Pierwsze dni listopada to nie tylko czas na myśli o przemijaniu i wspomnienie tych, którzy odeszli, ale także rozmowy o najmodniejszych w tym sezonie stroikach na groby, rewia mody na cmentarzu, licytacja na znicze i nagrobki. Czy nie jest to ucieczka od tematu najważniejszego, czyli od śmierci?
Tzw. moda cmentarna, ujawniana w okolicach 1 listopada, może być mechanizmem obronnym i – jak ją pani nazwała – ucieczką. Żyjemy w kulturze, w której śmierć jest spychana do strefy tabu. Dawniej była bardziej osadzona w codzienności, a proces żałoby miał większe wsparcie społeczne.
Kiedy się zbliża 1 listopada, stoimy w obliczu czegoś, przed czym uciekamy przez cały rok, czyli przed ostatecznością. I ponieważ ten lęk jest wszechobecny, a nam trudno jest rozmawiać na co dzień o śmierci, bo bywa to bolesne, w ten sposób możemy przekierowywać energię na obszar, w którym mamy jakąś kontrolę. Idziemy więc w kierunku estetyki, materii, konsumpcjonizmu. Przy okazji te stroiki, nagrobki luksusowe, drogie znicze mogą być popisem naszego statusu społecznego.
Można pójść nawet w uproszczenie, że skoro wydałem tyle pieniędzy albo poświęciłem tak dużo czasu, to wywiązałem się z tego obowiązku pamięci wobec bliskich. Dzięki temu lęk zdaje się być bardziej kontrolowany. Być może jest to mechanizm kompensacyjny czy też eksternalizacja żałoby – zamiast spojrzeć w głąb siebie i zmierzyć się z własną śmiertelnością, zajmujemy się zewnętrznym blichtrem.
Byłaby to bezlitosna ocena.
Dlatego uważam, że takie podejście nie jest do końca sprawiedliwe. Przecież troska o nagrobek, wybór pięknych kwiatów, czy zapalenie znicza mają swój głęboki i piękny sens. W wielu tradycjach, zwłaszcza właśnie w kulturze chrześcijańskiej i w polskiej religijności, nagrobek to nie tylko płyta z kamienia, ale przede wszystkim miejsce pamięci, modlitwy, wyraz miłości, która nie kończy się wraz ze śmiercią. Zapalenie znicza symbolizuje w wymiarze religijnym nadzieję na zmartwychwstanie, a równocześnie pokazuje, że ktoś przyszedł, zatrzymał się, że poświęcił swój czas i pielęgnowanie miejsca pochówku.
Warto jeszcze dodać, że pielęgnowanie grobu jest dla wielu z nas formą ciągłej relacji z bliską osobą i osobistego rytuału żałobnego. Czasem umycie perfekcyjnie płyty nagrobnej, czy ułożenie pięknego stroika staje się fizycznym gestem, który nam jedynie pozostał do zaoferowania komuś, kogo kochaliśmy. W tym ujęciu dbanie o estetykę miejsca spoczynku nie jest ucieczką przed śmiercią, ale swoistym aktem czułości, wiary, że ta relacja z drugim człowiekiem trwa nadal, przekraczając granice życia.
Przed siedmioma laty CBOS opublikował badania, z których wynika, że prawie co piąty Polak nigdy nie myśli o tym, że może umrzeć. To dobrze czy źle?
Z psychologicznego punktu widzenia, jest to zjawisko niebezpieczne, choć znowu bardzo zrozumiałe. Myślenie o własnej śmiertelności budzi egzystencjalny lęk, z którym ludzki mózg naturalnie próbuje sobie poradzić, w codzienności spychając go w nieświadomość. Postawa zapominania o śmierci może oznaczać, że żyjemy w złudzeniu własnej nieśmiertelności. A czy to dobrze, czy źle? Na pewno trochę pomaga nam w codzienności, ale musimy wiedzieć, że taka postawa nie uchroni przed cierpieniem.
Niemyślenie o śmierci pozbawia nas zasobów wewnętrznych, radzenia sobie z faktem śmiertelności. Kiedy w końcu śmierć zapuka do naszych drzwi, możemy być bardziej bezradni. Pojawią się szok, rozstrój psychiczny, rozpacz, z którymi nie umiemy sobie poradzić, bo właśnie nasz jedyny mechanizm obronny legł w gruzach. Zapominamy o idei memento mori. Świadomość, że nasze życie ma swój koniec, nadaje mu właściwą proporcję i głęboki sens. Kiedy pamiętamy o śmierci, może być nam trochę łatwiej oddzielać sprawy błahe od istotnych. Częściej możemy mówić bliskim, że ich kochamy, mniej czasu tracimy na żale czy jakieś konflikty. Dlatego unikanie myśli o śmierci jest rezygnacją z pełnego, świadomego przeżywania życia.
Można oswoić śmierć?
Można, ale oswojenie nie oznacza, że przestaniemy się jej bać, albo że przestanie nas boleć strata bliskich. Na to nie da się do końca przygotować. Znam osoby pracujące w hospicjach i nie są to ludzie, którzy zupełnie nie boją się śmierci.
Czym jest oswajanie śmierci?
Dla mnie jest to zaprzestanie traktowania jej jako wroga lub błędu systemu, ale zobaczenie w śmierci naturalnej klamry, zamykającej ludzkie życie, będącą nieodwołalną częścią naszego życia. Możemy oswajać lęk przed śmiercią bezpiecznie dawkując sobie myślenie o niej, na przykład poprzez rozmowy o przemijaniu, czytanie książek, oglądanie filmów, akceptację starości, własnej bezradności, czy z kontaktu z naturą. Kiedy człowiek godzi się z faktem, że jego czas jest limitowany, można zyskać wolność do życia tu i teraz.
Jak w hospicjum rozmawia się na ten temat z pacjentami i ich rodzinami?
Fundacja Hospicyjna prowadzi Hospicjum im. ks. E. Dutkiewicza. I to tutaj nie bez powodu narodziło się hasło „Hospicjum to też życie”. Wbrew powszechnym wyobrażeniom, w hospicjum wcale nie rozmawia się bez przerwy o śmierci. Przede wszystkim właśnie rozmawia się o życiu, czyli o tym, co było w nim dobrego, co pacjent czuje teraz, co chciałby domknąć, jakie ma niezrealizowane pragnienia. Kluczem do tej rozmowy jest autentyczność, szacunek, a przede wszystkim uważne słuchanie. Unikamy sztucznego optymizmu, że wszystko będzie dobrze. Zamiast tego staramy się mówić językiem prawdy, dostosowanym do gotowości chorego na przyjęcie trudnych informacji.
A jeśli pacjent zapyta: „czy ja umieram”?
Nie uciekamy od odpowiedzi. Wiemy, że on pyta, bo potrzebuje bezpiecznej przestrzeni, by wyrazić swój lęk, złość, lub chce uporządkować relacje z bliskimi. Równocześnie rodzinę przygotowujemy na śmierć, pokazujemy, jak można okazywać bliskość, mówimy jak ważne jest być obecnym przy odchodzącym człowieku, jak dawać przyzwolenie na łzy, zachęcać do rozwiązywania niedomówień. I jak przygotować się na moment rozstania bez poczucia winy.
Hospicjum to świadomość śmierci, ale też świadomość ważności życia. Trzeba o tym rozmawiać. To temat, którego nie można omijać w rozmowach przy łóżku osób chorych. Wręcz jest to konieczne dla naszego zdrowia psychicznego i zdrowia społecznego. Milczenie wokół śmierci może rodzić samotność, lęk, izolację. Kiedy udajemy, że śmierć nie istnieje, sprawiamy, że nasza żałoba staje się podwójnie trudna.
Dlaczego?
Z jednej strony człowiek przeżywa stratę, zostaje z nią sam, będąc jeszcze otoczonym społeczną presją szybkiego pozbierania się. Można powiedzieć, że rozmowa o śmierci porządkuje relacje, daje szansę na powiedzenie „przepraszam”, „dziękuję” i „żegnaj” w odpowiednim momencie. To zazwyczaj ma znaczenie dla osoby umierającej, a w przyszłości dla osób w żałobie.
Rozmowa pozwala też na ustalenie kwestii praktycznych i medycznych. I teraz, gdy mamy chorego w domu, i w przyszłości – jak sami chcemy być po traktowani u kresu życia. Otwartość w tym temacie buduje głębszą więź. Pokazuje, że jesteśmy sobie nawzajem potrzebni w najtrudniejszych momentach.
Mówimy o osobach dorosłych, ale są jeszcze dzieci doświadczające tragedii odejścia osoby bliskiej. Czy i jak z nimi rozmawiać?
Kultura spychania śmierci do strefy tabu wywiera negatywny wpływ na to, jak dzieci reagują w obliczu śmierci. Pracując na oddziale hospicyjnym, stykałam się wielokrotnie z wyrastającą z tej kultury bezradnością dorosłych, którzy nie wiedzieli jak przygotować dziecko na kres życia bliskiej osoby, jak mu przekazać trudne informacje, wspierać w kryzysie, jak z nim być i rozumieć żałobę dziecięcą. Mówimy, że dzieci są zapomnianymi żałobnikami.
Kiedy umiera rodzeństwo, rodzic, dziadek, cała uwaga dorosłych skupia się na odchodzącym członku rodziny i jego procesie chorobowym. Stąd stworzony przez nas program wsparcia Tumbo Pomaga, którym chcemy pokazywać, że o śmierci z dziećmi należy rozmawiać, i że dzieciom też należy się przygotowanie na odejście bliskiej osoby. W pracy z najmłodszymi niezwykle ważne są profilaktyka i edukacja o przemijaniu, śmierci i żałobie, czyli oswajanie tematu odchodzenia, zanim dziecko doświadczy bezpośredniej osobistej tragedii. Rozmawiając z dziećmi o śmierci w sposób naturalny od najmłodszych lat, powoli, kiedy budzi się w nich ciekawość, czytając odpowiednie bajki, czy obserwując cykl w przyrodzie, tworzymy w nich poduszkę emocjonalną na przyszłość. Daje to punkt odniesienia, kiedy w rodzinie dzieje się coś trudnego.
Przykładem dawkowania tej wiedzy są różne inicjatywy charytatywne, edukacyjne. Jest to Dzień Tumbo, czyli Dzień Solidarności z Dziećmi i Młodzieżą w Żałobie – pomarańczowe święto pomagania w szkołach. W Gdańsku ponad 120 szkół od kilkunastu lat przystępuje do takiej akcji. Dzieci okazują solidarność wobec osób w żałobie, uczestniczą w warsztatach, jak wspierać rówieśnika, który straci kogoś bliskiego i doświadczają, że o śmierci w szkole też można rozmawiać.
Zadaję sobie pytanie: czy jest coś takiego, jak dobra śmierć?
Patrząc z perspektywy medycyny paliatywnej i tanatologii, w sensie naturalnym jest to śmierć godna, możliwie bezbolesna, w otoczeniu bliskich osób. Dobra śmierć to śmierć, w której człowiek ma poczucie, że jego życie miało sens, że zdążył załatwić wszystkie najważniejsze sprawy, zdążył się pożegnać. Nie jest obarczony uciążliwym, uporczywym leczeniem podtrzymującym funkcje biologiczne, kosztem człowieczeństwa. To moment przejścia, w którym medycyna potrafi uśmierzyć ból. W tym ujęciu dobra śmierć nie jest przeciwieństwem życia, tylko jego naturalnym dopełnieniem.
Warto w tym kontekście wspomnieć o hospicjach domowych, które są sercem opieki paliatywnej. Tam pacjent odchodzi w otoczeniu swoich bliskich u siebie, w domu, w którym się czuje najpewniej. Hospicjum domowe to zespół specjalistów – lekarzy, pielęgniarek, psychologów, fizjoterapeutów i wolontariuszy, którzy mogą u kresu życia być stelażem wsparcia pacjenta i jego rodziny. Dzięki nowoczesnej farmakoterapii potrafimy dziś skutecznie opanować ból, duszności i inne uciążliwości choroby. Kiedy zdejmiemy z chorego fizyczne cierpienie, zyskuje on przestrzeń na dobrą śmierć, czyli na wymiar ludzki, psychiczny, duchowy.
W hospicjach pamiętamy, że umieranie nie jest procesem medycznym, tylko chodzi w nim o godność i podmiotowość człowieka. W opiece paliatywnej nie wydłużamy umierania za wszelką cenę i nie skracamy życia. Pozwalamy naturze wykonać jej bieg, rezygnując z agresywnych, obciążających zabiegów, które nie przynoszą już poprawy, a jedynie mogą wywodować cierpienie. W dzisiejszych czasach musimy uczyć się zachowywania podmiotowości i autonomii pacjenta u kresu życia, to jest bardzo ważne.
Trudne są takie rozmowy o śmierci, prawda?
One są potrzebne nam wszystkim. Myślę, że każdy z nas na swoją miarę mierzy się z tym tematem i czasami warto wrócić do podstaw związanych z odchodzeniem.



Napisz komentarz
Komentarze