Wśród dźwięków współcześnie wydawanych płyt rockowych widać dwa nurty: poszukujący i epigoński. Poszukujący, czasem określany jako awangardowy, przypomina psa obracającego się, by złapać własny ogon – rzekoma awangarda to przetwarzanie pomysłów sprzed kilkudziesięciu lat: zaskakujące łączenie elementów różnych gatunków, zerwanie z tonalnością, swobodna improwizacja, eksperymenty z brzmieniem. Nurt epigoński (najwłaściwszym przykładem niech będą kolejne płyty Rolling Stonesów) eksploatuje sprawdzone riffy i motywy, tworząc podobne, lepiej brzmiące kopie.
Kręcimy się w kółko, jeśli idzie o główny nurt rocka – taki, który przyciąga na stadiony i do hal tysiące fanów. Dotyczy to Europy, tym samym i Polski, w mniejszym stopniu USA, gdzie wciąż można liczyć na niespodzianki, choć nie tak liczne, jak byśmy chcieli.
Gdy głowę zaprzątają mi pesymistyczne myśli o kryzysie rocka, przypominam sobie, że podobne rozważania snułem już kilkadziesiąt lat temu – spokojnie, chłopie. I właśnie wtedy trafia do mnie płyta jakby z samego jądra idiomu rockowego, wymykająca się temu podziałowi – pomysły jej twórców szybują w stronę stratosfery, gdy inni, bardziej utytułowani, wciąż tkwią na poziomie chmur.
Cóż to za płyta? Analogowy LP, wydany w limitowanym nakładzie 500 egzemplarzy, przeźroczysty winyl, opakowany w gustowną albumową okładkę, z pełną informacją dyskograficzną. To pięknie, ale dopiero dźwięk, płynący przez igłę i wzmacniacz do głośników, z każdym utworem dowodzi, że mamy do czynienia ze szczęśliwym zestawieniem talentów, umiejętności i wyobraźni pięciorga artystów. Płytę „That’s My Game” firmuje trójmiejski gitarzysta Marcin Wądołowski, który do wykonania swoich kompozycji i trzech standardów blues-rockowych zaprosił muzyków kojarzonych głównie z jazzem, bluesem, soulem i funkiem, tu ujawniających umiejętności w czysto rockowych brzmieniach. Teksty do kompozycji Wądołowskiego (angielskie) napisała Joanna Knitter, która też jest wokalistką składu. Pomysły autora LP uzupełniają perfekcyjną, eksplodującą groove grą: Adam Czerwiński (perkusja), Paul Rutschka (gitara basowa) i Artur Jurek (instrumenty klawiszowe).
Jeśli szukać odniesień stylistycznych, to raczej do amerykańskich niż brytyjskich grup rockowych z płodnych w świetne projekty lat 70. XX wieku. Joannę Knitter, od dawna gwiazdę bluesa i soulu, porównać trzeba w rockowym wydaniu do Janis Joplin, Arethy Franklin i Carly Simon, jeśli idzie o ekspresję w interpretacji tekstu. „Run for Love”, zaśpiewana z akompaniamentem samej gitary, ewidentnie kieruje myśli w stronę pierwszej płyty Janis Joplin, ale i ekspresji najlepszych nagrań Elli Fitzgerald. Podobne myśli mam, gdy słucham „Wishing Well”, kompozycji Paula Rodgersa i grupy Free, dodając do wzorów wokalnej ekspresji Joan Baez...
Marcin Wądołowski, znany od lat jako artysta kompetentnie poruszający się w różnych stylistykach, swoje kompozycje zadedykował rockowym idolom. Nie znaczy to, że idzie w stronę naśladownictwa, jednak dobrze osłuchany słuchacz odnajdzie w konstrukcji partii solowych, brzmieniu zespołu czy elementach aranżacji dyskretne aluzje.
Czytaj też: O muzyce nade wszystko. Wokalne Grand Prix
„Blues Is on My Mind” dedykowany jest Brianowi Mayowi, „Over You” – Ericowi Claptonowi, „Rainy Day” – Steve’owi Lukatherowi (który jako muzyk sesyjny zagrał na ponad 1500 płytach!), „Open the Gate” – Eddiemu Van Halenowi, „That’s My Game” – Jimmy’emu Page’owi, „Infinity of Blue Sky” – Johnowi Mayerowi, a „Run for Love” – Robertowi Plantowi.
Niech cieszą się ci, w których ręce trafił egzemplarz tej płyty, zagranej na światowym poziomie. Mój LP ma numer 243.



Napisz komentarz
Komentarze