer. Zgoła inaczej jest z pleszką. Kiedy zobaczy człowieka, nieruchomieje. Jest bardzo płochliwa, ale jednocześnie lubi siedliska ludzkie – takich opowiadań jest bez liku.

Okazuje się, że Zygmunt Paschilke potrafi zaskoczyć nawet ornitologa. Niekiedy potrafi zaobserwować przyrodnicze paradoksy. 

- Przed chyba ponad trzema latami w moim ogrodzie zauważyłem przy karmniku dwa gniazda – wspomina. - Jedno należące do mazurka, drugie do pleszki. Zadzwoniłem do stacji ornitologicznej w Gdańsku i usłyszałem od ornitolożki, że to niemożliwe, bo te gatunki się nienawidzą. Zaciekawiona jednak przyjechała po kilku dniach, zrobiła kilka zdjęć i stwierdziła, że rzeczywiście przy jednym karmniku wspólnie się stołują mazurek i pleszka.

To co się dzieje wokół jego domu wśród skrzydlatych przyjaciół jest dla niego, jak otwarta księga. W pokoju na poddaszu, gdzie dawniej urzędował zawiadowca stacji, pan Zygmunt ma swoje pole obserwacyjne. Otwiera okno i zagląda do ptasich gniazd, czy też do karmników, które tak chętnie rozlokował w drzewach. Śmieje się, że niekiedy to chyba myślami przywołuje określone gatunki ptaków.

– Lutowałem kiedyś u księdza rynnę i pomyślałem sobie: „Hmm, gdyby tak zobaczyć kiedyś grubodzioba!” - opowiada rzeźbiarz. - Stoję na drabinie, spojrzałem w prawo, patrzę, a tam grubodziób z rynny wodę pije! Innym razem siedzę kiedyś u mnie na strychu, gdzie zwykle rzeźbię, w oknie z lornetką i myślę sobie: „Żebym ja tak kiedyś na żywo jemiołuszkę zobaczył...”. To po prostu przepiękny ptak! Ma czubek, żółte, czarne i czerwone pióra. Nagle fruuuu, szum się taki zrobił! I na drzewie nagle widzę chyba ze sto jemiołuszek! To był chyba czas, kiedy one się zbierają przywołuje swoje magiczne wspomnienia.

Przyznał, że kiedy zaczynał rzeźbić, to dla niego wszystkie ptaki wydawały się wróblami. Zawieszone karmniki przyjmują do stołu różne ptactwo. Do ogrodu przylatują sójki. Kiedy się najedzą, to sikorki bogatki, a kiedy naje się bogatka, przylatuje sikorka modraszka. 

- Ta to podobno potrafi podziobać, podziobać, i zasnąć na słoninie – śmieje się.

Eksponaty gromadzone przez pana Zygmunta robią wrażenie. Pierwsze radio Pionier, niewielka czarna skrzyneczka z lampami w bakelitowej oprawie i gra... (fot. Krystyna Paszkowska)

Prywatne muzeum ze sprzętami codziennego użytku

Nie tylko piękne ptaki są dziełem Zygmunta Paschilke. W dwóch wielkich pokojach na parterze zorganizował przed kilkoma laty prywatne muzeum ze sprzętami codziennego użytku. W kronice we wstępie napisał: 

„Moje małe muzeum powstało w lipcu 2007 roku. Eksponaty, które tu się znajdują, zbierałem około pięciu lat. Dobrze, że są tacy ludzie, którzy do tej pory przechowują przedmioty, które kiedyś służyły nam na co dzień. Mam nadzieję, że muzeum będzie oglądało jeszcze wiele pokoleń.”

Odwiedzający mogą zobaczyć kierzynki, cepy i centryfugi... Ale ebonitowy telefon ze strażnicy z granicy z Wolnym Miastem Gdańsk – z pewnością niejednego zaskoczy. Albo przedwojenna centrala telefoniczna. Wśród eksponatów jest też list, który dziewczyna jego wuja napisała z robót przymusowych w Niemczech. Poruszający, tym bardziej że oboje niedługo potem zginęli. Zygmunt Paschilke oprawił go w szkło z dwóch stron, tak, żeby zwiedzający mogli go przeczytać w całości. Na półce powojenne radio pionier i co wydawać by się mogło nierealnym pan Zygmunt je uruchamia. Lampy w bakelitowej obudowie się grzeją i po chwili słychać dźwięk Programu Pierwszego Polskiego Radia. Naszpikowany trzaskami głos prezenterki przenosi słuchaczy o siedemdziesiąt lat wstecz. Najwyraźniej takie podróże możliwe są tylko w starej stacji w Osiecznej. Zygmunt Paschilke zabierze swoich gości w podróż po czasie i przestworzach każdego.

Na zwiedzanie tego osobliwego muzeum można się umówić telefonicznie 609 404 395 . 

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama Activa - Kamienice Pruszczańskie