Kryteria powinny być jasne i obowiązujące wszystkie kandydatki, którym udało się wystąpić przed gdyńską publicznością w finale konkursu o Grand Prix. Jasne, że należałoby sprawdzić, jak kandydatki radzą sobie z porównywalnymi utworami z tej samej kategorii. Niech więc każda zaśpiewa jeden, a może dwa jazzowe standardy w średnim i szybkim tempie, jedną czy dwie ballady, a koncert zwieńczy prezentacja obowiązkowego utworu z polskim tekstem lub śpiewanego bez tekstu, no i jakiś dowolny utwór z częścią improwizowaną. Wokalistkom powinna akompaniować ta sama sekcja rytmiczna, która otrzymuje odpowiedni materiał nutowy od każdej z wokalistek.
Słuchacze koncertów konkursowych, jakie odbywały się w dniach 21-22 lipca w gdyńskim Konsulacie Kultury byli jednak świadkami całkiem odmiennego scenariusza. Liberalnego, czyli bez wymagań repertuarowych, formalnych i tematycznych, z drugiej strony nie ułatwiającego pracy konkursowemu jury, obradującego pod wodzą Urszuli Dudziak. Uczestniczki mogły bowiem śpiewać repertuar, jakie same sobie ustaliły, z towarzyszeniem samodzielnie dobranych muzyków.
Jak się można było spodziewać, koncerty w przeważającej części były egzemplifikacją własnych pomysłów kompozytorskich, aranżacyjnych, ale i tekstowych wokalistek, które w zapowiedziach otrzymywały dumną kwalifikację „poezji”.
Młodzi muzycy, którzy jazzu i muzyki rozrywkowej uczą się w szkołach i akademiach, nabywają przekonania, że skoro wiedzą wszystko na temat form, harmonii, zasad instrumentacji itp., to automatycznie stają się kompozytorami. A inni, gdy jest za nimi lektura tysiąca tomów poezji, zostają automatycznie poetami. Pomijają niestety trudne do przełknięcia pytanie o talent.
Takie myśli chodziły mi po głowie, gdy słuchałem pierwszej wokalistki z finałowej czwórki, Józefiny Bałdyki. Grająca na gitarze i skrzypcach w kilku utworach wokalistka, dokooptowała do swojego składu kwartet smyczkowy i pianistę, zaś obok jazz originals w rodzaju Anthropology i pamiętnego Taki pejzaż z repertuaru Ewy Demarczyk proponowała własne kompozycje i teksty. Poczułem się na moment przeniesiony w okolice lat 60. i 70. XX wieku, bo autorka trzymała się pomysłów kompozycyjnych i aranżacyjnych, które wówczas uchodziły za awangardowe i takimi często były. Można takiej poetyki używać, czemu nie, ale pod warunkiem, że stylistyka to jedynie kanwa, na której wyhaftowany będzie oryginalny zestaw treści i barw.
Wokalistka zaprosiła publiczność do zabawy. Zbudowała jeden z utworów na imitacji śpiewu ptaków i odgłosów lasu, jakie produkowali widzowie. Na identyczny pomysł wpadła kolejna finalistka, Aleksandra Raczyńska. Zmowa czy nowa moda?
Aleksandra Raczyńska dysponuje głosem pięknie krystalicznym, ale z artykulacją jazzową nie zawsze się kojarzącym. Dała koncert przemyślany od strony form i budowy linii napięć. Jakość wynikała przede wszystkim z klasy akompaniatorów, a show bezapelacyjnie skradł Maks Kreft, prawdziwy geniusz perkusji, o którym jeszcze nie raz usłyszymy. Publiczność – i słusznie – najmocniej oklaskiwała aranżację ludowej piosenki Czerwone jabłuszko, gdzie działo się sporo i ciekawie.
Kolejny dzień konkursu rozpoczęła Maja Babyszka, akompaniując sobie na fortepianie. Głos traktuje jako instrument, który prowadzi dialog z fortepianem, a że za obiema stronami dialogu stoi ta sama osoba z dziesiątkami pomysłów, jest czego słuchać. Jazzowi puryści mieliby powód do narzekań, ale jeśli za esencję jazzu uznamy jego rytmikę, wówczas zastrzeżenia muszą zniknąć.
Konkurs zamknęła recitalem Patrycja Zarychta z własnym zespołem. To profesjonalna artystka, stylistycznie jednoznacznie ukierunkowana na soul, w tej jego wersji, której blisko do Whitney Houston czy Arethy Franklin. Jeśli ocenie miałaby podlegać koncepcja koncertu jako całości, to wokalistka i jej soul-jazzowy zespół mieliby nagrodę w kieszeni. I tak się stało.
Jury przyznało Grand Prix Patrycji Zarychcie, wyróżnienie dla Aleksandry Raczyńskiej. Nagrodę publiczności otrzymała Maja Babyszka.



Napisz komentarz
Komentarze