Reklama Sopot Jazz Festival Scena Molo

Ojciec podarował mi pierwszą gitarę. Ale nie wyobrażał sobie, że uczynię z tego swój zawód!

Z Rokią Traoré, gwiazdą festiwalu Globalica rozmawiamy o tym, czym naprawdę jest tradycja griotów, o pułapkach terminu „world music” – i o sądowej batalii o córkę, w którą uwikłał ją belgijski wymiar sprawiedliwości, a która na nowo skonfrontowała ją z pytaniem o rasizm.
Ojciec podarował mi pierwszą gitarę. Ale nie wyobrażał sobie, że uczynię z tego swój zawód!
Organizatorzy festiwalu Globaltica przyznali Rokii Traoré Nagrodę za Wybitne Osiągnięcia – Globaltica Award for Excellence

Autor: Bartek Muracki

W Mali muzyka jest tradycyjnie przekazywana z pokolenia na pokolenie w rodzinach griotów, a pani pochodzi spoza tej linii. Czy ten fakt wpłynął na charakter muzyki, jaką pani wykonuje?

Zdecydowanie. Wprawdzie w regionie, z którego pochodzą moi rodzice, ludzie, którzy nie są griotami, też mogą śpiewać, ale nie zawodowo. To rola griotów, która sprowadza się, w najprostszym ujęciu, do śpiewania czy opowiadania historii. W dawnych czasach naszych wielkich imperiów i królestw grioci byli częścią bardzo wyrafinowanej organizacji społecznej. W kulturach, gdzie wszystko opierało się na tradycji ustnej, to, co powiedziano dziś, musiało zostać zachowane na jutro, ponieważ nie zapisywaliśmy niczego. Osoby odpowiedzialne za ten przekaz musiały więc charakteryzować się głębokim poczuciem honoru, żeby zawsze mówić prawdę i zachować właściwą wersję, przekazując ją z pokolenia na pokolenie. Jedną z konsekwencji było to, że musiały one zawierać małżeństwa między sobą. Nie dlatego, że były lepsze czy gorsze od innych, ale dlatego, że gdyby ktoś poślubił osobę, która nie była synem czy córką griota, ta osoba nie znałaby historii ani zasad postępowania wymaganych w rodzinie griotów

A jakie są korzenie pani rodziny? 

Pochodzę z rodziny, która tradycyjnie utrzymywała griotów. We współczesnych kategoriach nazwalibyśmy ich szlachtą, choć to określenie nie ma tego samego znaczenia co w ujęciu europejskim czy indyjskim. Nie byliśmy lepsi od griotów – byliśmy po prostu drugą stroną tej samej struktury. Żyliśmy z rolnictwa lub innych zajęć, a nasza rola polegała m.in. na tym, by utrzymywać naszych griotów, żeby mogli wykonywać swoją pracę dla dobra całej społeczności.

Każdy Traoré urodzony i wychowany w Afryce Zachodniej wie, co oznacza imię Turamakan. To jeden z naszych przodków, który był bardzo potężnym człowiekiem i dokonał wielkich rzeczy dla imperium Mali. Kiedy griot wypowiada moje pełne imię, Turamakan, albo kiedy po prostu nazywa mnie córką Turamakana, pamiętam, kim jestem: w kategoriach godności i uczciwości. To zobowiązuje każdego urodzonego w rodzinie Traoré do określonego zachowania – nawet teraz, w tym nowoczesnym świecie, nawet gdy jesteśmy daleko od domu. Zawsze muszę pamiętać, co znaczy to imię, i dlatego daję pieniądze griotowi – za przypominanie mi, kim jestem i skąd pochodzę.

Nie jest więc moją rolą robić to, co robią grioci. Mogę śpiewać, ale nigdy nie będę śpiewać o historii czy wspominać innych ludzi – to jest rola griotów. W obecności griota nie wolno mi przemawiać publicznie bez jego zgody, bo to jego rola – jako mistrza słowa – żeby zanieść moje słowa do uszu innych. 

Kiedy zaczęła Pani śpiewać zawodowo, spotkała się pani z krytyką. Czy pochodziła ona głównie z pani najbliższego otoczenia, czy także od griotów?

I stąd i stamtąd – choć silniejsza była w kręgu społecznym i zawodowym moich rodziców. Mój ojciec był dyplomatą, moja matka była pielęgniarką, a później, pracownicą socjalną. Oboje należeli do warstwy, którą dziś nazwalibyśmy klasą urzędniczą. W tym środowisku posiadanie dziecka, które śpiewa, było po prostu postrzegane jako porażka. Myślę zresztą, że wszędzie jest pod tym względem podobnie: uważa się, że bycie muzykiem to nie jest prawdziwy zawód. W świecie społecznym oczekiwano, że dziecko zostaje prawnikiem, lekarzem albo nauczycielem. A ja zdecydowałam się rzucić studia, żeby zostać muzyczką. 

(fot. Bartek Muracki)

Ale czytałem gdzieś, że to właśnie pani ojciec rozbudził jej miłość do muzyki.

Słuchaliśmy razem płyt i rozmawialiśmy o muzykach, o różnych stylach: jazzie, muzyce malijskiej, europejskiej muzyce klasycznej, o wszystkim. On podarował mi pierwszą gitarę. Ale nigdy nie wyobrażał sobie, że uczynię z tego swój zawód! Uważał, że to szaleństwo, że mi się nie uda, że się rozczaruję, będę cierpieć. Był też mocno krytykowany przez kolegów i wszystkich wokół: „Rozpieściłeś to dziecko – co to za decyzja, rzucić studia w Europie, żeby wrócić do Mali dla muzyki?”.

A jednak obawy pani ojca się nie sprawdziły.

Początki były trudne. Gdy wkroczyłam w branżę muzyczną nie pochodziłam z żadnego z tradycyjnych środowisk, z których wywodzili się najwięksi współcześni malijscy muzycy. Ale też, mam wrażenie, że początkowo ludzie pokochali mnie właśnie z powodu mojej odmienności. Kiedy w 1997 czy 1998 po raz pierwszy wystąpiłam w programie telewizyjnym z małą gitarą, którą dał mi ojciec lata wcześniej, śpiewając moje pierwsze piosenki, to było coś naprawdę nowego. Wiele nauczyłam się od wielkich artystów: Ousmane Sacko czy Ali Farka Touré – jednego z pierwszych malijskich muzyków, którzy naprawdę mnie wspierali. Miałam także przywilej być blisko Toumani Diabaté i Bassekou Kouyaté. Zbliżyłam się do wielu wielkich malijskich śpiewaków, którzy przyjęli mnie ciepło, dostarczając fascynujących informacji o muzyce. Mam też wielkich przyjaciół wśród donso – bractwa myśliwych w Mali, bardzo ważnej i bardzo starej organizacji. W przeszłości byli blisko królów i cesarzy, a niektórzy z nich wiedzą bardzo dużo o malijskiej historii, kulturze i muzyce. Więc tak – to, co dekady temu było przeszkodą w rozpoczęciu kariery artystycznej, ostatecznie stało się moją tożsamością. Ludzie w końcu mnie zaakceptowali. I nawet otworzyłam drogę innym młodym muzykom, którzy też nie pochodzili z tych tradycyjnych środowisk. 

David Byrne, który sam wiele zrobił dla popularyzacji muzyki afrykańskiej i latynoskiej, twierdzi, że termin „world music” to sposób na ciche wrzucanie pewnych artystów pod etykietę „egzotyczne”. Zgadza się pani z tą opinią?

Zdecydowanie. Myślę, że dla zachodniej publiczności „world music” to po prostu sposób powiedzenia „muzyka, która pochodzi skądinąd”. Idąc tym tokiem myślenia, można by też nazwać rocka „world music”, bo jego korzenie tkwią w bluesie, a blues pochodzi z Afryki. Można by nazwać jazz „world music”. 

Ale głębszy problem z nazywaniem muzyki afrykańskiej „world music” polega na tym, że spłaszcza to jej ogromną różnorodność – nawet w obrębie jednego kraju, nawet w obrębie jednego regionu. Tak jak tu, w Europie, była muzyka popularna i była muzyka dworu królewskiego, która brzmiała zupełnie inaczej, w Afryce jest tak samo. Kiedy mówi się „world music”, wrzuca się do jednego worka artystów robiących zupełnie różne rzeczy. To powstrzymuje ludzi przed dowiedzeniem się, gdzie tak naprawdę zakorzeniona jest ta muzyka, jakie są jej kulturowe podstawy – sprawia, że nasza praca, i muzyka afrykańska w ogóle, wydaje się znacznie mniej interesująca, niż jest w rzeczywistości.

Czy myśli pani, że popularność „world music” – wciąż nie mamy lepszego określenia – wynika z autentycznej ciekawości, czy czasem kryje się za tym, może nawet nieświadomie, pewna protekcjonalność? 

To trudne pytanie, bo często dzieje się tak, że zainteresowanie zachodniej publiczności muzyką innych kontynentów jest ściśle powiązane z działaniami garstki popularnych artystów. Ludzie zaczynają się interesować tym, co jakiś słynny zachodni artysta, jak np. Peter Gabriel, nagrał z afrykańskimi muzykami. Nie jestem natomiast pewna, czy sami zagłębiają się w muzykę afrykańską, żeby zrozumieć, czym ona naprawdę jest, jakie ma barwy, co czyni ją interesującą. Jest w tym coś powierzchownego. Kiedyś było o wiele więcej promocji tej muzyki – istniała prawdziwa przestrzeń dla niej w europejskim przemyśle muzycznym. Ale to zaczęło znikać. Teraz bardzo często widoczność konkretnego rodzaju muzyki afrykańskiej, albo kariera konkretnego artysty/artystki, zależy od tego, jak bardzo zainteresowana jest nią jedna europejska gwiazda.

Waham się, czy zadawać to pytanie w rozmowie o muzyce, ale to tak ważna część Pani ostatnich lat, że chyba muszę. Była pani ścigana listem gończym za rzekome porwanie własnego dziecka. Spędziła pani kilka miesięcy w areszcie. Czy mogłaby pani krótko wyjaśnić naszym czytelnikom, co się stało?

Sprawa dotyczy sporu z ojcem mojej córki, która – niestety dla niej – znalazła się w centrum tego całego zamieszania. Mieszkam z nią w Mali i – zgodnie z prawem międzynarodowym – to malijskie prawo rodzinne zdecyduje o jej losie. Tymczasem jej ojciec upiera się, że krajem dziecka jest Belgia, bo tam się ono urodziło. Faktycznie tak było, bo on mnie o to poprosił, żeby mógł być obecny przy porodzie. Ale wcześniej mieszkałam w Mali, i po czterech miesiącach, gdy tylko załatwiłam jej wszystkie dokumenty, wróciłyśmy do Mali. Odtąd zawsze tam była i jest to jedyne miejsce, które naprawdę zna. Tymczasem belgijski sąd, do którego jej ojciec złożył pozew, uznał, że dziecko powinno mieszkać w Belgii. A przecież nie jest tak, że kiedy europejski kraj podejmuje decyzję dotyczącą dziecka mieszkającego w kraju afrykańskim, może po prostu zażądać zwrotu dziecka w sytuacji, gdy sąd w tym afrykańskim kraju podjął inną decyzję. Prawo międzynarodowe tak nie działa. Malijski wymiar sprawiedliwości może zweryfikować decyzję sądu europejskiego, sprawdzić, czy jest słuszna. Ale belgijski sąd w ogóle nie próbował składać takiego wniosku, nie szukał współpracy. Zamiast tego wydali wobec mnie europejski nakaz aresztowania za porwanie. 

To oznaczało, że nie mogła pani bezpiecznie wjechać na terytorium Unii Europejskiej.

Tak, nakaz obowiązywał tylko w Europie. Również Interpol w pewnym momencie się zaangażował, ale wycofał się, kiedy moi prawnicy pokazali im, że istnieje decyzja sądu w Mali przyznająca mi opiekę nad dzieckiem. Więc do innych części świata mogłam podróżować. Moi prawnicy – w Belgii i gdzie indziej, nawet gdy byłam aresztowana – próbowali udowodnić, że nie mogłam po prostu przeprowadzić się do Belgii z niemowlęciem, mając na utrzymaniu w Mali jeszcze drugie, starsze dziecko. To jednak nie pomogło. Ta sytuacja naprawdę mnie zniszczyła. Europejski nakaz aresztowania wydaje się wobec ludzi, którzy kogoś zabili albo są zamieszani w handel narkotykami. Ja nie zrobiłam nic. Nie było żadnego porwania. Uniemożliwiono mi podróżowanie i pracę za coś, czego nigdy nie zrobiłam – a najtrudniejsze do zrozumienia jest to, że uniemożliwiono mi też zarabianie na życie, podczas gdy byłam jedyną osobą opiekującą się tym dzieckiem. Belgijski wymiar sprawiedliwości rzekomo działał w interesie dziecka, nigdy nie pytając mnie, co je, gdzie chodzi do szkoły, kto za to wszystko płaci. Na pewno nie ojciec, bo zgodnie z wyrokiem to ja mam mu płacić.

Na jakim etapie sprawa jest obecnie?

Teraz odwołuję się od najnowszej decyzji, w której wyrok dwóch lat więzienia zamieniono na dwa lata w zawieszeniu. Oznacza to, że jeśli zrobię cokolwiek jeszcze w Belgii, pójdę do więzienia. Na razie jestem wolna. Ale nawet bez prawomocnego wyroku i tak zdołali mnie aresztować i wsadzić do więzienia na prawie dziewięć miesięcy – dokładnie osiem miesięcy i osiemnaście dni.

Czy to doświadczenie miało jakiś wpływ na pani twórczość? 

Nie da się odłożyć na bok czegoś, co stało się częścią tego, kim się jest. To teraz część mojego życia, część mnie, część moich dzieci. Moja córka została skrzywdzona. Po pierwsze dlatego, że jej malijska tożsamość nie została uznana; po drugie dlatego, że zamiast rozważyć, co naprawdę było dla niej najlepsze, belgijski sąd brał pod uwagę wyłącznie prawa ojca, jako obywatela belgijskiego. W końcu musiałam zmierzyć się na nowo z czymś, co naprawdę myślałam, że jest już za mną: rasizmem i poczuciem wyższości wobec Afryki, płynącym z Europy. Myślałam, że to się skończyło, zwłaszcza jeśli chodzi o kogoś takiego jak ja, kto spędził lata, próbując przekonać ludzi, że weszliśmy w nowy świat, gdzie wszyscy jesteśmy równi, gdzie kolonizacja naprawdę się skończyła. A potem to spotyka mnie samą. Jak mam wrócić do tamtej wiary?

Chcę iść naprzód. I od teraz wiem, że zawsze będę walczyć o prawa wszystkich tych matek, które poznałam, i wszystkich tych dzieci, które cierpią, bo systemy wymiaru sprawiedliwości zawodzą wobec nich. Czy możecie sobie wyobrazić, jak niszczące jest poczucie ataku ze strony systemu, który ma cię chronić? Najgłębiej rani krzywda wyrządzona twojemu dziecku, temu, co masz najważniejsze. Nie można prosić matki, żeby oddała dziecko temu, przed którym sama ucieka. To jak prosić matkę, żeby pozwoliła dziecku wejść w ogień albo wypić truciznę. 

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Sopot Jazz Festival Scena Molo
Reklama Sopot Jazz Festival Scena Molo