Reklama

Trochę deszczu, trochę smutku, trochę szaleństwa. Open'er Festival na półmetku

Drugi dzień Open’era początkowo rozpieszczał pogodą, ale później przypomniał z czego ten festiwal słynie. Deszcz nawiedził Babie Doły akurat przed emocjonalnym ciężarem w wykonaniu Nicka Cave’a, czyli idealnie. Piątek już nie rozpieszczał muzycznie, ale poza funeralnym repertuarem Australijczyka dostaliśmy rewelacyjne koncerty Halsey oraz Idles.
Trochę deszczu, trochę smutku, trochę szaleństwa. Open'er Festival na półmetku

Autor: Karol Makurat | Zawsze Pomorze

W czwartek trochę trudno było obronić tezę powiedzianą przez organizatorów pierwszego dnia, która mówiła o wyższej frekwencji względem poprzedniego roku. Teren wydawał się nieco opustoszały, co zresztą można było odczuć podczas koncertów. Nawet Nick Cave jakoś specjalnie tłumów na Babie Doły nie ściągnął, a bywały lata, kiedy oglądało go morze ludzi.

Namaszczeni przez kaznodzieję z Antypodów

Australijczyk jednak nic sobie z tego nie robił i wyszedł jak po swoje. To jest sceniczne zwierze, które pochłania całą przestrzeń. Publiczność od razu staje się jego własnością, a on tylko decyduje o tym, jakie emocje będą dominować. Raz jest to szalona zabawa, raz sporo niepokoju, innym razem przejmujący smutek. A to wszystko na wyciagnięcie ręki, ponieważ Cave zawsze jest tuż obok widzów.

Te znikające bariery tylko potęgują doznania podczas jego koncertów. A ten - ponownie - był wybitny. W jego przypadku nigdy nie ma mowy o półśrodkach czy słabszej formie. On, rozbudowany zespół, mnóstwo energii i jeszcze więcej emocji. Nie ma znaczenia czy Cave występuje na festiwalu czy w hali - jak kilka lat temu w Ergo Arenie - zawsze jest to spektakl na najwyższym poziomie.

W hip-hopie mówi się, że ktoś uprawia storytelling. To właśnie robi Cave, którego każdy utwór to wyjątkowa opowieść - najczęściej smutna - o miłości, stracie, życiu i jestestwu w ogóle. Odnoszę wrażenie, że on nie jest w stanie zagrać złego koncertu. Nawet gdyby mocno się postarał, otrzymalibyśmy i tak występ, do którego wielu marzyłoby się zbliżyć.

To był pięknie zbudowany koncert, którzy przeprowadził nas przez wiele etapów twórczości artysty. Tak, jak pierwszego dnia Florence odprawiła rytuał, tak drugiego Cave - niczym kaznodzieja - odprawił mistyczne nabożeństwo,  podczas którego raz po raz namaszczał swoich wyznawców. Momentami można było poczuć się jak na mszy gospel, aby po chwili odpłynąć w przejmujące egzorcyzmy. Majstersztyk. Nikt inny tak nie potrafi.

Nick Cave and The Bad Seeds ponownie zaczarowali Open’era dając absurdalnie dobry koncert, który zapisuje się w historii festiwalu. Oni mogą wracać do końca świata - za każdym razem jest to magiczne spotkanie i podróż do najgłębszych zakamarków ludzkich emocji.

Magnetyzm Halsey i szaleństwo Idles

Wspaniała była również Halsey. Dziewczyna, która wiesz, że może zrujnować ci życie, ale i tak chcesz z nią być. Od zawsze fascynowała publiczność i krytyków swoją różnorodnością i wszechstronnością. Na Open’erze zobaczyliśmy ją w odsłonie… nieco slasherowej. Wyglądała trochę jak wyjęta z Tekkena, a trochę jak final girl z krwawego horroru.

Bije od niej niesamowity magnetyzm. Nie sposób oderwać od niej wzroku, a ona skrzętnie to wykorzystuje, skupiając uwagę na sobie i spektaklu, który tworzy. Po prostu rozniosła główną scenę festiwalu, dając pokaz swoich umiejętności wokalnych, charyzmy oraz prezentując pełne spektrum repertuaru, który rozciąga się od radiowego popu po niezwykle żywiołowe rockowe granie. A to wszystko okraszone imponującą scenografią - trochę antyczną, trochę gotycką, idealnie dopełniającą ten pełen energii koncert. Jeden z lepszych bookingów tej edycji, nie ma wątpliwości.

Idles, wiadomo, z każdym koncertem można odnieść wrażenie, że odlatują coraz bardziej. Ale to dobrze. Jest to najlepsza wersja współczesnego punk rocka, jaką można sobie wymarzyć. Panowie chętnie schodzą do ludzi, jeszcze chętniej wyzywają brytyjskiego króla i kpią z imperializmu, a przy okazji podnoszą ważne społeczne tematy. W to szaleństwo publiczność daje się wciągnąć bez mrugnięcia okiem, co tylko dodaje smaku występowi Brytyjczyków. Tent Stage - jak co roku - udowadnia, że jest miejscem zarezerwowanym dla najlepszych i najbardziej dynamicznych koncertów na Open’erze.

Powrót legendy, hity z satelity i… Chopin

Czwartek to także powrót po latach legendarnego duetu Clipse. Po ponad dekadzie bracia Thornton, czyli No Malice i Pusha T, powrócili do koncertowania. To jedna z najważniejszych reaktywacji ostatnich latach, szczególnie w świecie hip-hopu. Mam nadzieję, że rozpoczynający ten dzień na dużej scenie Sobel i wspierający go Oki wpadli na ten koncert i zobaczyli, na czym polega ta zabawa. Bo na pewno nie na przesterach, darciu japy i autotunie. Wyśmienite to było - charakterystyczny vibe z Wirginii nie tylko przypomniał, jak wszechstronny jest amerykański rap, ale jednocześnie mocno zaznaczył, że oldschool ma się bardzo dobrze i wciąż jest w stanie wyznaczać trendy.

W międzyczasie - o czym nie można zapominać - na Opene'ra wróciła klasyka. Projekt specjalny poświęcony Fryderykowi Chopinowi, czyli Yehuda Prokopowicz z towarzyszeniem orkiestry Sinfonia Varsovia pod kierownictwem Marty Kluczyńskiej, grający koncert fortepianowy e-moll op. 11. Po kilkunastu latach od hipnotyzującego koncertu Krzysztofa Pendereckiego i Jonny’ego Greenwooda na spowitych wówczas w gęstej mgle Babich Dołach, znów mieliśmy okazję posłuchać dźwięków, które dla komercyjnego festiwalu nie są oczywiste.

Dzień zakończył nam przegląd radiowych przebojów w wykonaniu Calvina Harrisa, który w strugach deszczu porwał do tańca tłum pod sceną. Szkot wylansował tyle tanecznych szlagierów, że nawet nie zabieram się za wymienianie, bo to nie ma sensu - każdy zna choć jedną jego produkcję. W Gdyni wybrzmiało wiele z nich, ludzie bawili się wyśmienicie, bo też inaczej być nie mogło, ale ja mam trochę problem z takimi didżejami na festiwalach.

Oczywiście, Open’er zawsze miał swoją komercyjną stronę, ale nie ukrywam, że w przypadku muzyki elektronicznej, zdecydowanie lepiej od komercji zawsze sprawdzała się trochę bardziej oryginalna, a czasem i undergroundowa odsłona tego gatunku. Orbital, Deadmau5 czy 2manydj’s. O The Prodigy czy Pendulum nie wspominając. Tak czy inaczej - Calvin Harris to absolutny top producentów i udowodnił to zamykając drugi dzień festiwalu w imponującym stylu.

Czas na dzień trzeci. Piątek to przede wszystkim wyczekiwany od lat występ The Cure. Brytyjska legenda jest w wybornej formie i przyjeżdża nad polskie morze z monumentalnym, blisko trzygodzinnym setem. Jest więc na co czekać.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama