Reklama

Cacana Mary, szyjki rakowe i zęby wynoszone koszami. Tu w Gdyni jadano przed wojną

O tym, co oferowały przed laty gdyńskie karczmy i restauracje i jak bawiono się „do kotleta” opowiada Małgorzata Sokołowska, autorka książki „Bigos obywatelski, czyli wielki szlak kulinarny przedwojennej Gdyni”.
Tajemnice przedwojennej gdyńskiej gastronomii. Jak i gdzie jadano przed II wojną światową?
Wnętrze kawiarni i restauracji "Grand Cafe", wybudowanej w 1928 r r. przez Stanisława Lisieckiego, bogatego kupca z Torunia na rogu ul. Świętojańskiej i Skweru Kościuszki (później na parterze budynku mieścił się Bank PKO BP)

Autor: ze zbiorów Małgorzaty Sokołowskiej

Gdynia ma 100 lat, a najstarszy gdyński lokal gastronomiczny? 

Sześć razy tyle. Pierwsze wzmianki o gdyńskiej karczmie pojawiły się w 1429 roku, choć mogła ona działać wiele lat wcześniej. I, co ciekawe, do dziś w tym samym miejscu karmi się ludzi! 

Co to za adres? 

Starowiejska 1. Najpierw stała tam karczma, dziedziczona przez kolejne pokolenia. Przed I wojną światową jej właścicielem został Augustyn Józef Skwiercz. Spotykali się tam gdyńscy gospodarze, przedstawiciele elit gospodarczych i samorządowych Gdyni. To u pana Skwiercza odbywały się posiedzenia Rady Gminnej, a w 1925 roku świętowano podłączenie Gdyni do elektryczności. W 1928 roku, kiedy zaczęto prostować ulicę Starowiejską, właściciel zburzył tę wiejską chatę i postawił na jej miejscu „Hotel Centralny” z restauracją, gdzie już w 1930 roku obchodzono uroczyście uruchomienie gdyńskich wodociągów. Po II wojnie światowej komuna oczywiście zabrała „Hotel Centralny”, a Augustyn Józef Skwiercz w tym czasie zmarł. Nie wiem, czy nacjonalizacja tego nie przyspieszyła… Potem pod tym adresem dział państwowy hotel, odzyskany po latach przez rodzinę pana Augustyna, a następnie sprzedany. Tak czy inaczej obecnie przy ul. Starowiejskiej 1 działa pierogarnia i cały czas można coś zjeść. 

Restauracja w "Hotelu Centralnym" Augustyna Józefa Skwiercza  zajęła miejsce gdyńskiej karczmy, o której pierwsze wzmianki pochodzą z 1428 roku (fot. ze zbiorów Małgorzaty Sokołowskiej)

Jak karmiono w przedwojennej Gdyni? 

Bardzo dobrze. Z jednej strony jadało się w karczmach Kaszubów, które istniały przed pierwszą wojną i spokojnie przetrwały do 1939 roku dalej prowadzone przez tych samych właścicieli. Potem pół Polski rzuciło się robić tu kulinarne interesy i w efekcie doliczyłam się około 300 działających w mieście lokali. Zarówno elegancie, jak i maleńkie bary reklamowały się obiadami przygotowywanymi obowiązkowo „na świeżym maśle”. Co ciekawe, nie było związku między pochodzeniem właścicieli, a rodzajem oferowanej kuchni, która miała przede wszystkim zadowolić gust przyjezdnych. Przy ul. Zawiszy Czarnego 1 działała prowadzona przez Lwowiaków „Polska Riviera”, gdzie przeważała „wykwintna i obfita kuchnia warszawska”, podobnie „Kaszubski Dwór” usytuowany przy ul. Starowiejskiej 31 oferował „wyborną kuchnię warszawską”, czyli świeże kaszanki, golonki, mięso z kotła, flaczki po warszawsku. „Hotel Słupski” (ul. Podjazdowa) chwalił się kuchnią francusko-warszawską, kolejne restauracje serwowały kuchnię wołyńską, wileńską, francuską czy rosyjską, a nawet, jak „Zaolzie” z ul. Świętojańskiej - zmiksowaną kuchnię polsko-rosyjsko-francuską. 

Jakieś menu? 

Proszę bardzo. Miłośnicy „kiszek z kotła” mogli udać się Zakładów Kąpielowych. W pobliskiej „Esplanadzie” przy ul. Świętojańskiej oferowano „pieczarki, ryby w galarecie, szyjki rakowe, kawior astrachański, śledziki w śmietanie”, a w „Europie” przy ul. 10 Lutego, przyzwoitej, przeniesionej z Bydgoszczy, bardzo eleganckiej restauracji (po wojnie w tym miejscu był „Interklub”) „kuchnię obywatelską” – w tym „bigos obywatelski”.

Tu podawano "bigos obywatelski". Ul. 10 Lutego i po lewej stronie jedna z najbardziej ekskluzywnych restauracji w Gdyni - "Europa" (powojenny "Interklub") (fot. ze zbiorów Małgorzaty Sokołowskiej)

Dlaczego „obywatelski”? 

Trudno powiedzieć, taką nazwę wymyślono. 

Dużo trzeba było zapłacić za obiad? 

Złotówkę, dwa złote. Bywały także jadłodajnie przeznaczone dla uboższych klientów. Znalazłam np. restaurację „Sielanka” przy ul. Świętojańskiej. Osoba ją prowadząca w kartach meldunkowych występowała początkowo jako właściciel domu. Potem „właściciela” przekreślono i napisano „robotnik”. Co się stało? Okazało się, że „Sielanka” powstała w baraku, stojącym na pustej parceli. Potem ktoś parcelę kupił, zaprojektował dom, wybudował, a restaurator znów stał się robotnikiem. Dużo było też adresów, proponujących tanie obiady domowe. Starałam się opisać jak najdokładniej gdyńską gastronomię okresu międzywojennego, ale nie było to do końca możliwe z różnych względów. Głównie z powodu efemeryczności niektórych lokali oraz niefrasobliwości w podawaniu ich adresu – w przekonaniu, że przecież cała Gdynia i tak wie. Taki „Bar Kupiecki” mieścić się miał w pobliżu Hal Targowych. Czyli gdzie? Nie wiadomo. Znalazłam też „Jadłodajnię Promenada” przy Szosie Gdańskiej, ciągnącej się od Rumi do granicy z Wolnym Miastem Gdańskiem. Szczęśliwie już po złożeniu książki spotkałam wnuczkę pani Łucji Szymborskiej, prowadzącej jadłodajnię i poznałam dokładny, ówczesny adres. 

Można było zrobić dobry interes na prowadzeniu restauracji w Gdyni? 

Jeśli miało się dobry pomysł, to tak. Niektóre gdyńskie restauracje były bardzo luksusowe. W nich same platery kosztowały tyle, co cała kamienica. Wspomniany Augustyn Skwiercz miał powodzenie, podobnie jak na Oksywiu Chojkowie i panny Raszkówny. Prawie wszystkie lokale oferowały również tańce i występy. W przedwojennej Gdyni tańczono wszędzie. Odbywały się nawet brydże tańcujące.

Czwarty wykładał się na stoliku i szedł tańczyć?

Zapewne tak. Do kotleta przygrywały orkiestry. Programy oferowały „tańce z żywym wężem boa, występy fakira Mochameda, chodzenie po ostrzach szabli, po szkle, itd. Sensacja w Gdyni dotychczas niebywała”. „Alhambra” z ul. 10 Lutego proponowała „ewolucje śpiewno-groteskowo-taneczne”. Znalazłam też reklamę „Morskiego Oka” przy Skwerze Kościuszki 1, gdzie gości zabawiał „doskonały humorysta groteskowy, cacana Mary śpiewała angielskie piosenki, prezentując swoje ładne nóżki”. 

"Morskie Oko" na Skwerze Kościuszki, gdzie  do tańca "cacana Mary" śpiewała angielskie piosenki (fot. ze zbiorów Małgorzaty Sokołowskiej)

Cacana? 

Tak żartobliwie określano osobę bardzo ładną, miłą i grzeczną. 

W Gdyni, mieście portowym, nie zawsze było jednak grzecznie i miło… 

To już osobny rozdział opowieści o gdyńskich lokalach. Tam rzeczywiście bywały awantury. Znalazłam nawet reportaż z „Gazety Białostockiej”, której dziennikarze wybrali się do Gdyni z dreszczykiem emocji, by opowiedzieć o tajemnicach miejscowych wyszynków. Czytamy tam m.in. „Marynarze śmiało, jak stali bywalcy, wchodzą w ciemny zaułek ulicy św. Piotra. Nie wiadomo w jakim celu właśnie tę, a nie inną ulicę nazwano imieniem świętego klucznika bram niebieskich? Zaułek przypomina raczej przedsionek piekła… Gospodarz, którego zarówno kelnerki, jak i klientela nazywają «szefem», opowiada chętnie o swych gościach. Były w tym lokalu awantury, krew tryskała po ścianach a zęby – jak opowiada muzyk – wynoszono koszami… Kufle, niby kule armatnie, bombardowały walczących. Trzysta sztuk, niby bateria, oczekuje za bufetem. A są to kufle wyjątkowe. Wykonano je na specjalne zamówienie ze szkła ołowiowego. Nie tłuką się. Są nieprawdopodobnie ciężkie i w tym tkwi cała ich zaleta… Służą nie tylko do piwa, lecz i do obrony. Największymi awanturnikami są Szwedzi. Biją się o byle głupstwo. I to na krótkie noże fińskie.”

Niezła egzotyka dla mieszkańców Podlasia..

Dziennikarze z Białegostoku poinformowali też czytelników, że najrozrzutniejsi są marynarze Anglicy i Amerykanie, którzy bawią się i piją zazwyczaj do białego rana. Najbiedniejsi są Chińczycy i bolszewicy. Pierwsi piją kawę, drudzy kończą na kieliszku czystej wódki i kawałku taniej kiełbasy. „Czasami jakiś «smakosz» chiński zapyta o pieczonego szczura w potrawce z ryżu i dziwi się, że Polacy nie znają tego «przysmaku»…”

Wnętrze kawiarni i restauracji "Grand Cafe", wybudowanej w 1928 r r. przez Stanisława Lisieckiego, bogatego kupca z Torunia na rogu ul. Świętojańskiej i Skweru Kościuszki (później na parterze budynku mieścił się Bank PKO BP) (fot. ze zbiorów Małgorzaty Sokołowskiej)

Jak po wojnie potoczyły się losy gdyńskich lokali? 

Podobnie jak „Hotelu Centralnego”. Przedwojennym właścicielom zabierano kolejne restauracje, od najcenniejszych rozpoczynając. Jeśli nie udawało się zrobić tego „po dobroci”, to państwo występowało z takimi domiarami, czyli gigantycznymi karami finansowymi dopisywanymi do bardzo wysokich podatków, że człowiek sam zwracał się z prośbą o zgodę na zamknięcie lokalu. Pracując z Robertem Chrzanowskim nad książką o Gdyni w latach 1945-1947 pt. „Zebrała się w Gdyni klika”, opisaliśmy przejęcie przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa Henryka Kuklińskiego i Karola Budzika restauracji „Polonia” przy Skwerze Kościuszki. Najpierw zażądali od właściciela wydania kluczy do lokalu rzekomo potrzebnego UB do „celów konfidencyjnych”. Potem ściągnęli aresztantów, by wyremontowali restaurację i otworzyli ją pod nazwą „Bristol”. Obrusy kradli z ubeckich magazynów, w których pracowała żona jednego z funkcjonariuszy. W lokalu m.in. wyłudzano łapówki od rodzin aresztowanych. Dopiero po dwóch latach „restauratorów” zatrzymano i nawet skazano. Ale niedługo potem wyrok zamazano. 

Do kiedy odbierano prywatnym właścicielom przedwojenne gdyńskie restauracje? 

W 1956 roku artykulik o „nowych placówkach” Gdyńskich Zakładów Gastronomicznych informował radośnie: „W tych dniach GZG przejęły dwa ostatnie w mieście prywatne lokale restauracyjne. Są to: restauracja „Myśliwska” i popularny Złoty Róg– obie przy ul. Abrahama w Gdyni”. W witrynach „Myśliwskiej” stanęły wypchane dziki… 

Spotkanie z Małgorzatą Sokołowską

Muzeum Miasta Gdyni, ul. Zawiszy Czarnego 1, zaprasza w środę, 8 lipca na godz. 18 na spotkanie z Małgorzatą Sokołowską, połączone z promocją książki „Bigos obywatelski, czyli wielki szlak kulinarny przedwojennej Gdyni”.

Więcej o autorze / autorach:
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama