Reklama

Z wolnością słowa jest jak ze zdrowiem i ojczyzną: wiemy, czym jest, dopiero gdy jej zabraknie

Wolność słowa pozwala rozstrzygać konflikty argumentami zamiast siłą i daje nam szansę korygowania przekonań, które w danym momencie historycznym wydają się oczywiste. Z czasem stała się wartością samą w sobie i jednym z ideałów wolnego społeczeństwa - mówi dr Wiesław Baryła, psycholog społeczny
Z wolnością słowa jest jak ze zdrowiem i ojczyzną: wiemy, czym jest, dopiero gdy jej zabraknie
Dopóki się przekrzykujemy, dopóki walczymy ze sobą propagandą, a nie kamieniami czy karabinami, jest nadzieja - uważa dr Wiesław Baryła

Autor: Canva | zdjęcie ilustracyjne

Dla wielu mówienie dziś, że wolność słowa jest jednym z najważniejszych praw człowieka, to banał. Ale w Polsce żyje jeszcze pokolenie, które pamięta cenzurę z czasów PRL 

Z wolnością słowa jest jak ze zdrowiem i ojczyzną: wiemy, czym jest, dopiero gdy jej zabraknie. Cenzurę zdefiniować łatwiej: to ograniczanie wolności wyrażania myśli i karanie za wyrażanie poglądów zakazanych przez władzę.

To jak ma się teraz wolność słowa?

Mamy konstytucyjne gwarancje wolności słowa, a cenzura prewencyjna została zniesiona w 1990 roku, ale to nieprawda, że nie ma dziś żadnych ograniczeń dla wolności słowa. Polskie prawo nie chroni tej wolności szczególnie mocno i daje różnym władzom długą listę okoliczności, w których mogą one ją ograniczać. Korzystając z tych narzędzi, posiadający władzę potrafią skutecznie zamknąć usta zwykłym ludziom, a nawet mniejszym redakcjom.

Jednak zasady prawa nie są jedynym zagrożeniem dla wolności słowa. Można bowiem swoją wypowiedzią, wpisem czy dziełem nie złamać żadnego przepisu, a mimo to zostać surowo ukaranym. Wystarczy napisać lub powiedzieć coś społecznie niepopularnego, a zaraz zorganizują się grupy nacisku, które nie zawahają się publicznie napiętnować autora i mu zaszkodzić. Wszyscy podlegamy tej formie cenzury, a świadomość jej kosztów zamienia ją w cenzurę prewencyjną - sami stajemy się dla siebie cenzorami i zabraniamy sobie zabierania głosu w kontrowersyjnych tematach. Ta presja ze strony społecznych strażników moralności ma bardzo silny efekt mrożący, który dotyka nas wszystkich.

Debata publiczna zawsze miała swoich strażników, swoje reguły i granice tego, co wolno powiedzieć, wydrukować czy pokazać - mówi dr Wiesław Baryła (Fot. mat. prasowe SWPS)

Prawo do wolności słowa nie oznacza jednak prawa do obrażenia, dyskryminowania, poniżania czy przemocy. Ale na przykład w internecie stosuje się zasadę: hulaj dusza, piekła nie ma.

John Stuart Mill, jeden z ojców liberalizmu, uważał, że jedynym celem, dla którego można słusznie sprawować władzę nad drugim człowiekiem wbrew jego woli, jest zapobieżenie krzywdzie wyrządzanej innym. W badaniach nad sądami moralnymi, prowadzonych przez psychologów społecznych, również wyraźnie ujawnia się tendencja do zgody na ograniczanie wolności jednostek - w tym także wolności słowa - właśnie w imię zapobiegania krzywdzie. Nawet krzywda wyrządzana aktywnością w internecie jest przez ludzi traktowana jako naganna.

Ale tu też niełatwo określić granice krzywdy.

Rzeczywiście, dziś krzywdę definiuje się jeszcze trudniej niż wolność słowa. Do połowy XX wieku punktem odniesienia była myśl amerykańskiego sędziego Olivera Wendella Holmesa: nikt nie ma prawa fałszywie krzyczeć „Pożar!” w pełnym teatrze i wywoływać paniki. To był prototyp krzywdy wyrządzonej słowem, krzywdy rozumianej w kategoriach bezpośrednich, fizycznych szkód.

Jednak, jak pokazał psycholog Nick Haslam, od lat sześćdziesiątych XX wieku ewolucja kulturowa doprowadziła do powstania zjawiska, które nazwał „rozpełzaniem pojęć”. Słowa takie jak krzywda, trauma czy przemoc stopniowo rozszerzały i nadal rozszerzają swoje znaczenia, obejmując coraz więcej i coraz lżejszych przypadków. W końcu zaakceptowaliśmy, że krzywdzeniem jest zachowanie, którego skutkiem jest zadeklarowanie przez kogoś subiektywnie odczuwanego cierpienia. Zrównaliśmy krzywdę z cierpieniem.

Co to znaczy?

Troska o cierpiących i współczucie są oczywiście dobre. Jednak zgoda na utożsamienie krzywdy z subiektywnym cierpieniem daje grupom nacisku skuteczne narzędzie do kontrolowania wolności słowa. W mediach społecznościowych i przestrzeni publicznej łatwo jest dziś skrzyknąć tłum oburzonych, by pod pretekstem ochrony rzekomo krzywdzonych skutecznie zamknąć komuś usta.

Zorganizowane w ten sposób grupy zyskują dużą władzę. Są w stanie nie tylko uniemożliwić jednostce czy słabszemu środowisku wyrażenie własnych poglądów, ale wręcz doprowadzić do surowego ukarania za słowa lub dzieła, będące wyrazem ich przekonań. To wysoka cena za ochronę przed tak niemierzalnym ryzykiem jak to, że ktoś mógłby poczuć się źle lub cierpieć, stykając się z daną ideą.

Kultura debaty publicznej nigdy nie była w Polsce, a pewnie i na całym świecie, z wyjątkiem elitarnych salonów i seminariów, szczególnie wysoka. Jednak po rewolucji internetowej, gdy tradycyjni strażnicy opinii publicznej bardzo osłabli, a każdy może być swoim własnym wydawcą i liderem opinii, jesteśmy skazani na taką wolność słowa, na jaką pozwolą nam najbardziej oburzeni. W efekcie to najgłośniejsi, najbardziej rozwścieczeni oraz najbardziej wrażliwi i pruderyjni wyznaczają granice tego, co można publicznie powiedzieć. Współczesna infosfera jest wybuchową mieszaniną skrajności: od przekonania, że „wszystko można powiedzieć i wyrazić", po żądanie, by nie wypowiadać ani nie pokazywać niczego, co mogłoby komuś, choćby potencjalnie, sprawić przykrość.

PRZECZYTAJ TEŻ: Medal Wolności Słowa. Znamy kandydatki/ów w kategoriach Media, Instytucja i Obywatel/Obywatelka

Kim byli ci strażnicy?

W dużej mierze były to tradycyjne media. Stosując pewną formę miękkiej cenzury, pilnowały, by debata publiczna toczyła się w ramach przyzwoitości i, co kluczowe, w obrębie wspólnej, akceptowanej przez wszystkich interpretacji rzeczywistości. Dzisiejsza nowa, nieracjonalna „cenzura", napędzana rzekomą troską o to, by nikogo nie skrzywdzić, jest znacznie groźniejsza. Nie ma ona celu, nie działa jako instrument pilnowania „społecznie podzielanej fikcji" – by posłużyć się terminem filozofa Yuvala Harariego na określenie powszechnie wyznawanych przekonań na temat takich spraw jak wspólnota, naród, religia, władza. „Nowa" cenzura społeczna zamiast cywilizować spory, utrudnia ludziom sensowne i racjonalne rozmawianie o sprawach ważnych.

W efekcie merytoryczna dyskusja, oparta na argumentach, na tematy dla nas wszystkich najważniejsze, w zasadzie dziś nie istnieje. Nikt już ze sobą publicznie nie dyskutuje. Nikt nikogo nie słucha, wszyscy okopują się na pozycjach własnej, moralnej wyższości. Słowa, które padają z ust polityków, a nierzadko także ekspertów czy dziennikarzy, to zwykła, prymitywna i, niestety, zwykle skuteczna propaganda. Wzbudzić emocje, zasygnalizować moralną wyższość i troskę o wartości, byle nastraszyć przeciwników, a stronników utwierdzić w ich racji. Szczególnie dobrze widać ten mechanizm, kiedy wolność słowa zderza się z inną, bardziej społecznie cenioną wartością.

Jakiś przykład?

Taką wartością, z którą wolność słowa i w ogóle wolność niemal zawsze przegrywa, jest bezpieczeństwo. Jesteśmy głęboko przekonani, że jednostki i całe grupy powinny czuć się bezpiecznie: we własnym kraju, we własnych domach, na ulicach. I słusznie.

To chyba jasne. Ale gdzie tu jest zagrożenie?

Dobrym przykładem problemów z użyciem techniki propagandowej „na bezpieczeństwie nie można oszczędzać" jest praktyczny brak dyskusji publicznej na temat aktualnych, rekordowych wydatków Polski na zbrojenia. Nawet samo pytanie o uzasadnienie wysokości tych wydatków i sposobu wykorzystania zabudżetowanych środków jest uznawane za niestosowne. Pytanie, czy aktualny polski budżet obronny jest racjonalny, bardzo łatwo zostaje odczytane jako kwestionowanie potrzeby obrony Polski, a stąd już niedaleko do oskarżenia o sprzyjanie Putinowi. A przecież można uważać Rosję za poważne zagrożenie i jednocześnie pytać, jaka skala wydatków najlepiej zwiększa długoterminowo nasze bezpieczeństwo oraz czy te pieniądze powinny zostać wydane na zakupy, produkcję i konserwację uzbrojenia, czy część z nich lepiej przeznaczyć na rozwój i produkcję technologii podwójnego zastosowania.

Być może po takiej debacie doszlibyśmy do wniosku, że obecne wydatki są uzasadnione. Być może nawet uznalibyśmy, że powinny być jeszcze większe i że musimy kupić więcej czołgów. Problem polega na tym, że bez debaty nie możemy tego wiedzieć.

ZOBACZ TEŻ: Medale Wolności Słowa 2025. Poznaj laureatów prestiżowego wyróżnienia

Dokąd prowadzi to przekrzykiwanie się i udowadnianie, że moja prawda jest ważniejsza?

Debata publiczna zawsze miała swoich strażników, swoje reguły i granice tego, co wolno powiedzieć, wydrukować czy pokazać. Cenzura była, jest i będzie ograniczać to, o czym rozmawiamy i co mówimy. Ale nawet taka ułomna dyskusja ma swoją wartość. Idee i ich wyrażanie mają znaczenie. Nawet totalitarna cenzura nigdy nie była w stu procentach skuteczna.

I dopóki się przekrzykujemy, dopóki walczymy ze sobą propagandą, a nie kamieniami czy karabinami, jest nadzieja. I jeśli nad tym chaosem czuwa sprawnie działające sądownictwo, zdolne szybko rozstrzygnąć kwestie, co do których nie jesteśmy się w stanie dogadać, to nawet tak ułomna debata publiczna jest pożyteczna i skuteczna. Historia pokazuje, że po każdym wielkim przełomie komunikacyjnym - po druku, po prasie, po telewizji - z chaosu wyłaniał się w końcu nowy ład, nowa wspólna opowieść, wokół której ludzie potrafili się na nowo zorganizować. Internet, media społecznościowe i sztuczna inteligencja też w końcu doprowadzą do pojawienia się porządku. Nie wiemy, jak on będzie wyglądał, ale się pojawi. Zawsze się pojawiał.

Możemy tę wolność słowa jakoś spuentować?

W Polsce kultura politycznej dyskusji i wolności słowa jest, mówiąc delikatnie, niewyrafinowana. Skąd to się bierze? Pewnie z historii, z niewydolności polskiego sądownictwa, które jest też inaczej zbudowane, niż na przykład prawo amerykańskie, w którym pierwsza poprawka i wolność słowa to niemal świętość. Ani prawo, ani politycy, ani media nie stworzyły w Polsce dobrych warunków do powszechnego uczestnictwa Polek i Polaków w debacie publicznej. A dobrze urządzona debata jest potrzebna dlatego, że pojedynczy człowiek nie jest bezstronnym sędzią prawdziwości własnych przekonań.

Nie myślimy tak o tym...

Ale tak jest. Jesteśmy naturalnymi zwolennikami wolności słowa dla siebie, a cenzury dla innych. I wcale nie dlatego, że boimy się, iż przeciwnik nas przekona. Częściej chcemy odebrać mu głos dlatego, że sam fakt dopuszczenia jakiegoś poglądu do debaty nadaje mu społeczną rangę, czyni go czymś, czego należy wysłuchać i z czym trzeba się zmierzyć. Znacznie łatwiej więc ustanowić takie normy społeczne, zgodnie z którymi pewnych rzeczy, po prostu nie powinno się mówić.

Ale to, co naturalne, nie musi być nieuniknione. Wolność słowa jest wynalazkiem kultury, który pozwala rozstrzygać konflikty argumentami zamiast siłą i daje nam szansę korygowania przekonań, które w danym momencie historycznym wydają się oczywiste. Z czasem stała się czymś więcej - wartością samą w sobie i jednym z ideałów wolnego społeczeństwa.

Wolność słowa jako ideał jest wskazówką, jak światełko na horyzoncie. Nigdy do niego nie dotrzemy, ale też nie po to ono tam jest. Ma nam wskazywać, w którą stronę iść.

Więcej o autorze / autorach:
tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama
Reklama
Reklama Radio Gdańsk Wakacyjne Bingo - konkurs