Reklama

Między mapą a wojną. Nieznane losy Wojciecha Błaszkowskiego i jego rodziny

O nieznanych wojennych losach Wojciecha Błaszkowskiego, etnografa, współtwórcy obecnego kształtu Kaszubskiego Parku Etnograficznego we Wdzydzach mówi jego syn Jerzy Błaszkowski.
Między mapą a wojną. Nieznane losy Wojciecha Błaszkowskiego i jego rodziny
Kaszubski Park Etnograficzny we Wdzydzach

Autor: Muzeum - Kaszubski Park Etnograficzny

Pana ojciec przed wybuchem II wojny światowej pracował w Toruniu, ale jego wcześniejsze losy zawodowe były silnie związane z budową polskiej infrastruktury kolejowej i urzędami katastralnymi. Czym się zajmował?

Ojciec pracował przy budowie magistrali kolejowej Śląsk-Gdynia, na odcinku z Kościerzyny do Gdyni. Budowa trwała chyba około 3 lat, a ojciec zajmował się tam kopiowaniem oraz wykreślaniem projektów przepustów, mostów i budynków stacyjnych. To wtedy zdobył uprawnienia i dyplom technika budowlanego. Po zakończeniu budowy szukał pracy i znalazł zatrudnienie w powstających przy polskich starostwach powiatowych katastrach gruntowych, czyli księgach wieczystych z wytyczonymi granicami działek. Pracował w Kościerzynie, Tucholi, Więcborku i Sępólnie Krajeńskim. Kopiował  i kreślił tam mapy geodezyjne i katastralne.

Z przedwojennych dokumentów wynika, że w latach 1929 – 1931 studiował kierunek, który pozwolił mu na tę pracę?

Tak, choć tych studiów nie dokończył. Pracował w starostwach, skąd przeniesiono go do Urzędu Województwa Pomorskiego w Toruniu. Te urzędy katastralne podlegały wówczas Izbie Skarbowej, co miało głęboką logikę, ponieważ przed wojną najwięcej podatków do skarbu państwa wpływało z podatków rolnych. Z Izby Skarbowej ojciec przeniósł się do Wojewódzkiego Archiwum Państwowego w Toruniu. Był tam wcześniej częstym gościem, szukając danych do map, więc to przejście było naturalne. Jednak już w marcu 1939 roku archiwum ewakuowano z Torunia d Lublina. Obawiano się wybuchu wojny i przenoszono kluczowe zasoby oraz instytucje z zachodnich rubieży kraj w głąb państwa.

Wojciech Błaszkowski (Fot. Archiwum rodzinne)

W Toruniu Pana ojciec poznał także swoją przyszłą żonę. Jak doszło do ich spotkania?

Moja mama Władysława ukończyła w Toruniu seminarium nauczycielskie. Rodzice poznali się dzięki wizytom ojca w klubie oficerskim, do którego należał starszy brat mojej mamy, a gdzie czasem bywali też członkowie ich rodzin. Pobrali się tuż przed wybuchem wojny, 27 czerwca 1939 roku. Ponieważ ojciec dostał urlop, przyjechali razem po raz pierwszy na Kaszuby, do Gowidlina. Dla mojej mamy to zderzenie z tamtejszą kulturą było wręcz szokiem. Wspominała po latach: „Nic nie rozumiałam, siedziałam jak na tureckim kazaniu”. W domu dziadków mówiło się wtedy między sobą  wyłącznie po kaszubsku. Przyjęli ją oczywiście bardzo serdecznie, ale bariera językowa był ogromna. Po urlopie rodzice musieli jechać do Lublina, dokąd przeniesiono archiwum. Tam zastała ich wojna.

ZOBACZ TEŻ: 87. rocznica wybuchu II wojny światowej. Uroczystości na Westerplatte

Jak potoczyły się ich losy we wrześniu 1939 roku?

Na początku wojny, gdy wojska niemieckie szybko wkraczały w głąb Polski , rozeszła się pogłoska, że Niemcy aresztują wszystkich młodych mężczyzn, więc ojciec uciekał na wschód. Tam z kolei pojawiła się plotka że Polaków łapią Ukraińcy. Ostatecznie ojciec zdecydował się wrócić do Lublina, który już był zajęty przez Niemców. Postanowili z mamą wracać do Torunia. Droga powrotna była koszmarem, bo kampania wrześniowa zniszczyła mosty i całą infrastrukturę kolejową. Musieli jechać okrężną trasą, przez Częstochowę, Wrocław i Poznań. Rodzice opowiadali, jakim ogromnym szokiem była dla nich ta podróż. Wyjechali ze spalonego, zrujnowanego Lublina, a we Wrocławiu, czekając na przesiadkę, nagle wysiedli w kwitnącym, nienaruszonym, wielkim mieście. To było zderzenie dwóch zupełnie różnych światów.

Kiedy dotarli do Torunia, okazało się jednak, że nie mogą tam bezpiecznie zostać.

Tak, znajomi od razu ojca ostrzegli: „Uciekaj stąd natychmiast! Niemiecka policja już o ciebie pytała”. Przed wojną ojciec należał do Związku Zachodniego, czyli organizacji działającej na rzecz rozwoju ziem odzyskanych z dawnego zaboru pruskiego. Dla Niemców była to wroga działalność, więc ojciec od razu znalazł się na celowniku. Nie było wyjścia, musieli uciekać do dziadków do Gowidlina. Dotarli tam prawdopodobnie w listopadzie 1939 roku i tam osiedli. W 1940 roku urodziła się moja starsza siostra, Mirosława. Sytuacja była trudna. Polskiej nauczycielki, jaką była moja mama, nikt nie zatrudnił, a ojciec z powodu wypadku z dzieciństwa miał poważnie uszkodzoną lewą dłoń i nie nadawał się do ciężkiej pracy fizycznej. Do pracy umysłowej Niemcy Polaków nie przyjmowali. Ktoś doradził ojcu: „Daj ogłoszenie do niemieckiej prasy, że jesteś kreślarzem”. Ojciec dał ogłoszenie: „Technische Zeichner sucht Arbeit” (Kreślarz szuka pracy). Odzew był natychmiastowy, przyszły trzy oferty pracy: z Kartuz, Lęborka i Gdańska.

Zdecydował się na Gdańsk. Dlaczego?   

Zdecydowały kwestie bezpieczeństwa. W Gowidlinie sołtysem z ramienia okupanta został Niemiec, od dawna sąsiad dziadków, gospodarz o nazwisku Schnase. Był to wyjątkowo nieudolny rolnik, ale kiedy tylko wkroczyli Niemcy, założył mundur, poczuł władzę i zaczął się rządzić. Węszył wokół mojego ojca: skąd się tu wziął, co robił przed wojną w Toruniu. Ojciec zrozumiał, że musi jak najszybciej zniknąć z jego pola widzenia. Wybrał ofertę z Gdańska. Było to zatrudnienie w biurze urządzeń rolnych. To była instytucja, która po niemiecku nazywała się Bodenkulturamt przy Gau Danzig-Westpreußen (Okręg Gdańsk- Prusy Zachodnie). Biuro zajmowało się oceną gruntów, ale jego głównym zadaniem było również typowanie polskich gospodarstw do wywłaszczenia, aby na ich miejsce sprowadzić niemieckich osadników.

PRZECZYTAJ: Prof. Rafał Wnuk: Wrzesień 1939? Skala nieprzygotowania dużo większa niż ktokolwiek się spodziewał

Jak wyglądała praca Polaka w niemieckim urzędzie w Gdańsku?

Biuro mieściło się w drewnianych barakach na Placu Zebrań Ludowych. Pracowało tam około 50 osób. Bezpośrednim przełożonym ojca był inżynier rolnik z Westfalii. Ojciec wspominał go jako bardzo przyzwoitego Niemca, który skrycie nie znosił Hitlera. Na rozmowie kwalifikacyjnej zapytał ojca, co potrafi i czego potrzebuje. Ojciec wymienił profesjonalnie: „Potrzebuję grafionu, piórka, ekierki, linijki, tuszu i kalki”. Niemiec od razu zorientował się, że ma do czynienia z fachowcem. Dał mu do skopiowania mapę katastralną. Ojciec spojrzał i powiedział: „Jeśli macie mapy katastralne z powiatów Kościerzyna, Tuchola czy Sępólno, to na pewno macie tam również moje mapy. Pracowałem tam w urzędach i osobiście je kreśliłem”. Inżynier wysłał pracownika do archiwum. Gdy przynieśli mapy podpisane nazwiskiem Wojciecha Błaszkowskiego, egzamin się skończył. Niemiec powiedział tylko: „Dziękuję, jutro o 8:00 rano proszę przyjść do pracy”.

Jak wyglądały codzienne relacje w biurze?

Praca była spokojna, polegała głównie na kopiowaniu map katastralnych z naniesionymi nowymi granicami własności po wysiedleniach Polaków. Często wysyłano ojca do archiwum miejskiego, które mieściło się pod obecnym Placem Solidarności. W biurze zagorzałych hitlerowców było zaledwie dwóch lub trzech, reszta zachowywała dystans. 

Jako polski pracownik ojciec musiał płacić ogromny podatek narodowościowy – Polensteuer, który wynosił aż 50 procent pensji. Połowę zarobków od razu mu zabierano. Z drugiej strony, ponieważ wykazał, że ma dzieci, otrzymał kartki, na podstawie których dostawał darmowe mleko od… tych samych niemieckich osadników, którzy zajmowali gospodarstwo jego rodziców w Gowidlinie. 

Ojciec opowiadał też jako anegdotę, jak wszedł do sklepu z rowerami w Gdańsku. Niemiecki sprzedawca zachwalał mu bez talonu przedwojenny doskonały polski rower wyprodukowany w Bydgoszczy, mówiąc: „Na polski rower talon nie jest potrzebny, bo to polski wyrób!”.  Niestety ojca i tak nie było na niego stać.

Czy to prawda, że pracując przy tych mapach, pana ojciec dokonał przerażającego odkrycia?

Tak, to była najdramatyczniejsza historia tamtego okresu. W pewnym momencie, analizując dokumenty i nanosząc plany wysiedleń, ojciec z przerażeniem odkrył, że na liście gospodarstw przeznaczonych do natychmiastowego przejęcia i zasiedlenia przez Niemców znalazło się gospodarstwo jego ojca w Gowidlinie. Termin był niezwykle krótki. Ojciec wiedział, że jeśli Niemcy zastaną dziadków na miejscu, to oni zostaną natychmiast aresztowani i wywiezieni do obozu w Potulicach pod Bydgoszczą (---). Nie zastanawiał się ani chwili. Pod pozorem spraw służbowych wyszedł z biura, wsiadł w pociąg do Kartuz, a stamtąd na rowerze pędem ruszył do Gowidlina, aby ostrzec rodzinę.

CZYTAJ TAKŻE: Poruszająca historia z Pomorza. Wojna połączyła losy włoskiego jeńca i Pelplinianki

Jak dziadkowie zareagowali na tę wiadomość?

Okazało się, że tego dnia dziadkowie oraz dwie siostry mojego taty pracują na łąkach w dolinie rzeki , oddalonej niecały kilometr od zagrody, wydobywając torf na opał. Ojciec pobiegł na te łąki i z krzykiem oznajmił im, że jeszcze dzisiaj zostaną wywłaszczeni i muszą natychmiast uciekać. Dziadek początkowo nie chciał w to uwierzyć, upierał się, że muszą odstawić konie. Ojciec musiał błagać go na kolanach, aby skłonić go do ucieczki. Co do koni, poradzili sobie tak, że wyprowadzili konie na szosę, skierowali w stronę domu i mocno klepnęli w zadek. Mądre zwierzęta same wróciły na podwórze. Dziadkowie z córkami udali się do niedaleko mieszkającej zamężnej siostry ojca, pani Brzeskiej, która ich przechowała.

Jerzy Błaszkowski (Fot. Adam Mauks)

Co stało się z samą zagrodą w Gowidlinie?

Byłem już wtedy na świecie, urodziłem się w 1942 roku. Do pomocy przy dzieciach przyjechała babcia z Górska pod Toruniem, matka mojej mamy. Mieszkaliśmy w starej kaszubskiej chacie o konstrukcji szachulcowej, gdzie dziadkowie jeszcze przed wywłaszczeniem wydzielili nam połowę strychu. Gdy wysiedlenie stało się faktem, na podwórze zajechał niemiecki żołnierz z karabinem, który miał pilnować, aby z majątku nic nie zginęło. Moja babcia chciała szybko przenieść najcenniejsze rzeczy na naszą stronę strychu, by Niemcy ich nie zabrali. Nagle żołnierz podszedł i powiedział po polsku: ”Ja wam pomogę”. Okazało się, że to był Ślązak wcielony do Wehrmachtu. Pomógł przenieść pościele, pierzyny i kożuchy. Ponieważ mój ojciec był oficjalnie zatrudniony w niemieckiej firmie i formalnie najmował tę część mieszkania, płacąc czynsz, jemu jako pracownikowi nie groziła eksmisja. Niemieccy osadnicy zajęli drugą połowę domu, a my mieszkaliśmy obok nich. Tak rozpoczęło się wspólne, niezwykle trudne, życie pod jednym dachem.

Gdy wojna zmierzała ku końcowi sytuacja znów stała się dramatyczna.

Późną jesienią 1944 roku niemiecka administracja zaczęła pękać w szwach. Ojca, mimo uszkodzonej dłoni oraz wiele innych osób wywieziono do robót przymusowych pod Bydgoszczą, w miejscowości Nowa Wieś Wielka. Budowali tam umocnienia i okopy przeciwczołgowe. Kiedy w styczniu 1945 roku ruszyła sowiecka ofensywa, Niemcy rozpoczęli pośpieszną ewakuację. Ponieważ mój ojciec doskonale znał te tereny i mówił biegle po niemiecku, Niemcy wyznaczyli go na szefa transportu ewakuacyjnego jednej z grup. Ojciec tak sprytnie kierował ludźmi i wozami, by powoli zmierzać na północ, aż w okolicach Kościerzyny, gdy tylko nadarzyła się okazja, po prostu uciekł i pieszo dotarł do Gowidlina.

CZYTAJ TAKŻE: Nieznane zdjęcia okupowanej Warszawy trafiły do Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku

Front przeszedł jednak tuż obok waszego domu.

Nasze gospodarstwo leżało przy strategicznej szosie Słupsk-Gdańsk. Tą drogą już od jesieni uciekały tysiące niemieckich uchodźców z Prus Wschodnich, jadąc wielkimi wozami z płóciennymi budami. Często zatrzymywali się na nocleg na naszym podwórzu. (---) Zapamiętałem stamtąd jedno z pierwszych wspomnień z dzieciństwa. Niemieccy uchodźcy mieli wozy zaprzężone w woły, bo konie zabrało wojsko. Z powodu braku jedzenia zastrzelili dwa woły. Do dziś mam w pamięci potworny huk wystrzału i widok wielkiego zwierzęcia, które najpierw klęka na przednie nogi, a potem zwala się ciężko na bok. Dla małego dziecka to był potworny wstrząs. Pewnie od tych uchodźców zaraziłem się tyfusem lub durem brzusznym. To był luty lub marzec 1945 roku, miałem niecałe trzy lata i byłem w stanie prawie agonalnym. Kiedy front był już blisko rodzice przenieśli się z nami dalej od szosy – do naszych krewnych.

Jak w tych polowych warunkach, bez lekarzy i leków udało się Pana uratować?

Moje ocalenie to rzeczywiście cud, a zawdzięczam je młodemu oficerowi sowieckiemu. Gdy wojska radzieckie przechodziły przez naszą okolicę, ten oficer zatrzymał się właśnie u tych krewnych, gdzie zobaczył skrajnie wycieńczonego, umierającego dzieciaka. Wypytał o przyczynę tego stanu i kazał udoić świeżego mleka. Moja mama i ciotki protestowały mówiąc, że nic nie trawię, wszystko przelatuje przeze mnie dołem i górą. On jednak kazał przynieść to świeżo udojone mleko, bardzo rozcieńczył je wodą, po czym z czystej lnianej ściereczki ukręcił mały gałganek - „cycek”, maczał w tym rozcieńczonym mleku i dawał mi do ssania. Mój organizm to chwycił i powoli zacząłem wracać do sił. Ten młody sowiecki żołnierz uratował mi wówczas życie.

Niemieccy osadnicy przed ucieczką zdążyli jednak jednak dokonać poważnych zniszczeń w Waszym gospodarstwie. Co ucierpiało najbardziej?

Zniszczyli coś co było dumą całej rodziny – nowoczesny system wodny i wiatrak. Mój dziadek jeszcze przed I wojną światową, mając wieczne problemy z płytkim studniami, wywiercił studnię o głębokości aż 117 metrów, co na tamte czasy na gospodarstwach rolnych było czymś niesłychanym. Przebili się przez twarde pokłady iłów, a woda pod ciśnieniem subartezyjskim podskoczyła w rurze o 70 metrów w górę. Aby ją czerpać dziadek sprowadził w 1914 czy 1915 roku specjalistyczną firmę z Monachium. Postawili wysoki metalowy wiatrak na pagórku nad zagrodą. Na szczycie wzniesienia wybudowano betonowy zbiornik. Wiatrak pompował wodę do zbiornika, a stamtąd, pod własnym ciężarem woda spływała rurami po całej zagrodzie. Dziadek miał krany w kuchni, oborach i chlewach. Wiatrak napędzał też prądnicę, która ładowała akumulatory dając oświetlenie elektryczne w całej zagrodzie. Niestety, osadnicy z Besarabii nie wiedzieli, że podczas silnego wichru wiatrak należy bezwzględnie wyłączyć, ustawiając go przy pomocy specjalnych łańcuchów z wiatrem. Pewnego dnia zerwał się potężny wicher. Zbyt gwałtowne pompowanie doprowadziło do zgniecenia i całkowitego zablokowania filtra na samym dnie studni. System, który działał od 1914 czy 1915 roku w jednej chwili przestał istnieć. A metalowa konstrukcja wieży wiatrowej stoi w Gowidlinie do dzisiaj jako pamiątka.

PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ: Chojnice: „To tu o godz. 4.23 wybuchła II wojna światowa”

Po wojnie Pana ojciec spotkał w Gdańsku koleżankę z pracy. Okazało się, że skrywała tajemnicę.

To było gigantyczne zaskoczenie. Jakiś czas krótko po wojnie ojciec szedł ulicą w Gdańsku i zauważył panią Graf, która była sekretarką w tym niemieckim biurze Bodenkulturamt. Podszedł, przywitał się grzecznie po niemiecku „Guten Morgen”. Ona spojrzała na niego uważnie, dyskretnie odchyliła kołnierz płaszcza ze znaczkiem „Rodła” i wyszeptała: „Panie Wojciechu, przecież ja jestem Polką!”. Ojciec przez całe lata pracy nie miał o tym bladego pojęcia. Doskonale ukrywała swoją tożsamość. Opowiedziała mu również o tragicznej historii, jaką przeżyła tuż po wojnie. Jako rodowita gdańszczanka została w Nowym Porcie, ale nowa władza narzuciła jej obowiązek meldowania się raz w tygodniu w Urzędzie Bezpieczeństwa na Okopowej. Podczas jednej z wizyt w pokoju pełnym ludzi pijany lub nieostrożny milicjant zaczął chwalić się odbezpieczonym granatem. Pani Graf odruchowo cofnęła się za futrynę drzwi. W tym samym momencie granat eksplodował mu w dłoniach. Milicjanta rozerwało, było wielu zabitych i rannych. Ona ocalała tylko dlatego, że grube mury starego gmachu osłoniły ja przed odłamkami.

Te wszystkie rodzinne opowieści zachowały się w pana pamięci z niezwykłymi szczegółami. Dlaczego były dla Pana tak ważne?

Z jednej strony to zasługa mojego ojca, który potrafił niesamowicie barwnie opowiadać, a z drugiej - od najmłodszych lat te losy bardzo mnie interesowały. To po prostu zostało mi głęboko w sercu i pamięci. Piękne, choć niezwykle trudne wspomnienia.

Wojciech Błaszkowski, ur. w 1908 roku w Gowidlinie, jest laureatem Nagrody im. Oskara Kolberga. Jego materiały stanowiły podstawę w projektowaniu Kaszubskiego Parku Etnograficznego we Wdzydzach. Został uhonorowany licznymi odznaczeniami, m.in. Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (1995). Zmarł w 2001 roku, został pochowany w Wejherowie.

Jerzy Błaszkowski, ur. w 1942 roku w Kawlach koło Gowidlina, jest emerytowanym pracownikiem Uniwersytetu Gdańskiego, byłym działaczem NSZZ  Solidarność.


tekst alternatywny
Podziel się
Oceń

Napisz komentarz

Komentarze

Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama Ziaja kuracja peptdowa
Reklama