Reklama Tyczka na molo Sopot 2026

Dokopać się do korzeni. Turyści genealogiczni na tropie znanych i nieznanych przodków

Wyjechali z Pomorza w 1875 lub w 1945 roku. Osiedlili się w USA, Kanadzie, Brazylii, Argentynie, Nowej Zelandii, Niemczech, i w wielu innych krajach. Teraz ich potomkowie coraz częściej wyruszają w podróż sentymentalną, tropiąc zapisy archiwalne i szukając śladów na cmentarzach.
Dokopać się do korzeni. Turyści genealogiczni na tropie znanych i nieznanych przodków
Tina, która miała kilka godzin, by z planem wioski wyrysowanym przez matkę odwiedzić mennonicką wieś. Na zdjęciu przed wejściem na pokład wycieczkowca z mężem i przewodniczką Małgorzatą Andrzejewską-Bancewicz

Autor: Małgorzata Andrzejewska-Bancewicz

Skąd jestem? 

Czy dom pradziadka był tak okazały, jak mówiła matka? Czy mam kuzynów w dalekim kraju? Takie pytania zadaje coraz więcej turystów, lądujących na gdańskim lotnisku i wysiadających z wycieczkowców nie tylko po to, by zobaczyć zamek w Malborku i historyczne centrum Gdańska.

Motywy są różne. Pewien Kanadyjczyk, nazwijmy go James, chciał zrozumieć, dlaczego tak kocha konie. W jego hodowli w Kanadzie było aż 130 tych pięknych zwierząt. Dlatego schorowany i czekający na planowaną operację James postanowił wcześniej z rodziną odwiedzić kraj, z którego ponad 100 lat wcześniej wyjechali jego przodkowie.

- Objechaliśmy najpierw Kaszuby, potem chyba była Reda – wspomina Małgorzata Andrzejewska-Bancewicz, przewodniczka i geneaolożka. - Dotarliśmy do niewielkiej miejscowości Ameryka, zawdzięczającej nazwę mieszkańcom, którzy wybrali się za ocean szukać lepszego życia. Wreszcie dotarliśmy do miejsca, gdzie żyła kaszubska linia jego rodziny.

James spytał o konie. Mina mu zrzedła na widok dwóch nędznych szkap. Potem podjechali do drugiego miejsca i Kanadyjczyk znów drążył temat. Niestety, rozpościerały się tam jedynie łąki. Od wdowy po bardzo dalekim krewnym usłyszał: - Teraz widzisz łąki, ale mój mąż tutaj hodował konie. Miał ich ze trzydzieści…

Przewodniczka nie zapomni euforii w oczach Jamesa. 

- Już teraz rozumiem, skąd ta wielka miłość! - powiedział. - To rodzinne.

Podczas podróży James zrozumiał, że jest Kaszubą. W Szymbarku kupił czarny, elegancki kapelusz z czerwonym otokiem. Wybierał się na rodzinne wesele. 

- Jak teraz założę smoking i do tego ten kapelusz, padną wszyscy – oznajmił z radością.

Inna rodzina o kaszubskich korzeniach długo ukrywała prawdziwy cel przyjazdu. Poprosili jedynie, by zawieźć ich na najstarszy cmentarz pewnego miasta powiatowego i znaleźć na nim najstarszy grób. Stanęli przy grobie w nabożnym skupieniu, wyciągnęli kopertę i łyżkę. Łyżką wykopali dołek, wrzucili proch z koperty, zasypali.

Okazało się, że ich bliski zmarł na nowotwór, a wdowa i krewni postanowili zrealizować ostatnie marzenie zmarłego, by jego prochy spoczęły w rodzinnym mieście.

Rodzina wróciła do Stanów, a wolno wychodząca z szoku polska przewodniczka obiecała, że kiedy będzie tu na Wszystkich Świętych, zapali znicze.

Cmentarz Rybno, na trasie Marszu Śmierci. Dwie kobiety z USA idą tropem babci - Żydówki z Litwy, która trafiła do obozu Stutthof. Wcześniej odwiedziły teren byłego getta w Kownie (fot. Małgorzata Andrzejewska-Bancewicz)

Coraz łatwiej znaleźć krewnych

- Z roku na rok zwiększa się zainteresowanie przodkami – mówi dr Łukasz Podlaszewski z Muzeum Emigracji w Gdyni. - Na zachodzie było to już od dawna popularne. W Ameryce upowszechniono poszukiwania genealogiczne, ale też poszukiwania przez badania DNA. Wzrost popularności widać też w Polsce. Dużo osób chce odnaleźć przodków emigrantów, ustalić ich dalsze losy na emigracji, czy nawiązać kontakt z jakimiś żyjącymi potomkami. Organizujemy więc konsultacje genealogiczne i warsztaty genealogiczne dla osób, które chciałyby rozpocząć przygodę z genealogią. To zawsze cieszy się dużą popularnością.

Maile z zapytaniami do Muzeum Emigracji przychodzą m.in. z:

  • Brazylii, 
  • Argentyny, 
  • Stanów Zjednoczonych, 
  • Kanady. 

Powody bywają nie tylko sentymentalne, zgłaszają się często osoby, które chcą podjąć naukę w Unii Europejskiej, mają korzenie polskie i potrzebne jest im udokumentowanie pochodzenia, żeby zdobyć dokumenty na pobyt.

Małgorzata Andrzejewska-Bancewicz, która wspólnie z kolegą z USA prowadzi stronę „Ancestry in Poland”, uważa, że wzrost zainteresowania przodkami wiązał się wyraźnie z pandemią COVID-19.

- Co mieli robić ludzie zamknięci w domach? - pyta. - Większość odkładała na później badanie dziejów rodziny, uważając, że po przejściu na emeryturę będą mieli czas, by siedzieć w archiwach. Nagle tego czasu zrobiło się więcej, a poszukiwania przeniosły się do Internetu. Okazało się, że są ludzie ściśle wyspecjalizowani w tego typu badaniach. Zaczęło się od pasjonatów, którzy utworzyli Wielkopolskie Towarzystwo Genealogiczne "Gniazdo" i jako pierwsi wszystko zdigitalizowali i wprowadzili do postaci online.

Dopiero teraz w sieci zaczynają się pojawiać skany archiwaliów. Wcześniej trzeba było zwrócić się do archiwum o oryginał czy fotokopię dokumentu. Do tego częstopojawiały się błędy w nazwiskach, w nazwach miejscowości, ponieważ to były czasy głównie rozbiorów. Jedna z największych fal emigracji obejmuje przecież lata 1875-1890.

Wiele też zależało, i nadal zależy, od życzliwości drugiego człowieka. Małgorzata pamięta rodzinę z Australii, której udało się dotrzeć do podstarogardzkiej wsi, gdzie prapradziadkowie brali ślub, a prababcia została ochrzczona. Mówili, że sam pobyt w takim miejscu jest dla nich czymś wyjątkowym. Jako że matka przyjezdnych należała do australijskiego towarzystwa genealogicznego, życzliwy ksiądz specjalnie skopiował dla niej dyskietkę z informacjami dotyczącymi parafii. - W ten sposób kilka różnych osób może później odnaleźć losy przodków– powiedział przekazując dyskietkę.

Teraz wystarczy kliknąć, by dokument zobaczyć

- W ostatnich latach zwiększyła się dostępność dzięki skanowaniu, digitalizacji, indeksacji ksiąg metrykalnych – potwierdza dr Łukasz Podlaszewski. - Jest już dostępna online, w formie skanów, czy też indeksów do wyszukiwania Nie trzeba tak jak dawniej jeździć po archiwach, parafiach, żeby cokolwiek znaleźć. To też bardzo zachęca ludzi.

Takie skany można chociażby uzyskać w Archiwum Archidiecezji Gdańskiej. Eksperci mówią także o rosnącej roli sztucznej inteligencji. Chociaż bywa, że sprowadzi człowieka na manowce, to równocześnie dzięki niej tłumaczenie aktu urodzenia z języka rosyjskiego czy niemieckiego stało się łatwiejsze.

Koniec turystyki nostalgicznej?

Lech Słodownik, historyk z Elbląga, przed 20 laty odkrył elbląskie i gdańskie korzenie ówczesnej kanclerz Niemiec, Angeli Merkel, docierając przy tym do jej polskich przodków. 

- Elbląg odwiedził brat pani kanclerz Markus, urodzony w 1957 roku – opowiada. - Dużo rozmawialiśmy, trochę mu w kilku sprawach pomogłem. Wspomniał, że wcześniej, w 2015 lub 2016 r. był w Elblągu z matką Herlind Kasner. Pani Kasner zmarła kilka lat później, mając 90 lat, a Markus znów przyjechał z żoną.

Zdaniem Lecha Słodownika turystyka nostalgiczna, czy jak to Niemcy nazywają, Heimweh - touristik jednak już się kończy. Minęło 81 lat od zakończenia wojny, ci, którzy wtedy wyjechali już nie żyją albo są za starzy, by przyjeżdżać. Ich dzieci robią to coraz rzadziej. 

Może wnuki wrócą?

Niektóre powroty niosą za sobą wspomnienie dramatu. Tak było z pewnym dyrektorem dużej amerykańskiej firmy, który w podróży służbowej odwiedził Gdańsk. Poprosił Małgorzatę o pomoc w dotarciu do domu przy Jaśkowej Dolinie, gdzie mieszkał jego dziadek, Holender, pastor luterański z żoną i dwoma synkami. Sowieci po wejściu do Gdańska brutalnie zgwałcili żonę pastora. Popełniła samobójstwo, rzucając się z okna, a pastor zabrał synów i wyjechał do Holandii. Nigdy już nie postawił nogi w Gdańsku. Ojciec dyrektora też nie, ale wspominał jasne, duże mieszkanie, jazdę na sankach z górki, widok z okna.

Odwiedzili więc z wnukiem willę. I jeszcze nie raz sentymentalnie tam jeździli. 

Tina, która miała  kilka godzin, by z planem wioski wyrysowanym przez matkę odwiedzić mennonicką wieś (fot. Małgorzata Andrzejewska-Bancewicz)

Matka narysowała wieś

Niektórzy ludzie przypływają do Gdańska tylko na pięć godzin. Tak było z pewnym małżeństwem mennonickim.

Ich matka miała dobrą pamięć. Wyrysowała plan wioski z 1945 roku. Tu jest szkoła, tu był cmentarz… Córka chciała się tylko przespacerować wzdłuż wioski, patrząc na rysunek matki.

- Weszłam jednak na podwórze ich dawnego domu – wspomina Małgorzata Andrzejewska-Bancewicz. - Z piwnicy wyłoniła się kobieta z misą ogórków. Opowiadam o rysunku, o córce, a ona mówi, że się wszystko zgadza. Bo w stanie wojennym przychodziły do nich paczki z USA, przysyłane przez pewnego pastora. Jak się okazało, brata pani, która wyrysowała ten plan…

Zaproszono ich do domu. Opowiadano, że ten piec to od zawsze tu był. A na werandzie pozostały witraże. Mąż gospodyni przyniósł ze stodoły stare ozdoby, które się trochę uszkodziły.

- Najbardziej zadziwiła mnie chemia między tymi ludźmi – mówi przewodniczka. - Tu nie ma antagonizmów polsko-niemieckich, obaw przed wpuszczeniem do domu, w którym kiedyś mieszkał Heinrich czy Klaus. Tu jest odwrotnie. Obecni mieszkańcy wiedzą, że to były tereny menonickie, że menonici też byli w swoich dziejach represjonowani, ale byli też świetnymi gospodarzami. I dbali o to wszystko.

Bo rodzina to jest siła

- Genealogia ma to do siebie, że bardzo wciąga, to swego rodzaju śledztwo detektywistyczne – mówi z pasją dr Łukasz Podlaszewski. - Kilkoro członków rodziny zaraziłem tym i niejedną nockę przez to zarwali.

Prapradziadek doktora też emigrował do Ameryki. Powrócił po kilku latach, ale jego brat tam został. To funkcjonowało jedynie jako legenda rodzinna, ale nikt za bardzo nie wiedział o kogo chodzi. Dopiero dzięki rodzinnym poszukiwaniom historyka udało się to ustalić i nawiązać kontakt z żyjącymi potomkami brata prapradziadka, którzy ostatecznie dotarli do Kanady.

Okazało się, że listy z Ameryki wysyłane po wojnie do Polski, spaliła prababcia doktora, która bała się je trzymać w domu za komuny. Za to te pisane ręką pradziadka z Polski w zachowały się gdzieś na drugim końcu świata.

- Dla mojej rodziny to było coś absolutnie niesamowitego - przyznaje dr Podlaszewski.

Historyk zna wiele innych przypadków, gdy rodziny po wielu latach się połączyły i powstała zażyła więź. Wzajemnie się odwiedzają, są w stałym kontakcie. Jak rodzina.

Tak stało się dzięki pewnej wizycie obywateli USA w Karwi.

- Szukaliśmy konkretnego nazwiska – relacjonuje Małgorzata. - Teraz jest jednak ochrona danych osobowych. Na szczęście pomogła pani w wiejskim sklepie. Miałam też od mojej mamy książkę teleadresową z 1990 roku. Dzięki tym dwóm „pomagaczom” ostatecznie trafiliśmy do domu pewnego weterynarza. Mężczyznę, który otworzył drzwi, spytałam o nazwisko. Zgadzało się.

- Właśnie przywiozłam panu rodzinę – oznajmiła przewodniczka.

- Niemożliwe – odparł gospodarz, ale zaprosił wszystkich do domu. Kiedy usiedli przy stole, gospodarz przypomniał sobie o pewnym albumie, przysłanym ojcu przed 20 laty ze Stanów Zjednoczonych. Wtedy usłyszał, że niespodziewani goście mają u siebie, w USA, identyczny album.

Siedzieli tam ponad dwie godziny, nie chcieli wychodzić. Spontanicznie zapraszali się wzajemnie na urodziny. Nie mogli się rozstać.

Jakie było między nimi pokrewieństwo? Chyba czwartego stopnia.

Jak szukać korzeni?

W sieci jest wiele informacji i instrukcji, jak tworzyć drzewo genealogiczne. W Warszawie przy Nowym Świecie działa jedno z centrów FamilySearch, największej na świecie bezpłatnej platformy genealogicznej, powiązanej z mormońskim Kościołem Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich. Zapewnia ona dostęp do miliardów skanów różnych dokumentów.

Szukając korzeni, warto też skorzystać z bezpłatnej pomocy Muzeum Emigracji. Można wysłać maila i czekać na odpowiedź, można też przyjść do gdyńskiego muzeum bez wcześniejszego umawiania się.

- W godzinach otwarcia muzeum - zastrzega dr Podlaszewski. - Oferujemy na miejscu dostęp do bazy Ancestry z wykupioną licencją. Jesteśmy też placówką partnerską dla FamilySearch. więc mamy tę bazę w rozszerzonej formie, a standardowo niedostępne skany są u nas też do obejrzenia. W przestrzeni budynku znajdują się stanowiska komputerowe i każdy może z nich skorzystać. Jeśli ktoś nie może do nas przyjechać, to zdalnie, bezpłatnie, po wysłaniu maila z podstawowymi informacjami (nazwiska, daty, miejscowości) , jesteśmy w stanie zdalnie przeprowadzić takie poszukiwania w bazach.

Takie poszukiwania to pierwszy krok przed podróżą w poszukiwaniu miejsc, związanych z naszymi przodkami, a może też do znalezienia nieznanych krewnych. Ciekawy pomysł na wakacje, prawda?

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Tyczka na molo Sopot 2026
Reklama Ziaja kuracja peptdowa