Profesor Andrzej Januszajtis był postacią niezwykle wszechstronną – fizykiem, pianistą, wykładowcą Politechniki Gdańskiej, a przede wszystkim historykiem, znawcą historii Gdańska i jej propagatorem. Przybył do Gdańska w 1945 roku i związał się z nim na stałe. Powiedzieć, że działalności naukowa i popularyzatorska prof. Andrzeja Januszajtisa budzi szacunek i podziw to nic nie powiedzieć. Blisko 40 książek, w tym kilka z jego „macierzystej” dziedziny, a więc fizyki, setki, a może tysiące artykułów o historii Gdańska, audycje w Radiu Gdańsk, comiesięczne wykłady w Nadbałtyckim Centrum Kultury… Jak przy tym wszystkim znajdował jeszcze czas na działalność społeczną? A jednak.

Zieleniec, powódź, reklamy...
Powstałe w 1994 roku Stowarzyszenie Nasz Gdańsk miało początkowo charakter gospodarczo-społeczny i grupowało głównie przedsiębiorców próbujących odnaleźć się w warunkach wolnego rynku i demokracji. Wejście do gry profesora Andrzeja Januszajtisa w 1998 radykalnie zmieniło profil stowarzyszenia na historyczno-społeczny.
Pierwszą ważną inicjatywą, jaka od niego wyszła było powołanie w 2001 miesięcznika „Nasz Gdańsk”, który jest wydawany do dziś. Najnowszy, grudniowy nosi numer 294. I tyle też artykułów opublikował w nim Andrzej Januszajtis, dodatkowo zarządzając tym periodykiem, jako redaktor naczelny.

Kolejną inicjatywą była bitwa o zachowanie zieleńca przy ulicy Szerokiej – na obecnym Placu Świętopełka. Na początku lat 2000. powstał plan zagospodarowania przestrzennego, który zakładał zbudowanie tam ciągu kamieniczek z funkcjami usługowymi i mieszkalnymi. Odbyła się duża batalia w Radzie Miasta, w efekcie której zieleniec w jednym z centralnych punktów Głównego, czy też – jak wolał mówić Profesor – Prawego Miasta, cieszy mieszkańców i turystów do dziś.
W lipcu 2001 Gdańsk nawiedziła wielka powódź. Stowarzyszenie włączyło się w pomoc poszkodowanym. Andrzej Januszajtis osobiście chodził po ulicach Gdańska z puszką na datki, które następnie zostały przekazane trzem szkołom na Oruni.
Inna ważna akcja Stowarzyszenia, zainicjowana przez prof. Januszajtisa, to walka z wielkoformatowymi reklamami, które masowo pojawiały się na frontach zabytkowych budowli. Często pod pozorem remontu. – Nie można tysiącletniej historii Gdańska przesłaniać czymś takim, choćby pojawiły się tam nie wiem jak interesujące treści – mówił. Temat, po „Naszym Gdańsku” przejęły inne media i – jak widać – udało się go rozwiązać z pożytkiem dla zabytków.
Budynek ma tablice, a policja – sztandar
Zasługą profesora jest też upamiętnianie wydarzeń, miejsc i osób, które w sposób szczególny zasłużyły się dla Gdańska. Zaczęło się od tablicy upamiętniającej pobyt w 1917 roku Józefa Piłsudskiego i Kazimierza Sosnkowskiego w gdańskim więzieniu (obecnie areszcie śledczym) przy ul. Kurkowej. Miało to miejsce w 2009. Rok później pojawiła się, a właściwie powróciła, zawieszona oryginalnie w 1935 roku na gmachu Komisariatu Generalnego RP w Wolnym Mieście Gdańsku (obecnie Komenda Miejska Policji), tablica upamiętniająca piętnastolecie powrotu Polski nad morze. Trzecia, która zawisła obok tej drugiej, przypomina właśnie o tym, że wspomniany budynek KMP w latach 1921-39 był siedzibą przedstawicielstwa Rzeczypospolitej.
Przy okazji tej gdańscy policjanci zwrócili się do Naszego Gdańska o pomoc w ich staraniach o ufundowanie sztandaru, którego wówczas policja nie miała.
– Kolędowaliśmy po wielu przedsiębiorstwach, instytucjach, aby zebrać te pieniądze i udało się. 15 lipca 2011 na Długim Targu odbyła się podniosła uroczystość nadania sztandaru KMP Gdańsk – wspomina wiceprzewodniczący Naszego Gdańska, Zbigniew Socha.
We wrześniu 2018 spełniło się kolejne wielkie marzenie Profesora – na nawierzchnię ulicy św. Ducha w pobliżu Kaplicy Królewskiej powróciło kamienne serce miasta, kamień oznaczający środek XVII-wiecznego Gdańska. To historyczne oznaczenie było tam jeszcze do lat 60. ub. stulecia, ale potem ulice wyasfaltowano i kamień zniknął. Dzięki uporowi Andrzeja Januszajtisa udało się ufundować nowe „serce”.
Dane mu też było doczekać uruchomienia ponad 550-letniego kalendarium zegara astronomicznego w bazylice mariackiej. Zakończyło to ostatecznie proces rekonstrukcji, przywracając temu wyjątkowemu zabytkowi pełną funkcjonalność: wskazywanie czasu, daty, układu planet oraz uruchamiania teatru figur.
Sprawy niezałatwione
A czy było coś takiego, na czym profesorowi Januszajtisowi zależało, a czego mu się nie udało osiągnąć?
Skonfrontowany z tak sformułowanym pytaniem Zbigniew Socha prosi o chwilę na zastanowienie się. W końcu przyznaje, że były dwie takie rzeczy. Pierwsza to przywrócenie do życia wielkich organów w kościele św. Katarzyny, uznawanych za najstarsze w Polsce (pochodzące z początku XVI wieku). Do dziś zachowały się ich prospekty, natomiast piszczałki, zdemontowane w czasie II wojny, wywieziono w różne miejsca i do tej pory nie udało ich się odzyskać dla Gdańska. Podobno Profesor rozmawiał o tym z prezydentką Gdańska Aleksandrą Dulkiewicz, kiedy ta odwiedziła go w szpitalu w jego ostatnich dniach.
Druga, to sprawa wyposażenia zburzonej przez nazistów w maju 1939 Wielkiej Synagogi. Były to bardzo cenne rzeczy, które w większości znajdują się w USA. Ponoć są zapisy mówiące o warunkach ich powrotu do Gdańska. Profesor zastanawiał się jak można by rozpocząć taką procedurę zwrotu. Ale w tym celu najpierw musiałaby wyrazić zgodę społeczność żydowska mieszkająca w Gdańsku i dopiero w dalszej kolejności Ministerstwo Spraw Zagranicznych. Zbigniew Socha wspomina, że Profesor wielokrotnie opowiadał, że należałoby się tym zająć.
























Napisz komentarz
Komentarze