Duch profesora Jerzego Limona jest w Gdańskim Teatrze Szekspirowskim?
Przejawia się na przykład w obrazach. Rok po śmierci Jerzego Limona powołana przez niego w Fundacja Theatrum Gedanense stworzyła w podziemiach teatru wystawę stałą. To dwie ściany najciekawszych zdjęć z historii Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego. Od XVII wieku po rok 2021, rok, gdy Jerzy Limon odszedł. Teraz spogląda na wchodzących do teatru, na głowie ma kask, to fotografia z czasu budowy gmachu.
Jerzego Limona możemy też spotkać w teatralnej bibliotece.
To jest biblioteka prof. Jerzego Limona, którą ufundowało amerykańskie Stowarzyszenie Przyjaciół Fundacji Theatrum Gedanense. Zbudowaliśmy ją z użyciem historycznych belek z 17-wiecznego teatru, Szkoły Fechtunku, która tu się znajdowała. Przekazałam temu miejscu cały prywatny, domowy księgozbiór mojego męża, ponad trzy tysiące książek, w tym mnóstwo dzieł na temat Szekspira. Są tu i inne pamiątki, choćby medal OBE od Królowej Elżbiety II.

Otwierany dach teatru też, niejako, toruje drogę Profesorowi.
Symbolicznie – zbliża nas ku niebu, a gdy nam je ukaże może komuś uda się zobaczyć, schodzącego na scenę Jerzego Limona? Obecna dyrektorka teatru, Agata Grenda opowiada o czarnym motylu, który od czasu do czasu fruwa po teatrze, ci którzy go widzieli uważają, że tak objawia się duch budowniczego gdańskiej sceny szekspirowskiej.
Kochał teatr, może nawet bardziej niż Szekspira.
Teatrem interesował się od dziecka. Rodzina miała wykupiony abonament na przedstawienia dla najmłodszych wystawiane w sopockim teatrze. Uwielbiał wszelkie rodzaje sztuki teatralnej. W książce „The Masque of Stuart Culture” omawia dworskie maski, rodzaj popularnych w XVII w. przedstawień. Widowiska z pompą, w otwartej przestrzeni, ze sztucznymi jeziorami, na których inscenizowano bitwy morskie. Jako historyk teatru był zakochany w takich spektaklach. Zapewne inspirowało go to do organizacji słynnych happeningów i widowisk plenerowych, które rozsławiały ideę budowy Teatru Szekspirowskiego. Jednym z tego typu wydarzeń, do realizacji którego namówił Andrzeja Wajdę było przedstawienie „Aktorzy przyjechali!”.
Rok 2009. Cały Gdańsk mówił wtedy Szekspirem, choć Teatr Szekspirowski otworzy podwoje dopiero za 5 lat.
Na scenkach ustawionych na Długim Targu blisko setka najsłynniejszych aktorów recytowała szekspirowskie strofy! A wszystko z okazji wmurowania kamienia węgielnego pod budowę Teatru Szekspirowskiego. Wszystkie te lata oczekiwania na teatr pełne były teatru, mąż miał mnóstwo pomysłów. Pierwsze publiczne otwarcie dachu to był popis siły strongmena, który wyglądał jak rzymski gladiator, otworzył dach jednym pociągnięciem liny! Na inaugurację teatru, we wrześniu 2014 roku kolejny performance: fruwające nad dachem anioły i hiszpańscy szermierze broniący teatru przed siłami zła.
Ponoć ten otwierany gdański dach jest jedyny w Europie.
O drugim takim nie słyszałam. Słynny The Globe w Londynie, zbudowany dokładnie tak, jak dawne teatry szekspirowskie, czyli bez dachu, bardzo Gdańskowi zazdrościł pomysłu. Otwarcie jubileuszowego 30. Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego to okazja, by przeżyć ten niezwykły moment, gdy widownia na chwilę połączy się z niebem, może i twórca tego teatru zejdzie do nas...

Motto tegorocznego festiwalu to: „Pochwała szaleństwa”. Taki był też tytuł wykładu Profesora na inaugurację teatru, w 2014 roku.
Wygłosił mowę, w której publicznie przyznał, że jest „chory na teatr”, dedykował ją wszystkim, którzy temu szaleństwu dali się uwieść. Powiedział: „Kiedy 25 lat temu wpadłem na pomysł zbudowania teatru w stylu elżbietańskim w Gdańsku, nikt chyba nie wiedział, gdzie to mnie zaprowadzi. Był czas, kiedy jeszcze mogłem się ze wszystkiego wycofać, zwłaszcza że w Polsce mamy nawet określenie „słomiany zapał”, więc wszyscy okazaliby daleko idące zrozumienie; ale nie, to nie był zapał, raczej pierwsze symptomy szaleństwa. Nie umiałem się wycofać – choroba okazała się silniejsza. Nie pomagały życzliwe uwagi i rady znajomych, ich pełne troski twarze i smutny wzrok, którym penetrowali moje oczy, jakby w poszukiwaniu resztek rozsądku. Na próżno, coraz bardziej wypełniało je szaleństwo. Nie pomagały ostrzeżenia, nawet niepowodzenia i porażki, poniżenia, czy okazjonalne nawroty rozsądku. Parłem nieustępliwie, nie bacząc na nic. Co więcej, w chorobie wydawało mi się, że mój szalony entuzjazm zatacza kręgi i zaraża innych, że jest grono osób i instytucji, a nawet korporacji, które mnie popierają i też chcą, by w Gdańsku powstał teatr”...
Profesor na szaleńca nie wyglądał.
Miał burzliwą młodość, sąsiedzi nie wierzyli, że coś porządnego z niego wyrośnie. Jego niesamowita wyobraźnia ujawniła się w roku 1961, 11 letni Jerzy przeczytał w „Przekroju” notkę, że dzieci do lat 12 mają sporą zniżkę na bilety na rejs Batorym z Gdyni do Montrealu. Brat matki mieszkał na południu Stanów Zjednoczonych, mały Jerzy postanowił wykorzystać okazję i odwiedzić wuja. Rodzicom przedstawił plan, że popłynie do Montrealu, a potem jakoś tam dojedzie dalej. Mama wpadła w rozpacz, ale ojciec podchwycił pomysł. I tak oto Jerzy z pięcioma dolarami w kieszeni popłynął do Ameryki. W Montrealu miał nadać telegram do cioci, która mieszkała w Nowym Jorku, powinien był ją zawiadomić, o której ma go odebrać na dworcu centralnym, a potem wysłać do wujostwa na południe. Telegramu nie nadał, tylko kupił sobie banany i sam ruszył na Central Station.
Gdzie owej cioci, oczywiście, nie było.
Zaopiekował się nim natomiast pracownik służb, które zajmowały się zaginionymi dziećmi. Tym sposobem Jerzy szczęśliwie dotarł na miejsce. Po wakacjach miał wracać, został na rok. Szczegóły z tamtego czasu znamy z listów, które regularnie słał do domu. Przez ten czas świetnie nauczył się angielskiego, rozwinął się, ale do Sopotu wracał na skrzydłach! Po powrocie oznajmił, że nigdy już stąd nie wyjedzie. Potem zaczął się okres dojrzewania, bardzo buntowniczy czas. Nie cierpiał szkolnego rygoru, więc wagarował, imprezował, grał w pokera, w ten sposób zarobił na modne ciuchy, słynne beatlesówy. Ujawniła się w nim żyłka hazardzisty… Jednocześnie pochłaniał tysiące książek! To była jego prywatna edukacja, bo wyrzucali go ze wszystkich szkół. Zainteresował się muzyką, wtedy na Wybrzeżu rodził się bigbit. Zaprzyjaźnił się z muzykami z jednego z zespołów, po czym postanowił, że pojedzie do Norwegii zarobić na sprzęt nagłaśniający dla nich. Wrócił po wakacjach. Tym samym znów zawalił szkołę i nie dopuścili go do matury. W Norwegii natomiast zainteresował się ruchem hippisowskim.
Wrócił do Sopotu jako hippis?
Tak, wrócił jako hippis. Mama błagała, by skończył szkołę. Maturę zdał, ale na studia ekonomiczne się nie dostał. Dla wybranych grup muzycznych zaczął pracować jako elektroakustyk. Przez dwa lata był w tournée po Polsce. Ostatecznie zdecydował się zdawać na anglistykę w Poznaniu, w Gdańsku nie było jeszcze tego kierunku. Na studiach zetknął się z prof. Henrykiem Zbierskim, który zainteresował go Szekspirem. To był przełom. Wtedy też w gdańskim archiwum znalazł supliki, które występujący w siedemnastowiecznym Gdańsku angielscy aktorzy pisali do gdańskiego Senatu prosząc o zezwolenie na wystawianie sztuk. Napisał pracę magisterską na ten temat. Potem doktorat. Tak stał się naukowcem. Być może właśnie wtedy zakiełkowała w nim idea odbudowy w Gdańsku elżbietańskiej sceny. Takie pomysły w latach 80. były irracjonalne. Jedyne, co mógł zrobić, to pisać książki na ten temat.
I pisał.
Tę o dawnych podróżach angielskich aktorów do Gdańska udało mu się opublikować w najstarszym angielskim wydawnictwie uniwersyteckim, Cambridge University Press. Wywołała sensację w kręgach szekspirologów. Czasem myślę, że gdyby nie to jego młodzieńcze szaleństwo pewnie nie mielibyśmy dziś w Gdańsku Teatru Szekspirowskiego. Tamte lata to był bunt, ale to wtedy nauczył się mówić: Nie poddam się! Ta postawa towarzyszyła mu całe życie. Walka o teatr trwała ćwierć wieku. Tyle było chwil niepewnych, ale on nigdy nie przestał wierzyć, że to się uda. Wiele razy pytałam go: Nie masz dosyć? A on odpowiadał: Nie mogę się wycofać. Był zdeterminowany, do końca.

Nie miał nawet obiekcji, by – już jako prezes Fundacji Theatrum Gedanense - napisać do samego księcia Karola! Prosił go o patronat nad przedsięwzięciem.
Dla niego to nie było nic nadzwyczajnego, usiadł przy stole w naszym mieszkanku na Karwinach i po prostu napisał list do następcy tronu. Wysłał go zwykłą pocztą. To była odwaga, ale też jakie poczucie własnej wartości! Kiedyś nastraszył mnie, że zaprosi księcia do tego naszego mieszkanka w bloku… (śmiech)
Pewnie przyjąłby zaproszenie.
Teatr też go fascynował. „Kiedy dr Limon przedstawił mi swój pomysł, poruszył moją duszę romantyka” – to jego słowa. Dlatego odpowiedź na ten wysłany przez męża list przyszła po paru miesiącach, choć w pałacowym tonie: „Książę będzie zaszczycony byciem patronem fundacji”. Fundacji, która – co prawda – cel miała szlachetny, ale jeszcze niczego nie dokonała, bo dopiero się narodziła! Szaleństwo!
W roku 1993 roku, jeszcze zanim oficjalnie zainaugurowano Festiwal Szekspirowski, w Gdańsku trwały Dni Szekspirowskie. Na zaproszenie Jerzego Limona przyjeżdża i książę Karol.
Był ciekaw fundacji, której patronuje i teatru, który ma powstać. W miejscu, gdzie dziś stoi teatr był wtedy parking. Na placu narysowano kontury teatru i mąż symbolicznie wprowadził księcia do środka. To było wielkie wydarzenie w Gdańsku. Patronat Księcia Karola uwiarygodnił to szalone przedsięwzięcie. Fundacja Theatrum Gedanense zorganizowała pierwsze Dni Szekspirowskie. Ulicą Długą sunęła parada szekspirowska, w której wzięli też udział zaproszeni angielscy aktorzy. Anioł na linie frunął nad głowami tłumnie zgromadzonej publiczności na Długim Targu, traf chciał, że w kulminacyjnym momencie pękły mu gatki i z gołą pupą szybował nad miastem. To też był teatr! (śmiech)
Życie Jerzego Limona byłoby inspiracją dla Szekspira?
Mimo że zostało tak nagle przerwane, nie powstałaby tragedia. Bo to życie zwieńczone sukcesem, spełnionym marzeniem. Jego ulubiony cytat z Szekspira to: „Jeżeli każdemu dać to, na co zasłużył, któż uniknąłby batów?”. Zawsze przypominał nam te słowa. W jednym z wywiadów zapytano go jakie epitafium chciałby mieć na grobie? „Żyłem szczęśliwie” – powiedział.

Jest idea, by Gdański Teatr Szekspirowski zyskał imię Profesora.
Pomysł narodził się zaraz po śmierci męża. Wtedy środowisko uniwersyteckie, naukowe, przyjaciele naszej Fundacji zaapelowali, by Jerzy Limon został patronem Teatru Szekspirowskiego. Ale według przepisów musi minąć pięć lat od śmierci osoby, której imię instytucja publiczna mogłaby przyjąć.
Pięć lat minęło.
Stąd apel Andrzeja Seweryna, przyjaciela naszego Teatru. Czy się ziści? Myślę, że kiedyś to się stanie… bo walka Jerzego Limona o powstanie Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego, to jedna z najpiękniejszych historii, jakie wydarzyły się w naszym mieście.


Napisz komentarz
Komentarze