Reklama

Klasa sama w sobie. 86-letni Tom Jones oczarował słuchaczy w Operze Leśnej

Tom Jones to gigant. Przeszło sześć dekad na scenie, 86 lat na karku, a on wciąż nie ma dosyć. W czwartek, 23 lipca, dostaliśmy tego najlepszy przykład. Walijczyk zagrał porywający koncert w wypełnionej niemal po brzegi Operze Leśnej w Sopocie, prezentując swoje największe przeboje i hipnotyzując publiczność niezwykłym barytonem.
Tom Jones zagrał porywający koncert w wypełnionej niemal po brzegi Operze Leśnej w Sopocie

Autor: Karol Makurat | Zawsze Pomorze

Ostatni z dżentelmenów estrady

Tom Jones jest jednym z ostatnich dżentelmenów estrady, których możemy dziś podziwiać. I mimo tego, że już od dawna nie wychodzi na scenę w smokingu, wciąż bije od niego elegancja, której próżno szukać wśród dzisiejszych gwiazd. To jest po prostu klasa sama w sobie - oczywiście jest to pewien rodzaj przemawiającej przeze mnie nostalgii, ale jednocześnie trudno dyskutować z faktami. Dzisiaj takich artystów już po prostu nie ma.

Koncert organizowany przez Live Nation wyprzedał się praktycznie w całości. Widać było, że Toma Jonesa chcieli zobaczyć wszyscy - młodzi i starzy. Bo jest to wykonawca przekraczający pokoleniowe granice, którego muzyka u jednych budzi piękne wspomnienia, a drugich zaraża swoją ponadczasowością.

Weźmy dla przykładu utwór „Delilah” - który oczywiście wybrzmiał w Sopocie. Z jednej strony otrzymujemy tutaj niezwykle obrazowo pokazaną zdradę i jej konsekwencje. Brutalną reakcję mężczyzny ze złamanym sercem. Ale z drugiej - muzycznie, zwłaszcza w refrenie - kompletnie o tym zapominamy, bujając się na boki i śpiewając w niebogłosy jeden z najbardziej charakterystycznych refrenów jaki kiedykolwiek napisano.

Tak - wiek to tylko liczba

Jones rozpoczął koncert refleksyjnie, od wydanej w 2021 roku piosenki „I’m Growing Old”. Spokojnie, tylko z klawiszami w tle - to pojednanie się z nieuchronnie uciekającym czasem. Niezwykle przejmująca, szczera i wzruszająca kompozycja. Ale z drugiej strony to był bardzo przewrotny start występu, ponieważ to, co dostaliśmy później, kompletnie przeczy jakiejkolwiek definicji starości. Chociaż dalszych życiowych podsumowań też nie zabrakło - jak „One Hell of a Life”.

Walijczyk bardzo dzielnie przechytrza życie, pokazując że wiek to tylko liczba i nie jest to pusty frazes. Fizycznie wprawdzie już nie może szaleć jak kiedyś, ale wokalnie to jest wciąż potwór. Jakie 86 lat!? Facet brzmi tak, jakby znowu był 1968 rok, a on u progu wielkiej kariery występował w The Ed Sullivan Show.

W Sopocie otrzymaliśmy wszystko, co najlepsze - „It’s Not Unusual”, „You Can Leave Your Hat On”, „Sexbomb” czy wspomnianą już „Delilah”. Tom Jones zaprezentował nam pełne spektrum swojego rezonującego, przestrzennego barytonu, ale też różnorodności gatunkowej. Dziś mówi się na to pop, ale tak naprawdę to bardzo szeroko pojęta muzyka rozrywkowa, która czerpie z najlepszych wzorców XX-wiecznego songwritingu.

No bo mamy i nowoczesne popowe hity, i wodewilowe czy walczykowe wręcz bujania, mamy stadionowe refreny, ale też i brudne, torfowe bluesowe brzmienie jak w „This Is The Sea”, a nawet doorsowe hipnotyzujące brzmienia jak w „Lazarus Man”. Ale mamy też wiele ukłonów w stronę innych gigantów sceny - Prince’a, Boba Dylana czy Chucka Berry’ego.

Wspaniały wieczór z wybitnym artystą

Nie wiem, czy jeszcze będzie mi dane zobaczyć kolejny raz Toma Jonesa na scenie. Mam nadzieję, że tak. Aż chciałoby się zatrzymać ten cholerny czas, aby właśnie tacy wykonawcy byli z nami na zawsze.

Pewnie, zachwycam się wieloma koncertami współczesnych gwiazd. Prawda jest jednak taka, że żaden z nich nie jest w stanie zbliżyć się do tego poziomu scenicznej magii jaką mają wykonawcy pokroju Toma Jonesa. Wielki, wybitny artysta. To był zaszczyt móc oglądać go na żywo.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama Radio Gdańsk Wakacyjne Bingo - konkurs