Pierwsza połowa na zero
Lechia już w całkiem przyzwoitym składzie wyszła na mecz z Pogonią Siedlce, ale widać było, że przed tym zespołem jeszcze mnóstwo pracy. Zawodnicy wciąż się poznają, przez co brakuje płynności w grze. Niemniej nie można odmówić skupienia i zaangażowania. Sporo było prób kombinacyjnej gry, biało-zieloni chcieli przejąć kontrolę nad spotkaniem, ale goście tylko czyhali, aby wyprowadzić kontrę.
Gdańszczanie pod wodzą trenera Łupaszki chcą grać ładną piłkę, jednak na ten moment wiele z tego nie wychodzi. Co innego, gdy idą z kontrą, a piłkę wyprowadza Camilo Mena. Tak, jak w 12. minucie, kiedy zostawił w tyle wszystkich rywali i wystawił piłkę na linię pola karnego, ale Jakub Adkonis nie przyłożył się do strzału, czym ułatwił interwencję bramkarzowi Siedlczan.
To był jednak idealny mecz na przełamanie. Im więcej czasu upływało, tym bardziej rosła przewaga gospodarzy. Piłkarze jednak nie byli w stanie sforsować kompaktowo ustawionej defensywy przyjezdnych, a przecież nie brakowało okazji. Nie były może stuprocentowe, w wielu przypadkach można było zachować się lepiej, jednak jeśli nie z Pogonią, to kiedy? Brakowało też szczęścia.
W 24. minucie najpierw było blisko bramki samobójczej, a później panicznie broniący się goście wrócili z dalekiej podróży, ponieważ i Szach, i Wójtowicz nie potrafili trafić do siatki rywala. To bardzo szybko mogło się zemścić. Pięć minut później Pogoń zrobiła to, co robi najlepiej - wyszła z kontrą, wykorzystała dziurę w obronie Lechii i tylko sam Maciej Rosołek wie, jak trafił tylko w poprzeczkę.
Złoty gol Szacha
Lechiści na drugą część meczu wyszli jeszcze bardziej zmotywowani. Do tego, co w pierwszych trzech kwadransach, doszło jeszcze sporo dynamicznych, indywidualnych głównie akcji. To momentalnie przyniosło efekt. Ładna dwójkowa akcja Dodaj-Szach, Ukrainiec pomknął na bramkę i sprytnym strzałem sprzed szesnastki dał w 51. minucie upragnione prowadzenie biało-zielonym.
Od tego momentu coraz mocniej rysowała się przewaga gospodarzy. Pressing, szybki odbiór piłki i kontrola nad spotkaniem. Gdańszczanie wiedzieli, że nie mogą tym razem stracić nawet pół punktu i robili wszystko, aby jak najszybciej podwyższyć wynik. Pogoń próbowała od czasu do czasu odgryzać się kontrami, ale robiła to zbyt chaotycznie, aby stworzyć realne zagrożenie pod bramką Szymona Weiraucha.
Lechii pomógł też Krystian Miś, który w 67. minucie wyleciał z boiska za drugą żółtą kartkę. Tego meczu już nie można było nie wygrać. Ale wypadałoby coś jeszcze strzelić. Tyle że wcale nie było to łatwe, ponieważ goście bronili jeszcze lepiej niż do tej pory. Widząc to, gospodarze robili wszystko, aby trzymać piłkę jak najdalej od swojej bramki - przy takim wyniku łatwo przecież samemu narobić sobie kłopotu.
Gospodarze próbowali i środkiem, i skrzydłami, okazji nie brakowało - brakowało natomiast wykończenia. Podwyższyć wyniku już się nie udało. Ale to naprawdę najmniejsze zmartwienie tak dla klubu, jak i kibiców, bo w końcu - w piątej kolejce - udało się zgarnąć komplet oczek. Jednocześnie była to pierwsza od 137 dni wygrana Gdańszczan na szczeblu ligowym. Ostatnie trzy punkty zgarnęli jeszcze w Ekstraklasie - 6 kwietnia, kiedy pokonali Koronę Kielce 4:2.
Lechia Gdańsk - Pogoń Siedlce 1:0
Bramki: Szach (51. min.)



Napisz komentarz
Komentarze