Reklama

Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret mieszkańców naszego regionu

Znani i nieznani. Młodzi i starsi. Ci, którzy wciąż historię regionu tworzą i ci, którzy odeszli zostawiając tu swoje ślady. Mieszkańcy Pomorza otwierają przed nami rodzinne albumy, by opowiedzieć o swoich bliskich, ale i o własnych, nie zawsze prostych, drogach na Pomorze. Każda z fotografii to pretekst do opowieści. O ludziach i regionie. Tworzymy portret rodzinny Pomorzan. Oto kolejna część naszej kolekcji – pisze Gabriela Pewińska-Jaśniewicz.
Zawsze Pomorzanie. Wspólnie tworzymy portret mieszkańców naszego regionu
Jerzy Kiszkis, lata 30. XX w. Honorowy Obywatel Gdańska urodził się w Warszawie, ale dusza jego została na Wileńszczyźnie

Autor: Arch. prywatne

Grażyna Brylska

Fot. Elżbieta Mirkowska

Przed laty funkcjonariuszka Straży Granicznej, dziś - poetka. Urodziła się w Sopocie. To, jak twierdzi, efekt wyżu demograficznego lat 50., na Klinicznej we Wrzeszczu, gdzie miał odbyć się poród po prostu nie było miejsc. 

Rodzice przyjechali do Gdańska z Piotrkowa Trybunalskiego, ojciec dostał pracę w Okręgowej Dyrekcji Kolei Państwowych, mama była krawcową. 

Ukończyła Liceum Ekonomiczne oraz Państwowe Studium Kultury i Oświaty Dorosłych w Gdańsku. 

Pracę rozpoczyna w Kaszubskiej Brygadzie Wojsk Ochrony Pogranicza. Mundur, to tradycja rodzinna. Kolejarzami byli dziadkowie, ojciec oraz bracia mamy. Przedwojennym wojskowym - najstarszy brat ojca. Wśród kuzynów Grażyny są: oficer Marynarki Wojennej, oficer Wojsk Inżynieryjnych, oficer Służby Więziennej oraz policjant. W roku 1991, kiedy po zmianie przepisów, kobiety w Straży Granicznej mogły założyć mundur, uczyniła to z radością. W Morskim Oddziale Straży Granicznej, najpierw na przejściu granicznym w Nowym Porcie, potem na lotnisku w Rębiechowie pracuje do emerytury, ponad 37 lat.

Wiersze zaczęła pisać jeszcze jako funkcjonariuszka, to zwykle okolicznościowe rymowanki dla koleżanek i kolegów z pracy. Przełom nastąpił, gdy w 2006 roku podczas wystawy gołębi pocztowych zawaliła się hala na Międzynarodowych Targach Katowickich. Zginęło ponad 60 osób. Emocje, które wtedy nią zawładnęły ułożyła w strofy wiersza. Gdy przeczytała go przyjaciółce, usłyszała: Powinnaś pisać. Słowa te usłyszała później jeszcze wielokrotnie, od mistrzów. Dziś jest autorką czterech tomów poezji. Wymyśliła też „bryliki”, rodzaj humorystycznych rymowanych wierszyków.

Kocha taniec, poezję Tuwima, Chopina, „Carmen” Bizeta i Gdańsk. Swemu miastu poświęciła zbiór wierszy „Moje Gedaniana”. 

Wyróżniona nagrodą Marszałka Województwa Pomorskiego za pracę na rzecz Gdańskiego Towarzystwa Przyjaciół Sztuki. 

Jarosław Ellwart

Fot. Arch. prywatne

Pomorzanin z krwi i kości. Rodzina ze strony ojca mieszka w Wielkim Kacku od końca XVII w. Krewni ze strony mamy wędrowali po Kaszubach całe pokolenia, by ostatecznie osiąść w Chwaszczynie. Jego mocne, pomorskie korzenie sięgają w różne strony regionu niejako determinując drogę. 

Absolwent Technikum Budowlanego ze specjalnością geodezyjną. Po studiach na Politechnice Gdańskiej – inżynier hydrotechnik. Z duszy – historyk i regionalista. Szef wydawnictwa – nomen omen – Region. 

Przyszedł na świat w Gdyni, ale wychował się w Sopocie, gdzie w poszukiwaniu pracy przyjechała z Chwaszczyna jego matka. Rodzice mieszkali tu do końca życia. On też miał taki plan, jednak Los sprawia, że w roku 1992 trafia na dziadkowiznę, do Wielkiego Kacka. Może, zastanawia się, zawsze był z niego, jak to się kiedyś mówiło, „Kaczan”? 

Wcześniej, tuż po założeniu rodziny, na krótko osiedla się w Żukowie w mieszkaniu z piecami. Nigdy nie palił w piecu. To było jak przeprowadzka na koniec świata. Dziś wspomina ten czas z rozczuleniem: – Co nas nie złamie, to nas wzmocni.

Po studiach krótko pracuje w Gdańskich Wodociągach, wydaje też promującą język kaszubski gazetę „Tatczëzna”. Słowo drukowane, książki – to go ekscytuje. Imię zobowiązuje. Matka dała mu je na cześć Jarosława Iwaszkiewicza. Pisarzem zostać nie zamierzał, ale założył wydawnictwo. Nie przypuszczał, że przez 35 lat Region rozwinie się na taką skalę, że zyska prestiż. To, uważa, zasługa zgranego zespołu i wyjątkowych autorów, których na Pomorzu nie brakuje. Zaczynał od katalogów reklamowych, dziś to dwa edytorskie kierunki: turystyka (przewodniki, informatory i mapy) oraz publikacje o kulturze i historii regionu. Choćby cykl „Wybitni Pomorzanie” czy seria przypominającą twórczość Jana Piepki. Słynny kaszubski poeta i prozaik stał się w roku 2024 bohaterem jego pracy doktorskiej z literaturoznawstwa. 

Krzysztof Jakubowski

 

Fot. Anna Jakubowska

Uhonorowany tytułem Artiste FIAP (Międzynarodowej Federacji Sztuki Fotograficznej) uznany artysta fotograf. Ceniony pedagog. Urodził się w Bydgoszczy w 1946 roku. Nie miał jeszcze dziesięciu lat, gdy wraz z rodzicami przeprowadzają się z Torunia do Gdańska. Ojciec, dziennikarz dostaje tu pracę w Polskim Radiu. 

Zamieszkali w Oliwie, w domu, w którym Krzysztof żyje do dziś. 

Chodził do Szkoły Podstawowej nr 35, tę samą ukończą też jego dwaj synowie. W klasie ósmej ma dylemat: zostać hydraulikiem czy artystą? Ostatecznie trafia do Państwowego Liceum Technik Plastycznych w Gdyni Orłowie, fotografii uczy się tu pod kierunkiem mistrzów: Bolesławy i Edmunda Zdanowskich. 

Swoją pierwszą indywidualną wystawę fotograficzną organizuje w roku 1964, jeszcze jako licealista. Ponad dwie dekady później wróci do orłowskiego liceum już w roli pedagoga. Do roku 2006 prowadzi tu zajęcia z przedmiotu fotografia artystyczna, kierując równocześnie, jedynym w polskim średnim szkolnictwie artystycznym, Wydziałem Fotografii. 

Przez 17 lat był komisarzem Ogólnopolskiego Konkursu Fotograficznego Szkół Plastycznych „Twórczość Młodych”. Przez lat dwadzieścia prowadził zajęcia praktyczne w Studium Fotografii Artystycznej w Gdańsku i, sporadycznie, w Sopockich Szkołach Fotografii.

Brał udział w około 200 wystawach zbiorowych w Polsce i za granicą. Prezentował swoje prace na 16 wystawach indywidualnych. Tworzy w różnych technikach. Od fotomontażu przez projekty plakatów po fotografię dokumentalną i reportażową, ceni sobie szlachetną technikę gumy arabskiej. 

Jest autorem fotografii do trzech albumów. W roku 2012 ukazał się ten najsłynniejszy - „Pomorskie cmentarze”. Stworzył go wraz z żoną Anną, również uznaną fotografką, dla której od początku jej artystycznej drogi jest nauczycielem, przyjacielem. Nieustającą inspiracją. 


Barbara Janczukowicz

z d. Bianga

Z rodzicami na molo w Sopocie, lata 40. Fot.. Arch. rodzinne

Przyszła na świat w dzień urodzin Hitlera, na strychu kamienicy na Hitlerstrasse (dziś Al. Niepodległości) w Sopocie. Był rok 1940. Na polski chrzest w kościele NMP Gwiazdy Morza zgodę wyraża niemiecki proboszcz. Ceremonię, potajemnie, odprawia polski wikary.

Ojciec Barbary to słynny polski bokser Jan Bianga. Mama, Elżbieta, córka Romana Colbe, pracownika PKP zamordowanego w Dachau, oraz Gertrudy, tenisistki Gedanii. 

Gdy ojciec Basi trafia do obozu koncentracyjnego, rodzinę utrzymuje matka. Pracuje jako księgowa u Niemca, który jest przychylny Polakom. 

Z Hitlerstrasse przenoszą się, wraz z innymi Polkami z dziećmi, do Domu Polskiego, ośrodka, który nadzorują okupanci. Język ojczysty jest tu zabroniony. Polskiego Barbara zaczyna się uczyć dopiero po wojnie. 

Wojna się kończy, zostają w Sopocie. Po maturze Barbara zdaje na Politechnikę Gdańską, kierunek - Budownictwo Lądowe. Po studiach zostaje kierownikiem budowy w Spółdzielni Robót Budowlanych w Gdyni. Szybko rezygnuje. Zatrudnia się w Instytucie Technik Budowlanych w Gdańsku, gdzie zaczyna zajmować się informatyką. Jest autorką pierwszego systemu kosztorysowania na komputerach. 

W roku 1968 bierze ślub ze słynnym płetwonurkiem Jerzym Janczukowiczem. Do Urzędu Stanu Cywilnego na Korzennej jadą pomalowanym na biało Dodgem, amerykańskim wojskowym samochodem z czasu II wojny światowej.

Wkrótce na świat przychodzi Michał. 

W roku 1973 na piętnaście lat Barbara opuszcza Pomorze. W Legionowie pod Warszawą dostaje propozycję pracy (z mieszkaniem) w Kombinacie Budowy Domów. 

Po powrocie mieszka we Wrzeszczu, w wieku 81 lat przeprowadza się do gdyńskiej Dąbrowy. Ma kondycję nastolatki. Lubi wyzwania. Spotkania z ludźmi. Wszystkie pieniądze wydaje na podróże. Na emeryturze zwiedziła Europę pod namiotem. I dziś, zapewnia, nie rezygnuje ze zdobywania świata. 

 

Jerzy Kiszkis

Z ojcem, lata 30. XX w. Fot. Arch. prywatne


 

Honorowy Obywatel Gdańska urodził się w Warszawie, ale dusza jego została na Wileńszczyźnie. Z Wilna pochodzili rodzice, tu spędził dzieciństwo. Może i tu narodził się w nim aktor? Na pewno miłość do pięknego słowa, tradycji, wolności, głęboka wiara. Wybuch wojny zastaje go z rodzicami w Trokach, podczas kończących się wakacji. Ma ledwie rok. Wysiedleni przez Niemców okupację spędzają w Niemierzu pod Wilnem. W roku 1945, po śmierci ojca, rodzina zostaje repatriowana do Bydgoszczy, gdzie jego matka poddana represjom komunistycznych władz, trafia do więzienia. 

Po maturze myśli o wstąpieniu do seminarium duchownego, ostatecznie zdaje do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Debiutuje w Teatrze Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Gdyby zdecydował się na propozycję Starego Teatru w Krakowie, nie poznałby Haliny Winiarskiej, po latach legendy gdańskiej sceny. Ślub biorą w roku 1963. Byli razem blisko 60 lat. W roku 1966 dostają angaż do Teatru Wybrzeże. Na cztery dekady. Do dziś stanowią ważną kartę historii tej sceny. 

Uważa, że Gdańsk był dla niego darem od Losu. Tu jego wileńskie „uniwersytety” dopełniły się. W roku 1980, wraz z grupą aktorów wspiera strajkujących w Stoczni Gdańskiej. Przewodniczy obradom Krajowego Zjazdu „Solidarności”. Współorganizuje Msze za Ojczyznę. 13 grudnia 1981 roku, wraz z żoną zostaje internowany w Ośrodku Odosobnienia w Strzebielinku. 

Od 1968 roku prowadzi zajęcia z fonetyki i kultury żywego słowa w Biskupim Seminarium Duchownym w Oliwie, później także w Wyższym Seminarium Duchownym w Pelplinie. Wykładał też na UG. 

Jego teatralne dossier to dziesiątki znakomitych ról. Na scenę wrócił w roku 2024 po latach opieki nad chorą żoną. W Teatrze Miejskim w Gdyni wystąpił w spektaklu „Kopenhaga” w reżyserii Krzysztofa Babickiego. Miał 86 lat. W kwestii teatru, bycia na scenie, prawdopodobnie nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. 

 

Alojzy Roza

 


 Alojzy Roza w Gdyni, rok 1946, Fot.: Arch. prywatne

Urodził się w roku 1914 we wsi Mąkowersko niedaleko Bydgoszczy. W albumie rodzinnym zachowało się zdjęcie, na którym pozuje w mundurze i ułańskiej rogatywce. W wojsku nauczył się oprawiać mięso, zostaje mistrzem rzeźnickim. W roku 1932 przyjeżdża do Gdyni, zamieszkał na ulicy Warszawskiej. Bierze ślub ze Stanisławą, którą poznaje w drodze nad morze. Zakłada sklep rzeźnicki, prowadzą go oboje. 

Wybucha wojna. Dwójka ich dzieci, Halina i Józef przychodzi na świat w schronie niedaleko domu.

W roku 1946 rodzi się Teresa. Zaczyna się trudny czas w życiu Alozjego. Kilka razy sklep plądrują nieznani sprawcy. Dręczą ich tajniacy, milicja. W listopadzie odbierają im mieszkanie. I sklep. Rodzina zostaje eksmitowana do Kartuz. Przyczyna tej decyzji do dziś pozostaje tajemnicą. Oficjalne dokumenty mówią o wysiedleniu z obszaru przygranicznego. 

W Kartuzach, długi czas rodzinie z trójką małych dzieci przyjdzie mieszkać kątem w starym, nieogrzewanym sklepie. Alojzy jest zdesperowany, zatrudnia się w masarni w Sopocie. Czuje się skrzywdzony, buntuje się, prowokuje, na kartuskim rynku śpiewa na głos „Rotę”. Do domu, bywa, wraca z połamanymi żebrami. W roku 1960 zostaje ubezwłasnowolniony i zamknięty w szpitalu dla nerwowo chorych w Kocborowie, gdzie po dwóch tygodniach – w niewyjaśnionych okolicznościach – umiera na zawał. Ma 46 lat. 

Żona długo stara się o wydanie aktu zgonu. Córka Alozjego Teresa do dziś nie może się pogodzić z losem, jaki spotkał jej ojca, ale w pamięci ma też dni, gdy był szczęśliwy. Choćby lato, gdy na zamówienie szefa kuchni sopockiego Grand Hotelu łowił raki w jeziorze w Łapalicach, na słynną zupę rakową. Przechowywał je potem w ocynkowanej wannie wyłożonej pokrzywami. Zbierała je w pobliskim zagajniku właśnie Teresa.

Ojciec podziękował jej za pomoc wręczając bransoletkę z bursztynu. Ma ją wśród cennych pamiątek do dziś. 


Janusz Sidło

Ślub Janusza Sidły i Ewy Chodorowskiej w Katedrze Oliwskiej, 1957 r.  Fot. Arch. Z. Chodorowskiego

Ikona polskiej lekkoatletyki. Najsłynniejszy polski oszczepnik. Rekordzista Europy i świata. Pierwszy Europejczyk, który rzucił oszczepem ponad 80 m. Pięciokrotny olimpijczyk, zdobywca srebrnego medalu na igrzyskach w Melbourne. Dwukrotny laureat tytułu Sportowca Polski w Plebiscycie Przeglądu Sportowego. 

Sportowiec - legenda Janusz Sidło przybył na Wybrzeże w roku 1951. Ze Śląska, gdzie urodził się w roku 1933, ściągnął go do Spójni Gdańsk trener i działacz sportowy Aleksander Żyliński. Młody zawodnik zamieszkał w Oliwie, róg ulic Słoneczna i Podhalańska. Maturę zdaje w V Liceum Ogólnokształcącym im. Stefana Żeromskiego. W liceum wpada mu w oko Ewa Chodorowska, sąsiadka z ulicy Liczmańskiego. W roku 1957 biorą ślub w Katedrze Oliwskiej. 

Był idolem młodego pokolenia, dla nastolatków - kimś na kształt świętego. Pod jego oknami popisywali się rzucając do celu kijkami jak oszczepem.

- W oliwskich lasach trenował – mówi jego szwagier, także sportowiec Zbigniew Chodorowski. - Dzieciaki, które wtedy obserwowały jego wyczyny i biegały po rzucony daleko oszczep, by wręczyć go Mistrzowi, do dziś wspominają, jakie to było dla nich przeżycie. Trenował też na stadionie obok ogrodu zoologicznego. To w tym czasie wyzwał na pojedynek łuczników z ulicy Kościerskiej. Oni mieli celować do tarczy z odległości 50 metrów z łuków, on – oszczepem. Wyśmiali jego propozycję. A gdy doszło do zawodów, miny im zrzedły!

Wybrzeże opuszcza w roku 1954. Wyjeżdża do stolicy.

Z okazji Jubileuszu 70-lecia V Liceum Ogólnokształcącego w Gdańsku, obiektom sportowym nadano imię Janusza Sidły. Zbigniew Chodorowski podarował szkole oszczep, który lata przeleżał w piwnicy jego domu na Liczmańskiego. To typ legendarnego oszczepu z igrzysk olimpijskich w 1956 roku w Melbourne, tego, który Janusz Sidło pożyczył Egilowi Danielsenowi, dzięki niemu Norweg zdobył złoto.


Stanisław Szpilewski

Stanisław Szpilewski (z prawej) z żoną i przyjacielem z dzieciństwa  Fot. Arch. prywatne

Urodził się w 1939 roku w Nowogródku na Kresach. Mama była nauczycielką, ojciec zajmował się handlem. W roku 1945 rodzina Szpilewskich wyrusza do „nowej Polski” jednym z pierwszych transportów. Towarzyszy im zaprzyjaźniona sąsiadka z dwójką dzieci i koza, której mleko pomogło repatriantom przetrwać trudny czas. Podróż w bydlęcym wagonie z dobytkiem całego życia trwała kilka dni. 

To ojciec chłopca decyduje, by osiąść w Słupsku, dziś jest tu Skwer matki Stanisława, Heleny Szpilewskiej, która stworzyła podwaliny słupskiej oświaty. Jest i ulica Stanisława, oddanego miastu historyka sztuki. 

Należał do grona organizatorów Muzeum Pomorza Środkowego. Zaczynał jako młodszy asystent, kończył współpracę będąc kustoszem Działu Historyczno-Artystycznego. Wiele zabytków ocalił od zniszczenia. Rozbudował kolekcję sztuki pomorskiej, scalił rozproszone po wojnie zbiory. 

Ale był też organizatorem pierwszej powojennej wystawy słupskich plastyków czy ogólnopolskiej wystawy sztuki lalkarskiej.

W roku 1976 inicjuje w Słupsku Biuro Badań i Dokumentacji Zabytków. Jego zabiegi o konserwację zabytkowego wyposażenia kościołów były cenione szczególnie. Dzięki jego staraniom odnalezione w stodole trzy pocięte neogotyckie ołtarze, odrestaurowane wróciły na swoje miejsce. Podobnie jak XVIII-wieczny srebrny kielich czy XVII-wieczna zdobiona micha. Wyjątkowym jego dokonaniem, nie tylko w skali regionu, były starania o przywrócenie dawnej świetności książęcym sarkofagom znajdujących się w krypcie kościoła św. Jacka. 

Twórca Oddziału Towarzystwa Opieki nad Zabytkami w Słupsku. Od młodych lat członek PTTK, wykształcił kilka pokoleń przewodników po regionie. 

Słupskowi poświęcił 50 lat życia, w jego działaniach z równą pasją wspierała go żona Wanda, ceniona konserwator dzieł sztuki. Wychowali dwóch synów.

Stanisław Szpilewski zmarł w 2012 roku. 


tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama Radio Gdańsk Wakacyjne Bingo - konkurs